Sylwester 1999 nad światem

To było w końcu grudnia 1999, przełom wieków... Zbliżał się Sylwester, dzień mało przeze mnie lubiany - jedyny plus tej nocy, to fajerwerki, reszta - do bani. Sylwester na balu? A jaki to ma sens... Lubię spać, nie cierpię sylwestrowej "muzyki", tego całego hałasu... Marzy mi się Sylwester niezwykły - lot balonem? Cała noc w pociągu sunącym przez świat? W łodzi podwodnej? O, taki sylwester miałby sens... Tak sobie marzę, kiedy dzwoni telefon.

74To Bruno, mój Prawdziwy Przyjaciel (patrz- Castello Brandolini). - Czy miałabyś ochotę spędzić Sylwestra w Mediolanie? - zatkało mnie... do Sylwestra raptem parę dni! Jakieś szaleństwo! - Ale miałabyś ochotę? - No pewnie, ale... - Jakie ale, jakie ale! - No, nie mam odpowiedniej sukienki, i w ogóle... - Niepotrzebna sukienka, nie pójdziemy na żaden bal! - ... - Bene, bilet odbierzesz na lotnisku w biurze Alitalia, lecisz w Sylwestra o 18.00..., weź pięć dni wolnych! - Ale... - Ci vediamo, ciao!

Chyba zaraz padnę! Mam zostawić dzieci same, psy, koty, dom! Tak ni stąd, ni zowąd... Pewno nie dostanę urlopu - przecież latem spędziłam 100% urlopu w Gemona del Friuli (jako stypendystka Laboratorio Internazionale della Comunicazione, a do tego - dinozaur - powrót po 23 latach)... Wykorzystałam caluteńki urlop, nie ma mowy o wyjeździe, bilet się zmarnuje!!! Ale jednak: bilet się nie zmarnuje, bo to już nowy rok i nowe życie i nowy urlop, a szef staje się samą dobrocią i nie odmawia mi tych pięciu dni. Dzieci szaleją z radości, że wreszcie nie będę im przeszkadzać podczas Sylwestra. Psy i koty myślą tylko o tym, czy będzie coś w misce... Mogę jechać!

on 30 maj 2015
Odsłony: 921

You have no rights to post comments