Nie pamiętam od ilu już lat mam zaproszenie do Kalabrii: moi przyjaciele z Turynu, Anna i Nino spędzają tam co rok wakacje i od zawsze mnie zapraszają... Problem w tym, że Kalabria jest tak bardzo daleko, nie da się tam dolecieć bezpośrednio z Polski, po prostu, nie byłam w stanie nigdy skorzystać z ich gościnności, choć od zawsze o tym marzyłam. Nino pochodzi z Kalabrii i zaraził południowością całą swoją rodzinę: kiedy pytałam go, czy po kilkudziesięciu latach spędzonych w Turynie czuje się calabrese czy torinese, odpowiedział: nie tylko ja, ale cała moja rodzina to calabresi! Słyszałam o ciociach tam w Kalabrii, widziałam miasteczko na ogromnej skale i bardzo, bardzo chciałam to zobaczyć.

Kilka miesięcy temu, zaczynając planować tegoroczny wyjazd na Ustikę pomyślałam sobie: a jakby tak połączyć to z Kalabrią? Jakby pojechać do Kalabrii, jak by oni tam byli, i odwiedziłabym ich pod koniec ich wakacji (zwykle jeżdżą tam w sierpniu...), i potem pojechałabym dalej? Zapytałam Annę co o tym myśli, a ona od razu podchwyciła ten pomysł! Przedłużają o 5 dni swoje wakacje żeby pokazać mi okolicę Palizzi! A więc kupiłam bilet do Rzymu, stamtąd polecę do Reggio di Calabria, gdzie oni przyjadą po mnie. A dalej to już zobaczymy, w ich gestii co dalej :) Wiem, że jest tam morze, skały, ciocie, jest pięknie i ciekawie... 5 września odwiozą mnie do Reggio i wtedy zacznie się sycylijski etap mojej podróży. O etapie kalabryjskim będę pisać tutaj, a o sycylijskim - w dziale Sycylia, Nie tylko Ustica. :)

Opublikowano: 07 czerwiec 2015
Odsłony: 449

Wcale nie jest pewne, czy to się uda... Anna napisała mi, że nie jest pewna czy da radę przyjechać do Palizzi bo jej mama jest chora. Wcześniej pisała mi, że w takim przypadku mogę przyjechać tam i po prostu mieszkać sobie w ich domu. Więc pewnie nie będę musiała odwoływać tego etapu podróży, choć prawdę powiedziawszy, mocno się nad tym zastanawiam: chciałam spędzić czas w rodzinnym miasteczku Nina razem z nimi! Chodzić ich śladami, oglądać to, co oni lubią, zaglądać w ich ulubione miejsca. Być tam sama... nie bardzo... Mam nadzieję, że do tego czasu problemy się rozwiążą pozytywnie, Mama Anny poczuje się dobrze i spotkamy się w Kalabrii!

Opublikowano: 06 lipiec 2015
Odsłony: 527

Wydaje się, że niebezpieczeństwo zażegnane, mama Anny czuje się lepiej, Anna i Nino przyjechali do Polski, więc pewnie i ja będę mogła pojechać do Kalabrii. A więc dzisiaj kupiłam bilet z Rzymu do Reggio di Calabria. Do tej pory cena biletu Alitalia w jedną stronę wynosiła ok 250 zł, wydawało mi się, że to się nie zmienia, zauważyłam że ostatnio pojawia się opcja 200 zł przez tripsta, i dziś kupiłam taki bilet. Ale ciekawostka: na stronie Alitalia bilet kosztuje ponad 500 zł w jedną stronę!!! Na szczęście to mi nie grozi!

A więc, przylecę koło drugiej na Fiumicino, odbiorę bagaż i zaraz go nadam na lot do Reggio, gdzie mam nadzieję, będą na mnie czekać Anna i Nino. I to już za 6 tygodni w poniedziałek, 31 sierpnia...

Opublikowano: 20 lipiec 2015
Odsłony: 415

Dokładnie za miesiąc będę już na lotnisku przed wylotem do Rzymu, a wieczorem poznam wreszcie domek Anny i Nina w Palizzi. Bardzo mnie ucieszyła wiadomość, że ich dom znajduje się w Palizzi Marina, tuż nad morzem, a nie w centrum miasteczka, które ulokowane jest dużo wyżej i dalej od morza. Anna, Nino i ich córka Cristiana odwiedzili nas parę dni temu i bardzo miło było żegnać się tylko na miesiąc. Jak na razie nie odczuwam przedwyjazdowego niepokoju, prócz niejakiego stresu związanego z dalszym etapem podróży, tym sycylijskim, to znaczy kursem nurkowym, ale o tym będzie w oddzielnym blogu. Teraz cieszę się na zapowiadane pluskanie w morzu i różne smakołyki przygotowane przez Nina specjalnie dla mnie :)

Opublikowano: 31 lipiec 2015
Odsłony: 449

Od lat usiłowałam sobie wyobrazić jak to wygląda, ten dom Anny i Nina nad morzem w Palizzi. Wyobraźnia podpowiadała mi, że z okna domu można skoczyć prosto do morza :) Dziś dostałam zdjęcia z balkonu - no, może wyskoczyć prosto do morza to nie, ale prawie - widzicie, że z balkonu widać plażę?!? :) Za cztery tygodnie to zobaczę na własne oczy!

Opublikowano: 03 sierpień 2015
Odsłony: 453

Odliczanie na poważnie! Już za tydzień będę lecieć do Rzymu a wieczorem poznam wreszcie kalabryjski dom Anny i Nina nad morzem w Palizzi... Nurtuje mnie jedno pytanie: lecę samolotem Alitalia z Warszawy do Rzymu, tam mam być o 15.45 a o 17.05 wylatuję z Rzymu, też Alitalią do Reggio Calabria. Czyli, mam ciut ponad godzine, żeby odebrać bagaż i nadać go na nowo, po czym udać się do wyjścia do samolotu do Regio. Bilety kupowałam nie bezpośrednio w Alitalia, ale w Tripsta, w dobrej cenie. I moje pytanie, czy nie dałoby się, mimo, że bilety były kupowane oddzielnie, nadać bagaż od razu w Warszawie do Reggio?... Na to nikt nie potrafi odpowiedzieć - dowiem się dopiero na lotnisku. Do tego czasu oczywiście, będę się stresować...

Opublikowano: 24 sierpień 2015
Odsłony: 355

"Sole caldo, mare calmo, cielo azzurro. Sei pronta? A presto Anna"

Opublikowano: 30 sierpień 2015
Odsłony: 318

Jestem na lotnisku w Warszawie, niestety, okazuje się, że nie ma szans na odprawienie bagażu na oba loty naraz, dlatego, że bilety nie były kupowane jednocześnie. Teraz już nie pamiętam, jak to było z ceną i tak dalej, ale jest to nauczka: należało kupić od razu w tej Tripsta oba bilety i nie byłoby problemu. A tak, jest problem, tym bardziej, że samolot do Rzymu ma 20 minut spóźnienia, więc jeśli nie nadrobi, to zostaje mi w Rzymie godzina i 20 minut na to, żeby wysiąść, odebrać bagaż, przejść do check in, tam nadać bagaż i przejść przez bramkę... To się może udać, ale nie musi, tym bardziej, że dziś jest 31 sierpnia, dla Włochów to ostatni dzień wakacji i kolejki mogą być wielkie. Jeśli nie zdążę, będę musiała kupić nowy bilet, a to może być naprawdę bardzo bardzo drogi bilet. No, ale nic nie poradzę... Jedyne co się udało, to nakleili mi naklejkę pierwszeństwa na walizce, dzięki temu powinna pojawić się na taśmie w pierwszej kolejności.

Opublikowano: 31 sierpień 2015
Odsłony: 319

W Rzymie udało się naprawdę w ostatniej chwili… Okazuje się, że (moja nieumiejętność liczenia!) miałam na przesiadkę nie godzinę 40 minut, ale godzinę 20 minut według rozkładu, a przylecieliśmy z 20 minutowym opóźnieniem (na szczęście tylko tyle, bo wystartowaliśmy 35 minut po czasie… ). Czyli, na wszystko miałam godzinę, a w zasadzie to dużo mniej, bo na 25 minut przed startem zamykają bramki… A lotnisko jest naprawdę duże, biegnąc po bagaż zgubiłam się, poszłam nie tam gdzie trzeba, w końcu dotarłam, bagażu jeszcze nie było, nerwy na wykończeniu… Jakoś pomogły mi polskie panie, bo powiedziały jak mam iść po wzięciu walizki, która w końcu pojawiła się…

Na stanowisku check in byłam dokładnie na 25 minut przed odlotem, zapytałam błagalnie, czy jeszcze można, pani powiedziała, że tak, ale jakaś taka była chyba nie do końca kojarząca, choć miała mój bilet, parę razy pytała, dokąd  lecę i o której startuje samolot, jeszcze w dodatku skończył jej się papier w maszynce, która drukuje te naklejki, wymieniała go… W końcu zrobione, pobiegłam dalej, na szczęście nie było kolejki do bramki bezpieczeństwa, szybko, szybko i jest moja bramka, wszyscy pasażerowie już w autobusie, ale czekają na mnie! Uśmiechnięta pani z obsługi mówi: chcieliśmy panią wywołać ale nie wiedzieliśmy jak przeczytać nazwisko… A samolot i tak wyruszył z półgodzinnym opóźnieniem, nie z mojego powodu…

Cała mokra z tego zdenerwowania, biegu, pośpiechu, nerwów powoli dochodzę do siebie kiedy lecimy wzdłuż wybrzeża Włoch. Później już tylko nad morzem aż do cieśniny Mesyńskiej, kiedy pojawia się nagle ląd po jednej i drugiej stronie, widać promy, statki, wodoloty – i już za chwilę lądujemy…

Opublikowano: 01 wrzesień 2015
Odsłony: 309

 Tyle razy słyszałam, że komuś zaginął bagaż, zawsze myślałam, że w końcu trafi na mnie… No i trafiło. Może ta pani zbyt rozkojarzona wysłała go nie wiem gdzie, w każdym razie nie mam walizki, nie mam sandałów (na nogach buty do trekingu), nie mam nic na zmianę, nie mam kostiumu kąpielowego ani kosmetyków… Szczęście w tym wszystkim, że nie jestem sama, że to nie stało się na przykład w Rzymie, to już by była klęska. Tutaj jest Nino i Anna, Nino zajmuje się wszystkim. Załatwiamy formalności, pani mówi, że może walizka przyleci następnym samolotem, wieczorem, więc idziemy na spacer po mieście, idziemy coś zjeść (nie wiedziałam, że w Alitalia dają teraz do jedzenia kruche ciastka i napoje tylko, no i nie wzięłam nic do jedzenia…). Jeśli dziś nie przyleci walizka, jutro będzie problem, ale jeśli się znajdzie, mogą ją przywieźć do Palizzi, to jest jakieś 40 km od Regio. Szkoda mi, że w ten sposób moi przyjaciele mają problem, ale egoistycznie cieszę się, że stało się to w takiej sytuacji…

Jemy kolację na pięknym bulwarze z widokiem na Sycylię po zachodzie słońca. Kolory nieba, morza, światełka w oddali, gorące powietrze, spacerujący ludzie, spokój… Jem pesce spada z rusztu, piję wino. Potem idziemy bulwarem, rozmawiamy… W końcu przed jedenastą docieramy na lotnisko – nie ma walizki…

Opublikowano: 01 wrzesień 2015
Odsłony: 353

Malutkie miasteczko nadmorskie (ta część Palizzi gdzie stoi dom Anny i Nina, Palizzi Marina, bo jest też Palizzi wysoko w górze). Dom przy ulicy dwie przecznice od morza. Z okna widać morze i bulwar, a może plażę. W domu są trzy mieszkania, ja dostaję pokój w jednym z nich. Udaje się zdobyć jakąś koszulę nocną, szczoteczkę do zębów J Koło szóstej rano ruch uliczny i myśli nie dają mi już spać. Otwieram okna, patrzę na świat, który widziałam wczoraj w nocy. Jest morze, koło domu rozkładają targowisko. Miejmy nadzieję, że dziś odzyskam walizkę z zawartością i będzie można pójść na plażę i bez nerwów i niepotrzebnego jeżdżenia na lotnisko spokojnie spędzić tutaj te kilka dni.

W domu Anny i Nina nie ma Internetu. Nie wiedziałam, no trudno. Oni jakoś łączą się co pewien czas za pomocą komórki, zobaczymy, może uda się w ten sposób szybko wkleić to co piszę teraz i sprawdzić pocztę. Zdjęć nie będę w tej sytuacji wklejać, zrobię to później, kiedy Internet będzie bez problemu (podobno na Salinie).

Zaczyna się nowy dzień… I parę godzin potem: podobno wysłano walizkę do Reggio, zobaczymy, co dalej...

Opublikowano: 01 wrzesień 2015
Odsłony: 334

Ale dobrze mi jest… Spędziliśmy przedpołudnie na plaży oddalonej o jakieś 10 minut piechotą od domu. Nasz parasol widać z okna. Pławiłyśmy się z Anną godzinami w wodzie, pływając, leżąc w wodzie na plecach, gadając, pływając od boi do boi… Anna pożyczyła mi kostium, na szczęście crocksy wzięłam do bagażu podręcznego. Nino wybierał się rano na lotnisko, bo dostał wiadomość, że jest moja walizka, szkoda mi go było bardzo… Ale potem okazało się, że jakoś nie zdecydował się pojechać, a potem znalazł kogoś innego, kto wybierał się do Reggio i ten ktoś ma odebrać moją walizkę. Super! Był pomysł, żeby przywiózł ją kurier, ale to by trwało pewnie do jutra, a tak – tylko nie zapeszajmy – będę miała moje rzeczy już dziś…

Na plaży bardzo mało ludzi, dużo sąsiadów, znajomych. Mieszkańcy wioski zostawiają na plaży swoje parasole, stołeczki, i potem przychodzą na swoje miejsce. Woda jest ciepła, słońce gorące… Przeszłyśmy się z Anną do sąsiedniego miasteczka i tamtejszej plaży.  Po powrocie do domu prysznic i obiad – makaron na zimno (!) jak sałatka, z pomidorami, oliwkami, jajkiem na twardo, na drugie anchois smażone i pieczone, do tego doskonałe wino, na deser owoce – opuncje, brzoskwinie, winogrona i śliwki i na koniec jeszcze likier amaro ziołowy. Teraz odpoczywamy, potem pewnie gdzieś pojedziemy coś zobaczyć… Dobrze jest!

Opublikowano: 01 wrzesień 2015
Odsłony: 399

Jest raniutko, na szczęście internet z  komórki Anny teraz działa cały czas i dociera też do mnie piętro niżej, więc mogę sobie pozwolić na krótkie pisanie. Zaraz się zbiorę i pójdę na spacer po Palizzi przed wyprawą na plażę, bo wczorajsza nasza passeggiata z Anną sprawiła, że bardzo zachciałam zobaczyć jak to wygląda za dnia. Okazało się, że dwie ulice dalej jest plac przed kościołem i tam ludzie spotykają się wieczorem by pogadać, pobyć razem. Kiedy wracałyśmy - bo poszłyśmy dalej - zobaczyłyśmy z boku kościoła krąg krzeseł, siedziało tam chyba kilkanaście osób. Anna powiedziała, że to znajomi i krewni Nina, więc trzeba się przywitać. Wyglądało to zupełnie niezwykle, wszyscy w średnim wieku, siedzący w kręgu, jak na jakiejś terapii - Anna mówi, że spotykają się tak codziennie! Nie ośmieliłam się zrobić zdjęcia, nie wypadało... Teraz pójdę popatrzeć na miasteczko, porobić zdjęcia za dnia, a o 10 wybieramy się znów na plażę.

(trochę później) byłam na spacerze po miasteczku, bardzo tu jest ładnie, a do tego jak czysto! Nie spodziewałam się tego tutaj! Ani trochę nie jest bardziej brudno niż u nas... Podobno jest tu taki dobry burmistrz, który wydał wojnę śmieciom...

Opublikowano: 02 wrzesień 2015
Odsłony: 370

Byliśmy przed południem na plaży, ale gdzie indziej, bardzo fajne miejsce, muszę się dowiedzieć jak się nazywa: plaża z drobniuteńkimi kamyczkami, jak piasek, ale również jest tam skalne miejsce, gdzie popłynęłyśmy z Anną, a ja za chwilę zaczęłam żałować, że aparat podwodny zostawiłamw  domu! Co prawda roślinność bardzo uboga, ale bardzo, ale to bardzo ciekawe skały, normalnie, podwodne twory! Tu też i góry są takie dziwne, jak odlane z gliny czy jakiegoś takiego gładkiego tworzywa, na razie nie było jak zrobić im zdjęć, bo widziałam je już dwukrotnie z samochodu.

Pływałam w masce, potem też z rurką i można tak pływać i pływać. Było troszkę ryb, również takich większych. Problem tylko mam wciąż z maską, bo jakoś przepuszcza wodę, i jeśli tak będzie dalej to podczas nurkowania będzie problem... Dziś lało mi się do maski, jakoś nos dobrze zabezpieczyłam ale w końcu miałam oczy w wodzie, a ta woda tutaj jest bardzo słona i to nie było fajne, Odruchowo w wodzie zdjęłam maskę i trochę się poksztusiłam... Ale blisko brzegu. Potem jedziemy zobaczyć górne Palizzi. 

Opublikowano: 02 wrzesień 2015
Odsłony: 424

Wiele lat temu dostałam od Anny widokówkę z Palizzi: była na niej ogromna skała, pod nią przycupnięte domki, a na niej ruiny zamku. Myślałam tylko, że to wszystko znajduje się nad samym morzem. Tymczasem Palizzi gdzie jesteśmy to Palizzi Marina, czyli nadmorska, a prawdziwe Palizzi, inaczej zwane Palizzi Superiore schowane jest w górach, 11 km stąd.

Pojechaliśmy więc w góry: brak mi bardzo możliwości zrobienia zdjęć tych niezwykłych górskich widoków, bo z samochodu się nie daje, a zatrzymać się też nie ma jak, bo droga wąska, kręta... Po drodze zatrzymaliśmy się w winnicy znajomych, którzy przygotowywali się do zbiorów. Przeganiali nas żartobliwie, mówiąc, że nie mają czasu na gadanie, ale mieli czas obdarować mnie butelką wina własnej roboty! Anna powiedziała, że panowie zazdrośnie strzegą swojego wina, i że oni (Anna i Nino) nigdy nie dostali od nich butelki - a ja tak! Wypijemy to wino przed moim wyjazdem, bo nie będę go wieźć przez następne dwa tygodnie...

Potem pojechaliśmy dalej, wyżej i wyżej, po drodze winnice, ale też dużo opuszczonych zabudowań. Nino pokazał mi domy, gdzie kiedyś mieszkali jego dziadkowie, był też budynek dawnej szkoły, dziś ruina. Ludzie opuścili te domy, bo mieszkanie tutaj nie jest łatwe... W końcu dojeżdżamy w miejsce, gdzie zostawiamy samochód, dalej pójdziemy drogą pieszo. Z góry widać tę niezwykłą skałę i pod nią przycupnięte domy... Palizzi Supperiore, właściwie - Górne, choć teraz widzimy je w dole z miejsca gdzie jesteśmy. Niesamowite, że tam mieszkają ludzie, niewiele ich tam jest, szczególnie w zimie, ale jednak są. Dawniej podobno ludzie mieszkający tutaj nigdy nie schodzili do morza, mieszkali sobie daleko od świata w miasteczku, zbudowanym w miejscu, gdzie nie groziły im napady piratów, przybywających z morza. Podobno jeszcze kilkadziesiąt lat temu kiedy rodziło się dziecko, zapisywano datę narodzin na kartce żeby zarejestrować ją w urzędzie  kiedyś, kiedy będzie okazja by zejść w dół, czasem po paru latach... 

Niestety, kiedy zeszliśmy w dół, słońce schowało się już za górami, o ile piękniej by tu było w blasku słońca... Chodzimy po wąskich uliczkach, między domami zbudowanymi na skale, pod skałą, obok skały, niektóre niezwykle ciekawie, większość jednak domów jest opuszczona, między nimi trochę takich, gdzie widać ślady życia. Na głównej ulicy siedzą ludzie, rozmawiają. Koło sklepu z jednej strony siedzą kobiety, na przeciwko mężczyźni... Idziemy wyżej i wyżej, coraz mniej zamieszkałych domów. Widzimy tabliczkę z nazwą ulicy: via Garibaldi, to robi wrażenie tu, gdzie praktycznie nikt nie mieszka... Ale na jakimś domu widać antenę satelitarną... W końcu dochodzimy do zamku wyremontowaną ładnie drogą, koło zamku stoi dźwig, widać, że tutaj trwają prace rekonstrukcyjne. Potem wracamy już po ciemku do samochodu, w dole widać tylko światła. Zostawiamy tych ludzi z ich światem schowanym przed naszym światem...

Opublikowano: 03 wrzesień 2015
Odsłony: 370

Dziś na spokojnie, rano pobawiłam się zdjęciami, potem poszliśmy na plażę i oglądałam pozostałości zatopionego statku tuż przy brzegu naszej plaży (oczywiście, pod wodą). Zauważyłam tam coś intrygującego, coś okrągłego, białego - może skarb? Ale nie umiem zanurkować tak głęboko...

Na obiad poszliśmy na niedaleką plażę w Marrotto, starszej części Palizzi. To bar przy plaży, ale poszliśmy tam nie jak plażowicze, w kostiumach, nie, przebraliśmy się przyzwoicie i pojechaliśmy tam samochodem. Jedliśmy ryby (jak do tej pory nie było dnia bez ryb): na przystawkę małże, na drugie fritto misto, czyli smażone różne ryby (doskonałe kalmary, barweny, sardynki i jeszcze kilka różnych gatunków) i jeszcze doradę z rusztu. To było po prostu obżarstwo! Wróciłam jak jedna wielka, pękająca z przejedzenia ryba...

Opublikowano: 03 wrzesień 2015
Odsłony: 336

Po południu pojechaliśmy na wycieczkę do Pentedattilo - wiedziałam, że to znaczy pięciopalczasta skała, ale nie wiedziałam co to za cudo: znów opuszczona - tym razem zupełnie - wioska - miasteczko, znów pod skałą, ale, choć skała niesamowita, zębata, wyszczerzona w niebo, to największe wrażenie zrobiło na mnie co innego. W odróżnieniu od Palizzi Supperiore (patrz wczoraj), tu wygląda na to, że ktoś, może dawni mieszkańcy mają na to miejsce jakoś pomysł... Mieszkańcy przenieśli się do nowych domów niedaleko, poniżej ponieważ mieszkanie w tym miejscu okazało się zbyt trudne, niebezpieczne z powodu osuwających się skał z tufu. Jednak przez miasteczko prowadzi nowo zrobiona droga, a w opuszczonych domach przy tej ulicy można nie tylko kupić wyroby rzemieślników, tutejsze wyroby spożywcze, likiery itp, ale też zorganizowane są tu mini - muzea etnograficzne, gra cicho muzyka... Tak jakby ktoś chciał stworzyć tutaj artystyczne miasteczko. I tylko kciuki trzymać, żeby to się udało, bo jest tu pięknie, niezwykle i bardzo byłoby szkoda, gdyby te domy zmieniły się w ruiny i uległy zapomnieniu...

Wieczorem zajechaliśmy jeszcze w miejscowości Bova, niedaleko Palizzi, do miejsca, gdzie na wzniesieniu stoi posąg Madonny, poniżej jest plaża, a z góry widok jest po prostu niesamowity, tak w stronę Sycylii (widać zarys Etny) jak i w stronę Palizzi. Kilka zdjęć stamtąd po zachodzie słońca dodałam do zdjęć powyżej. Jutro po południu pojedziemy tam wcześniej, bo na zachód słońca nie zdążyliśmy, ale pójdziemy tam na plażę i zobaczymy te widoki za dnia. I to będzie mój ostatni dzień jutro w Kalabrii...

Opublikowano: 03 wrzesień 2015
Odsłony: 398

Dziś mój ostatni dzień w Palizzi, jutro wyjeżdżam stąd, pełna wrażeń i jak zwykle - już trzeci raz - z uśmiechem z powodu gościnności moich przyjaciół, u których spędziłam te pięć dni... Dziś był znów poranek na plaży pod domem, potem zjedliśmy w domu smakowitości, przyrządzone przez Nina (poniżej zdjęcia), teraz się odpoczywa. Potem jedziemy na wycieczkę, jeszcze zobaczymy gdzie, może tam, gdzie byliśmy wczoraj wieczorem, a może nie...

Jutro o 9.25 mam autobus do Reggio (podobno przyjeżdża zawsze pół godziny później, ale zmuszę moich przyjeciół, żeby jednak być na przystanku zgodnie z rozkładem...). Wysiadam na lotnisku, stamtąd mam autobus miejski do portu, w porcie kupię bilet i wsiądę na wodolot, który płynie aż na Lipari, tam mam przesiadkę na inny, który płynie na Salinę, potem jeszcze tylko autobus z głównego portu Santa Marina, z przesiadką, do drugiego portu Saliny, Rinella, gdzie czeka na mnie moje mieszkanko na następne 5 dni... 

(wieczorem): Po południu zachmurzyło się, wyglądało na to, że będzie padać, więc nie pojechaliśmy na plażę tylko w góry, zobaczyć bardzo ciekawy stary bizantyjski kościółek S. Maria di Tridett. Podobno jakiś czas temu urządzano w nim koncerty, i było to bardzo nastrojowe... Niestety, w tej chwili teren ten jest ogrodzony i nie można się zbliżyć, nie wiem, czy dlatego, że mają zamiar go restaurować, czy po prostu, wszyscy o nim zapomnieli... Później pojechaliśmy na plażę do Brancaleone, ale wiał wiatr, słońce już się schowało, więc posiedzieliśmy sobie na plaży, pogadaliśmy...

Jutro zakończę pisanie tego bloga, a przeniosę się do drugiego, sycylijskiego, tutaj: Sycylia Ustica. Ale dziś, a pewnie i jutro jeszcze coś tutaj przybędzie, więc zaglądajcie ;)

Opublikowano: 04 wrzesień 2015
Odsłony: 507

Popołudniową wycieczkę popsuły nam chmurzyska, wyglądało na to, że tam gdzie chcieliśmy jechać pada, a w każdym razie nie było słońca. Więc pojechaliśmy w drugą stronę, a chmury nas goniły... Anna i Nino chcieli mi pogazać bardzo ciekawy kościół z bizantyjskich czasów, ukryty międyz wzgórzami. Zostawiliśmy samochód koło studni i zeszliśmy drogą w dół, wśród wyschniętych pól i opuszczonych domów. Kiedy dotarliśmy do kościoła, okazało się, że brama jest zamknięta, kościół ogrodzono bardzo dokładnie wysoką siatką. Bardzo szkoda, bo wyglądało to naprawdę ciekawie, ściany kościoła w ruinie, ale architektura bardzo ciekawa, podobno tutaj urządzano kilka lat temu koncerty... Nie wiadomo, czy to znaczy, że ktoś go będzie rekonstruował, czy po prostu tak zamknęli i koniec... Szkoda. 

Wysoko, ale naprawdę bardzo wysoko na wzgórzu kolejna wioska, podobno mieszkają tam ludzie, ale nie wybraliśmy się tam, tylko pojechaliśmy na plażę do Brancoleone. Jednak wiał wiatr, była dość silna fala, słońce już zaszło, więc posiedzieliśmy sobie na piasku rozmawiając... Za moment ostatnia nasza wspólna kolacja...

Opublikowano: 04 wrzesień 2015
Odsłony: 565

Jest wpół do dziewiątej rano, za godzinę wyjeżdżam autobusem linii Federico (czyli, wyjeżdżam z Fryderykiem!) do Reggio Calabria. Oczywiście, o ile nie przyjedzie o 10, jak ponoć zazwyczaj... Jestem gotowiuteńka, spakowana, mieszkanie posprzątane, jeszcze wyjdę na krótki spacer po okolicy a potem zacznie się sycylijski etap mojej podróży. Mam zamiar czas na wodolocie spędzić pisząc i przygotowując ostatnie zdjęcia, bo niestety, z wodolotu trudno tak naprawdę podziwiać świat, bo siedzi się w środku, pod pokładem. A potem, jak już wyślę ostatnie moje wpisy i zdjęcia kalabryjskie, pisać będę w blogu Sycylia Ustica. Teraz nie traćmy czasu na pisanie, ostatni spacer po Palizzi... (później: na spacer nie poszłam, bo trzeba było pożegnać z gościnnym domem... 

Opublikowano: 05 wrzesień 2015
Odsłony: 345

Pożegnałam się z Anną i Ninem w Palizzi, Anna zrobiła mi całą torbę kanapek, chciała mi znów dać nóż do krojenia owoców, jak wtedy dawno, ale pokazałam jej mój nożyk-łyżkę-widelec… No cóż, gdybym wzięła jej nóż, nie upaprałabym się tak bardzo, krojąc brzoskwinię ;) Nino odprowadził mnie na przystanek, Federico (autobus się tak nazywa) przyjechał tak jak przewidywano, 20 minut po czasie, a potem jechał spokojnie wybrzeżem aż do lotniska, gdzie wysiadłam.  Na lotnisku poczekałam pół godziny na autobus miejski, który potem kluczył ulicami bardzo długo. Kierowca powiedział mi kiedy mam wysiąść, potem jakiś sympatyczny pan pokazał mi jak iść do portu, na pożegnanie pogłaskał mnie po policzku…

No i jestem teraz w porcie, kupiłam bilet na Salinę (27 euro) i siedzę na doniczkach przed budynkiem portu, bo w poczekalni można się ugotować. Jeszcze prawie półtorej godziny i pożegnam już tak zupełnie Kalabrię. Ciekawe, czy z wodolotu w jakiś sposób da się obserwować drogę… 

Oczywiście, widziałam tylko skrawek Kalabrii, ten najbardziej wysunięty na południe, najbiedniejszy, najbardziej zacofany. Muszę przyznać, że wyobrażałam sobie, że będzie tu dużo bardziej „do tyłu”, myślałam o wioseczkach a zastałam miasta, miasteczka. Wzdłuż całego wybrzeża ciągną się piaszczyste plaże, piasek jest dość gruby, jak drobne kamyczki, a tuż po wejściu do wody są większe kamienie, trochę trudno po nich chodzić gołą nogą. Po przeciwnej stronie są góry, Aspromonte, w niektórych miejscach wyglądają, jak by były ulepione z gliny i jeszcze wygładzone wodą. W górach pochowane są miasteczka, niektóre opuszczone zupełnie, w innych część domów jest zamieszkała, pozostałe obrasta zieleń a ściany powoli niszczeją.

Z tego co opowiadała mi Anna wynika, że na język (calabrese), nazwy miast i architekturę ogromny tu wpływ miała kultura grecka. W różnych wyrazach kryją się greckie słowa, ona je rozpoznaje, bo zna grekę, ja nie. Podobno północna część regionu jest dużo bardziej rozwinięta, bardziej otwarta na turystykę, na zwiedzanie. Tutaj życie sobie płynie powolutku, po staremu…

Opublikowano: 05 wrzesień 2015
Odsłony: 322