Bałam się, że to się nie uda bo zasadniczo powinno być nas 8 osób, a, jak obserwowałam na airbnb, zapisały się tylko ze mną 3 osoby. Ale pojechaliśmy w czwórkę - Davide, dwójka Węgrów i ja. Dzikie plaże były naprawdę dzikie, szczególnie ta ostatnia, snorkling udał się tak sobie - ja miałam problemy z maską, która nie współpracowała z fajką, woda najpierw była trochę mętna (podobno taki dzisiejszy prąd) a na drugiej plaży silne fale właściwie uniemożliwiały obserwację dna, a szczególnie próbę robienia zdjęć.
Wyprawa mimo tych utrudnień była dużym przeżyciem, takie dzikie plaże nie mogą być łatwe, no a przede wszystkim zapamiętam Davide! Stawał na głowie, żeby nam pokazać to, co kocha najbardziej. Davide tu się wychował a ze swojego zamiłowania stworzył pracę. Pracuje głównie z Amerykanami, a najrzadziej zdarza mu się grupa Włochów. Jak mówi - Włosi przyjeżdżają na plaże (nie te dzikie, tylko te pełne plażowiczów i siedzą na plaży od rana do wieczora. Trochę to smutne... Przez to, że Węgrzy prawie w ogóle nie mówili po angielsku, większość czasu gadaliśmy z Davide, choć on bardzo się starał jakoś komunikować się również z nimi.
Pierwsza plaża była bliżej Alghero, taka niewielka zatoczka niedaleko obleganej plaży La Bombarda. Kiedy zeszliśmy tu niemal ukrytą ścieżką przez zarośla, nie było na plaży nikogo. Wejście do wody było bardzo łatwe, piaszczyste między dużymi kamieniami. Davide straszył, że woda zimna, ale nie było tak źle. Mimo walki z maską, która brała wodę i fajką, która się zatykała udało mi się poobserwować obrośnięte morską trawą dno i trochę rybek (Davide stwierdził, że ta maska się po prostu nie nadaje do snorklingu i pożyczył mi swoją, a później kupiłam nową maskę, żeby nie mieć takich problemów podczas rejsu ze Stintino.)
Tu woda była bardziej przejrzysta, ale fale tak nami rzucały, że praktycznie uniemożliwiały snorkeling. Żeby zrobić zdjęcie trzeba przez moment się zatrzymać, co przy spokojnej wodzie nie jest takie łatwe a tutaj człowiek był rzucany na skały, obracany na wszystkie strony... No i jak wejście do wody było trudne, tak wyjście było o wiele trudniejsze...
A ten tutejszy chleb to bardzo szczególna sprawa. Ten najbardziej znany to carassau, jest cienki jak maca i trzeszczy przy jedzeniu :) Są też takie jakby placki miękkie, z których robiłam sobie kanapki. Ale najczęściej jest suchy. Taki chleb brali pasterze w góry na długie miesiące i musiał być suchy, żeby się nie zepsuł... Taki chleb można kupić w każdym sklepie, mnie jednak najbardziej się spodobał ten przypominający placki, bo robiłam sobie z niego kanapki.
Tej wspaniałej wycieczki nie zapomnę! Poradziłam Davidowi żeby znalazł tę wspaniałą książkę, która mnie zmotywowała do podróży na Sardynię. Być może nie została przetłumaczona na włoski, ale on doskonale mówi po angielsku więc z pewnością nie miałby problemu. Davide jest kopalnią wiedzy o Sardynii, ale jestem pewna, że od Jeffa Biggersa mógłby się jeszcze czegoś dowiedzieć...
A wieczorem jeszcze spacerek...