Dzień 12 cd - Amalfi, Positano, Sorrento po zachodzie słońca

Bardzo lubię taką sytuację, kiedy w jakieś miejsce dochodzę z gór, nie pojawiam się na zatłoczonym przystanku, ale powoli wchodzę przez małe uliczki i ciche miejsca. I to było w Amalfi najfajniejsze, poza tym takie stare uliczki, ciemne przejścia, taki labirynt. Potem piazza Duomo, buch, masa, masa ludzi, turyści, pamiątki. No dobra, ale katedra piękna, schody majestatyczne, jak do nieba. W katedrze najbardziej mi się podobała stara krypta, myślałam, że chyba nie ma sensu tam iść, tym bardziej, że szedł tam tłum ludzi, ale kiedy zobaczyłam wnętrze, oj, to było piękne... Mozaiki, cudne sklepienia i ściany, tak, to miejsce podoba mi się najbardziej, sama katedra jest ogromna i nie robi takiego wrażenia (wewnątrz).

Potem poszłam szukać portu, no bo do Positano chciałam dotrzeć zanim słońce odejdzie za góry. To się wydaje takie proste, kupić bilet, wsiąść na stateczek, ale to nie tak: jest kilka statków, tłumy ludzi, trudno się zorientować gdzie czekać. Niby panowie kierujący tym bałaganem powiedzieli, żeby spokojnie czekać, ale jak bym sama nie pobiegła od zupełnie innej strony, to bym nie wsiadła na mój statek.

Teraz patrzę od strony morza na wybrzeże, które przebyłam autobusem, i taki miałam plan od początku. Mam nadzieję, że zdjęcia powiedzą więcej niż słowa... Wrażenie przede wszystkim takie: jak ludzie tu zamieszkali, jak pobudowali te domy, przecież to się po prostu nie da...

I już dopływamy do Positano... Muszę przyznać, że największe wrażenie zrobiło na mnie widziane ze statku. Potem już nie to... No co ja poradzę, że lubię opuszczone, ciche, leniwe miasteczka... I jak podejrzewałam, duża część miasta jest już w cieniu. Idę w górę przez te wszystkie sklepy, pamiątki, miejsca proszące: kup, wydaj pieniądze! Może, jakby tu gdzieś spędzić trochę czasu, dałoby się tu znaleźć gdzieś trochę spokoju, ale jak ktoś tu jest tylko chwilę, to widzi tylko to co ja widzę... Na szczęście dość łatwo znalazłam przystanek, a tam - jest autobus, i jest kolejka dłuższa niz w Sorrento...W sumie, zrozumiałe, ludzie tak jak ja wracają z wycieczki... Udało mi się wsiąść do czwartego autobusu z kolei, na szczęście dość szybko przyjeżdżały jeden po drugim, i na drugie szczęście, udało mi się znaleźć miejsce siedzące, szkoda, że nie po stronie widokowej, no ale trudno.

Już wiedziałam, że na zachód słońca w Sorrento nie ma co liczyć, tym bardziej, że z tego autobusu nie da się wysiaść gdzieś tam blisko tego pięknego miejsca widokowego, tylko trzeba dojechać do dworca, a stamtąd wsiąść w autobus miejski. Jest na to za późno, więc wysiadam na dworcu, pociąg do Neapolu stoi, wsiadam, no może niewłaściwe miejsce, bo stoję... Droga daleka, nie ma szans na to, żeby usiąść, co tam ja, obok stoi jakaś węgierska rodzina z dwojgiem dzieci, jedno w wózku, drugie, dziewczynka ok 3 lat na rękach matki... Stoi, nikt nie reaguje! Mam ochotę zawołać, czy nie widzicie, że jej ciężko, jak można? Dopiero po długim czasie znajduje miejsce, i t tylko dlatego, że młody chłopak, koło którego stała wysiada...

Na koniec jeszcze okazuje się, że pociąg, którym jadę to direttissimo i nie zatrzymuje się na wszystkich stacjach - omija Portici obojętnie... Wysiadam dwie stacje dalej, no i muszę poczekać na pociąg z Neapolu... Jeszcze trochę i jestem w Portici, jeszcze zejście w dół i jestem w moim domu, i marzę o tym, zeby się położyć, spać, odpocząć... Ale nie żałuję, warto było tam pojechać i zobaczyć te niezwykłe miejsca, gdzie ludzie na przekór wszystkiemu zamieszkali, pobudowali swoje domy...

on 28 wrzesień 2019
Odsłony: 165

You have no rights to post comments