Enna to górskie miasto, najwyżej położona stolica prowincji (931 m n.p). W starożytności należała kolejno do Greków, Kartagińczyków i Rzymian. Warto zobaczyć fortyfikacje z czasów normańskich - Castllo di Lombardia w najwyższym punkcie miasta, skąd rozlega się zapierający dech w piersiach widok dużą część terenu Sycyli, skąd widać także Etnę. Z powodu wyjątkowego położenia panuje tu mikroklimat i nawet latem powietrze jest rzeźkie a widoki na wszystkie strony zapierają dech w piersiach...
 
Zwiedzanie miasta, położonego na wzgórzu, a więc z uliczkami w góre i w dół, w upalny dzień, przez kilka godzin z plecakiem, to dość duże poświecenie, w każdym razie dla mnie. Ale nie żałuję. Przede wszystkim nie żałuję widoków, jakie udało mi sie zobaczyć kiedy dotarłam do ... do końca miasta. Już wiecie, że jeśli jest jakiś koniec to ja tam muszę dojść. A to miasto, jak statek, swój dziob opiera na skale. A wiec przeszłam miasto (a wcześniej, źle pokierowana, poszłam trochę w bok), obejrzałam kamienice, stare miasto, kościoły, uliczki, i w końcu znalazłam stary zamek a obok niego znak: do skały. O, jest skala, to muszę dojść do skały! Wiedziałam, ze mam autobus za dwie i pól godziny, ale były tez następne autobusy, wiec niczym nie ryzykowałam.
 
Skała jak to skała, zawieszona była stromo nad wzgórzem. Weszłam na skałę po kamiennych schodach, najwyżej jak się dało. Stamtąd... było widać cały świat... A częścią tego świata była też Etna, ku której zmierzałam. Ponieważ na skałę wdrapała się też niemiecka rodzina, zaproponowałam układ - ja wam zrobię zdjęcie, ale wy mi też zrobicie zdjęcie! A wiec mam zdjęcie na skale a za mną w oddali ona, niebiesko-szara Etna rozpływająca sie na tle nieba... Warto było tu dojść!
 
Kiedy się jednak wejdzie na wierzchołek albo na koniec czegoś, to na tym powinien być koniec, a tu guzik, trzeba jeszcze wrócić. Tak tez było tym razem... Całe to długie miasto, które przeszłam musiałam minąć żeby się dostać na przystanek... 
 
Kiedy już zrobiłam milion kilometrów, i już wiedziałam że autobus odjechał, a ja do przystanku miałam jeszcze daleko, i perspektywę czekania na następny autobus, schodziłam ulicą w dół, zgrzana, zmęczona, powłócząc jak zwykle obolałymi nogami, z ważącym tonę chyba plecakiem (jakoś utył tego dnia...) - obok mnie zatrzymał się AUTOBUS!!! 
 
Autobus, który na tabliczce miał napisane słodkie CATANIA!!! Autobus stał, a w środku kierowca patrzył na mnie pytająco... Ja na niego tez, niedowierzająco, z niemym pytaniem - Czyżby pan jechał do Catanii, czyżby pan sie zatrzymał dla mnie, czyżby to była prawda??? - Otworzył drzwi, i surowo wymamrotał, żebym już przestała sie gapić, bo on i tak jest spóźniony! Myślałam, ze go wyściskam za te jego surowość! Tam nie było żadnego przystanku, on nie musiał wogóle pomyśleć, ze ja idę na przystanek, że chcę jechać do Catanii, że mnie bolą nogi, że jest gorąco, mógł sobie jechać spokojnie i nawet na mnie nie spojrzeć, tym bardziej, że już miał spóźnienie...
 
Proszę pana, życzę panu, żeby wszyscy pasażerowie zawsze się do pana uśmiechali i żeby autobus nigdy sie panu nie popsuł, i żeby miał pan najlepsze kursy i dostawał podwyżki i już nie wiem co jeszcze taki kierowca autobusu mógłby chcieć!
Opublikowano: 01 październik 2007
Odsłony: 170

W Catanii zatrzymałam sie tylko jedna noc. Chodziło mi głownie o wycieczkę na Etnę. Wschodnią część wyspy zasadniczo odłożyłam na potem, myśląc, że tam łatwiej dotrzeć, nawet przy okazji wycieczki do Calabrii, więc z pewnością tam jeszcze pojadę.

Katania to drugie co do wielkości miasto Sycylii położone na wschodnim jej wybrzeżu, zaledwie 35 km od kraterów Etny, zawsze była związana z wulkanem i jego aktywnością. Miasto założyli w 729 r.p.n.e Grecy. Przez całą swoją historię było wielokrotnie niszczone przez lawę Etny, i przede wszystkim przez wciąż występujące, mniejsze i większe trzęsienia ziemi (to z 1693 r niemal starło Katanię z powierzchni ziemi). W XVIII roku zostało odbudowane w taki sposób, aby złagodzić skutki przyszłych trzęsień ziemi, stąd szerokie, proste ulice, rozległe, nieregularne place, wtedy też miasto nabrało swego barokowego charakteru.  Miasto prowadzi specjalną politykę w celu konserwacji wciąż uszkadzanych przez trzęsienia ziemi budynków - właściciele domów otrzymują dotacje na prace remontowe.

Główna ulica Katanii to via Etnea, która biegnie od starego portu przez plac Duomo, gdzie krzyżuje się z drugą główną ulicą miasta, Via Vittorio Emanuele, i dalej zmierza aż na przedmieścia, skąd dochodzi do stóp Etny.

Po porannym zwiedzaniu Enny mogłam Catanii poświęcić pól dnia. początkowo szukałam noclegu pod Etną, ale potem stwierdziłam, że lepiej znaleźć coś w samym centrum żeby spojrzeć na to miasto. I udało mi się znaleźć w całkiem przyzwoitej cenie B&B Teatro Bellini, w samiuteńkim środku starego miasta. Patrząc na mapę w domu myślałam, że jest to bardzo blisko dworca. I było, tylko nie dane mi było się tym cieszyć...

Mapka została w domu bo wyjeżdżając miałam inne problemy na głowie. No, to trzeba pytać. Na dworcu autobusowym zapytałam o Teatro Bellini. Pokazano mi drogę i poszłam. Szlam i szlam i miasto nie stawało się ani trochę bardziej stare. W końcu znów zapytałam. Kazano mi skręcić w lewo i iść przed siebie. I znów szłam, i szłam i szłam. Zapytałam, spojrzano na mnie z przerażeniem - pieszo? To bardzo daleko! I kazano iść znów w lewo, aż do końca... Czyli, jakby tak dobrze pomyśleć, poruszałam się po trzech bokach prostokąta, szłam najpierw od morza, potem w bok, a potem znów do morza, tylko trochę dalej... Po porannym zwiedzaniu Enny, po zdobywaniu wysp, po zwiedzaniu Marsali i Mazary, po szukaniu Salin ta pokręcona trasa w Catanii z plecakiem na grzbiecie to nie było to o czym marzyłam! Miałam po Catanii chodzić jak dama, w spódnicy, sandałkach, powolutku, spokojniutko, taki był plan. A ja miałam jej już dość!

W końcu doszłam do jakiegoś placu, zrobił sie bardziej stary, miasto zaczęło być starym miastem, a na końcu placu był budynek wyglądający na teatr, i na nim było napisane... Bellini! Weszłam w uliczkę obok teatru i doszłam do uliczki za teatrem - i to była ta uliczka, i ten dom! NARESZCIE!

Dostałam mój pokój z trzema łózkami, klimatyzacją i telewizorem, których nie umiałam uruchomić, i przede wszystkim z łazienką! Prysznic, plastry na nogi, świeże ciuchy (spódnica, a jak!) - i z nowymi siłami idę zwiedzać stare miasto Catanii... Ale wcześniej jeszcze znalazłam w saloniku plany miasta, i na planie, o zgrozo, zobaczyłam, jak blisko było tutaj z dworca, a jaką ogromną drogę zrobiłam kierowana przez ludzi, którzy być może nie mieli pojęcia gdzie jest teatro Bellini, ale nie chcieli mi tego powiedzieć...

Nic na to nie poradzę, że moje pierwsze spotkanie z Catanią było takie właśnie, że miałam dość tego kręcenia się w kółko, że byłam wkurzona. A potem zobaczyłam na murze napis: "Odio Palermo" - czyli "Nienawidzę Palermo". Dlaczego? Myślę sobie - dlaczego ktoś miałby nienawidzić Palermo? I to tez jakoś tak na mnie wpłynęło ze chciałam bronic Palermo... (między tymi miastami istnieje antagonizm silniejszy niż między Krakowem i Warszawą, ale "odio" to przesada...)

Dlatego nie wiem czy naprawdę jest tak, ze Catania jest mniej urokliwa, bardziej brudna, bardziej głośna, bardziej biedna, że zrobiła na mnie mniejsze wrażenie. Może to tylko to wrażenie, może te kilka godzin to było za mało... Nie to, żeby mi się nie podobała, nie, absolutnie nie o to chodzi. Ale nie przekonała mnie do siebie tak w pełni Catania... Choć wieczór skończył się super, w trattorii, były Penne alla Norma i czerwone wino, uprzejmy kelner, stoliki na ulicy, cieple wieczorne powietrze, ruch na ulicach, jak to u nich wieczorem... Jutro Etna. ..

Opublikowano: 01 październik 2007
Odsłony: 171