Dzień 11, z plecakiem po Sassi

Mimo bardzo niepokojących prognoz mój drugi dzień w Materze też był słoneczny. Ponieważ musiałam zwolnić pokój o 10.30, a pociąg powrotny wybrałam o 15.30, miałam przed sobą pięć godzin na nogach z plecakiem, w którym nosiłam między innymi kurtkę przeciwdeszczową - zupełnie się nie przydała. Oni tu mówią, że na prognozy nie trzeba zwracać uwagi...

Praktycznie cały ten czas spędziłam w Sassi, głównie w Sasso Caveoso, które mnie najbardziej interesowało. Okazało się, że wystarczyło z mojej ulicy skręcić w prawo i już byłam w Sasso Caveoso, tam gdzie zabudowania w tufie się zaczynają, z widokiem na wąwoz w dole i duże groty po drugiej stronie wąwozu. Już na początku drogi zauważyłam drzwi w skale a za nimi jakichś ludzi, okazało się, że znajduje się tam dawny klasztor Benedyktynów, w którym starszy pan oprowadzał chętnych po wydrążonych w skale pomieszczeniach, które zakonnicy oddali dla celów muzealnych. Pan Francesco Festa pokazał nam zbiory jego rodziny. Przyznam się bez bicia, że zrobiłam tam parę zdjęć, kiedy pan nie widział, a bardzo srogo zabraniał... Chciałam Wam jednak pokazać to co widziałam... Monastero Casalnuovo to nie było jeszcze to, czego najbardziej szukałam, bo nie bylo to miejsce, gdzie mieszkali ludzie. Tu odprawiano nabożeństwa, tu mieszkali zakonnicy. Zgromadzone przedmioty rodziny Festa zostały tu wyeksponowane, pochodzą jednak z wyższej części miasta.

Niedługo znalazłam to, czego szukałam - Casa Grotta del Casalnuovo... Tu można wyobrazić sobie, jak wyglądało życie ludzi, mieszkających w tych jaskiniach...

Niedługo po odwiedzeniu Casa Grotta del Casalnuovo trafiłam na drugą - Casa Grotta di Vico Solitario. Dziewczyna obsługująca zwiedzających zapytała mnie skąd jestem, i jak się zorientowałam, mimo, że rozmawiałam z nią po włosku, chciała dla mnie zamówić nagrany przewodnik po polsku. Poprosiłam jednak, żeby puściła nagranie po włosku, tym bardziej, że były ze mną inne osoby, mówiące w tym języku. Tu - podobnie jak w Monastero - trzeba było pokazać green pass. Anthony mówił mi, że praktycznie wszystkie te mini muzea są podobne do siebie, ale będąc w dwóch takich miejscach dużo lepiej zrozumiałam warunki życia, tradycje...

Dalsza część mojej wędrówki po Sassi, to błądzenie po wąskich uliczkach po dachach domów, położonych poniżej, zaglądanie do wąwozu, gdzie wiele osób schodziło do kładki, by następnie ścieżką dojść pod szczyt i zajrzeć do tam znajdujących się grot. Anthony namawiał mnie do zwiedzenia różnych kościołów i innych ciekawych miejsc, ale nie miałam już na to ani siły, ani czasu. Żałuję, że nie zdążyłam zwiedzić  podobno bardzo ciekawego ujęcia wody, jednak kiedy wreszcie wydostałam się z Sassi, była już pora obiadowa i wszystko było zamknięte.

Przed zakończeniem spaceru udało mi się znaleźć mały prosty lokalik nazwany Tipicamente, gdzie serwowano super proste jedzenie, taka cibo di strada, czyli street food. Zjadłam boską kanapkę z chrupiącego tutejszego chleba... Tego mi było trzeba! Teraz już mogłam pójść w kierunku dworca...

on 07 październik 2021
Odsłony: 139