Miała to być łatwa droga, taka dla ciężarówek. Trochę mi było szkoda, bo fajnie byłoby się przejechać tą trudniejszą, bliżej morza, przez wzgórza i lasy. No ale to nie dla mnie, postanowiłam nie ryzykować, jeździć powoli, spokojnie...
A było tak: Najważniejsze, że pod Lidlem moja niebieska Pandina wyraźnie czekała na mnie. No to jedziemy. Miałam jechać na Porto Torres i tam odbić na Stintino. Oczywiście, na 55 km przeznaczyłam półtorej godziny na wszelki wypadek. A co tam, najwyzej pokręcę się po miasteczku, może jakieś cappuccino...
No i nie wiem jakim cudem znalazłam się na podejrzanie nie tej drodze, którą miałam jechać. Ale zorientowałam się dopiero po jakimś czasie. Jakoś Google Map nie bardzo mnie zrozumiał czy ja jego, nie wiem. Było pięknie, w górę i w dół, serpentyny jedna za drugą, lasy, wzgórza. I coraz bardziej się bałam, że się spóźnię. Ze strachu i z pośpiechu nie patrzyłam na zegarek (a zegar w Pandince pokazywał jakąś zupełnie nieprawdopodobną godzinę i kto wie, jak go przestawić). Szkoda, że nie było jak nie tylko pstrykać fotek, ale nawet się za bardzo rozglądać. To nie była trasa na pierwszą jazdę, pierwsze doświadczenie...
No ale dojechałam, znalazłam się na (darmowym) wygodnym parkingu bez konieczności wciskania się w jakieś szczeliny między autami, no i okazało się, że była 9.05, a o 9.15 zbiórka! Czyli, dałam radę! No, jeszcze trzeba było znaleźć łódź Davide i Sylvii, a to było trudnym wyzwaniem, w końcu musiałam zadzwonić do Sylvii i tak się znaleźliśmy. DOJECHAŁAM!!!
Na początku to miała być po prostu wycieczka łodzią na Asinarę. Kiedy trafiłam na oferty typu Pescaturismo, to mnie zaciekawiło. Nie tylko wycieczka ale też udział w połowach. Zaczęłam zgłębiać temat, no i miałam wątpliwości. Czy ja napewno chcę patrzeć, jak wyciągają te biedne ryby i inne żyjątka z wody, czy chcę brać w tym udział? Potem pomyślałam, że to hipokryzja: lubię jeść ryby, więc o co mi chodzi? Postanowiłam, że popłynę.
No i było ciekawie, bo zobaczyłam na czym polega taki "ekologiczny" połów, połów na kosze, uwalnianie wszystkich stworzeń, ktore mogą sobie jeszcze pożyć. Sylwia wszystko nam opowiada, Davide i jego ojciec pokazują nam wszystko co robią. Zamiast tradycyjnych sieci łowią na kosze, które są połączone liną. Te kosze są wyrzucane jeden po drugim do morza raz dziennie i raz dziennie wyławiane. Davide nawija linę i jeden po drugim wyciąga kosze. Jego ojciec zagląda do każdego z koszy i sprawdza, co się złapało. Wszystkie za młode stworzenia i takie, które nie spełniają wymagań są wyjmowane z koszy i wyrzucane do morza. Chyba to wyrzucanie do morza najbardziej mi się podobało. Miałam przyjemność oddać morzu jedną ośmiornicę i jednego kraba... Pozostałe ryby i inne stworzenia są segregowane na te, co popłyną do portu (chyba na sprzedaż a także na własny użytek rybaków) oraz te, które zostaną skonsumowane podczas naszej wycieczki. Silvia pokazuje nam poszczególne okazy, opowiada o nich...
No i ja mam z tym problem... co innego zobaczyć podwodny świat tam, pod wodą, lub też nawet przejść się po targu rybackim, gdzie ryby i owoce morza przygotowane są do sprzedaży, już nieżywe. Jednak prezentowanie żywego stworzenia, opowiadanie o nim, kiedy próbuje się uwolnić, oglądanie żywych ryb jak esponatów mówiąc o szczęściu itp podczas gdy one duszą się poza wodą , to dla mnie już przesada. Tym bardziej, że za chwilę te stworzenia powędrują do gara... Tak, lubię ryby i nie mówię, że od dziś nie będę ich jeść, ale jakoś tam wtedy było mi tych stworzeń szkoda i potrawy przyrządzone przez Silvię nie smakowały mi tak, jak te, które jadam w trattorii czy w domu. Możliwe, że to oni mają rację - skoro zajmują się rybołówstwem, robią to z zachowaniem wszelkich możliwych zasad ekologii - może oni są bardziej niż ja są w zgodzie z naturą. Ja wiem jednak, że ten jeden raz mi wystarczy. Wiele się dowiedziałam, było ciekawie, i było to wyjątkowe przeżycie, nie przeczę. Więcej już jednak takiej wycieczki nie wybiorę.
Po zakończeniu połowów dopłynęliśmy do Cala Reale na wyspie Asinara. Tu nasi gospodarze - rybacy zostali na łodzi, Silvia zajęła się garami na nasz obiad, a my poszliśmy gdzie kto chciał. Asinara jest ogromna, a przede wszystkim bardzo długa i wąska. Patrząc na nią z boku widać takie jakby garby, jeden za drugim. Ciekawe, że wszystkie wycieczki łodzią czy statkiem, czy wodolotem odwiedzają tę, wschodnią część wyspy. Nikt nie pływa po drugiej stronie...
Asinara ma ciekawą historię. Była wioską rybacką do czasu, aż w latach 70-tych XX wieku powstało tu jedno z najcięższych więzień we Włoszech, przebywali tu mafiozi podczas Maksiprocesu, a także członkowie Czerwonych Brygad. Tworząc więzienie wywieziono z wyspy jej mieszkańców, przesiedlając ich do Stintino. Na wyspie pozostały po nich ślady, takie jak między innymi spotkany przeze mnie maleńki cmentarz (podobno jest takich cmentarzy na wyspie kilka). W 1997 roku po zamknięciu więzienia został tu założony Park Narodowy Asinara. Mieszka tu teraz na stałe bardzo niewiele osób, głównie pracownicy i strażnicy Parku.
W pobliżu Cala Reale znajduje się szpital żółwi morskich, za mało jednak było czasu na odwiedzenie go. Byłam już w takim szpitalu na Lampeduzie i na Linozie, a tu chciałam bardziej chłonąć ten niewielki kawałek wyspy. Żeby ją lepiej poznać trzeba by po niej pojeździć. My jednak wsiadamy na naszą łódź i płyniemy dalej.
Podczas rejsu mieliśmy dwa przystanki na pływanie. W pierwszym miejscu wyjrzałam przez burtę i zobaczyłam krystalicznie czystą wodę i piaszczyste dno gdzieś w oddali. Nie było widać z łodzi ryb ani żadnych roślin. Postanowiłam, że tutaj po prostu sobie popływam, zostawiłam fajkę i aparat, wzięłam tylko maskę i wskoczyłam (a raczej wsunęłam się) do wody. Pływając obserwowałam to co pode mną, pojawiło się zaledwie parę małych rybek, dno było piaszczyste, jasne, ale były też spore kępy pięknych, prawie białych wodorostów, oblepionych pęcherzykami powietrza.
Ciekawe było, że ryby, których było wokół mnie dużo przez jakiś czas w pewnym momencie jakby znikły. Kręciłam się dookoła i nigdzie ich nie było. Może im się znudziłam i popłynęły zobaczyć coś ciekawszego?
Kiedy w końcu wyszłam na pokład, zrobiło mi się jakoś nieprawdopodobnie zimno, cała dygotałam. Podobnie Silvia, która powiedziała, że byłyśmy w wodzie ponad pół godziny. Snorkując właściwie jesteśmy niemal bez ruchu, może to był powód, choć niejeden raz wcześniej pływałam z maską bardzo długo. Może tu była chłodniejsza woda, nie wiem. To było dziwne, wytarłam się, owinęłam ręcznikiem, nie pomagało, w końcu się przebrałam i dopiero po jakimś czasie przestałam się trząść. Kiedy w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na jeszcze jedno pływanie, w bardzo ładnej zatoczce z wielkimi czarnymi kamieniami, nie zdecydowałam się już na pływanie...
Po zakończonym rejsie i pożegnaniu się z Silvią i Davide a także resztą ich gości nie pojechałam od razu z powrotem ale miałam w planie odwiedzenie słynnej plaży La Pelosa, znanej jako jedna z najpiękniejszych na Sardynii. Żeby się na nią dostać trzeba kupić wcześniej bilet, zrobić rezerwację, mieć specjalną matę do leżenia na cennym tutejszym piasku i tak dalej. Liczba osób, które mogą tam plażować jest bardzo ograniczona. Ja nie miałam zamiaru plażować, plażing i smażing nie należą do moich przyjemności, chciałam jednak po prostu zobaczyć na własne oczy to cudo. Wiedziałam, że po 18-tej wstęp na plażę jest wolny. No więc chciałam na nią wejść, przespacerować się z nogami w wodzie, napstrykać zdjęć i pójść sobie.
Tymczasem nie było to takie proste. Chyba trzy razy przejechałam drogą wzdłuż plaży (której za drzewami nie było widać) no i wzdłuż parkingów. Wszystkie miejsca zajęte. Droga jednokierunkowa w którymś momencie skręca w górę - do miejsca, skąd rozciąga się widok na zatokę. Tu się zatrzymałam na fotkę i pojechałam dalej, w dół do rozwidlenia gdzie znów skręciłam w drogę wzdłuż plaży i potem znów w dół. Znalazam na tej drodze w dół, równoległej do tej w górę parking (darmowy), z którego prowadziła ścieżka - napisane, że do plaży. Ale ścieżka w pewnym miejscu się kończy i guzik. No to dałam sobie spokój. Nie to nie. Przyjadę tu może w poniedziałek autobusem. Ale ... to nie będzie już po 18, więc jak to zrobię? Zobaczymy.
No to ruszam z powrotem, ale już nie tą malowniczą i nieco szaloną drogą, którą przyjechałam do Stintino. Jadę tak jak powinnam była jechać rano, tyle że z powrotem: na Porto Torres a stamtąd na Alghero. Droga jest prosta i już nie taka ciekawa. Dojeżdżam do mojego Lidla, zostawiam tu znów Pandinę na noc, małe zakupy i ruszam do domu. Jutro czeka mnie całodzienna samotna wycieczka samochodowa do Bosa. Chcę wyjechać raniutko, żeby zdążyć na spokojnie pokonać wymyśloną trasę - drogą krajobrazową wzdłuż wybrzeża do Bosa i potem malowniczą drogą przez interior, z przystankami w Tinnura i Nuraghe Santu Antine. Muszę oddać Pandinę o 19 na lotnisku i chcę to zrobić punktualnie i bezproblemowo :).