Dziś obeszłyśmy duży skrawek wyspy. Wybrałyśmy się autobusem do zatoki Cala Creta, a dokładnie poszłyśmy na następna – Mare Morto. Nie jest to bynajmniej plaża piaszczysta – skały i rafy postrzępione lub gładkie tak, że się po nich jeździ. Następnym razem zabiorę na Lampeduzę plastikowe sandały, bez tego trudno wejść do wody – jest tu raczej płytko, można się uderzyć a nawet skaleczyć lub też poślizgnąć i zwichnąć nogę w wodzie. A do tego dziś są niezłe fale – nie wiadomo czy jutro da się pojechać na Linozę, rano dopiero się dowiemy.

A więc początkowo myślałam, że nie zdecyduję się pływać, ale w końcu się udało. A jak się udało, to dopłynęłam tam, gdzie widziałam, że pod skałą jest jakby tunel i tam wygląda dalsze morze. Udało się, dopłynęłam, weszłam na głazy a fale z hukiem rozbijały się… Było pięknie!

Potem poszłyśmy wzdłuż wybrzeża podziwiając kolejne zatoki. Ponieważ morze było wzburzone a słońce się schowało, nie kąpałyśmy się więcej, za to zobaczyłyśmy mnóstwo. Udało nam się przejść od Mare Morto, Cala Creta, Cala Pisana na południe.

Opublikowano: 04 październik 2011
Odsłony: 151

W Cala Pisana odwiedziłyśmy cmentarz. Spędziłysmy tam sporo czasu, bo jest to miejsce bardzo szczególne. Cmentarz tutaj wygląda zupełnie inaczej niż u nas. Przede wszystkim wynika to pewnie z faktu, że na skale nie da się wykopać grobu, więc zmarłych grzebie się nie w ziemi, ale w murowanych grobowcach.

Czasem mają one kształt naszego grobowca, często na rodzinnego, ale najczęściej są to jakby domki, jakby kapliczki. Czasami w tych grobowcach ustawia się ulubione przedmioty zmarłego, jego zdjęcia, pamiątki...

Na cmentarzu - tam gdzie dużo biedniejsza jego część (komunalny?) chowani są też bezimienni imigranci, zwłoki wyrzucone przez morze lub przybyłe w łodzi... Na takim murowanym grobie niebieską farbą wypisana jest ilość zwłok i data...

Opublikowano: 04 październik 2011
Odsłony: 152

Doszłyśmy do granic lotniska, i obeszłyśmy je – fajnie by było jakby tak wystartował samolot nad naszymi głowami! Tutaj brzeg zrobił się niesamowicie wysoki, stromy, urwisty. Stałyśmy robiąc zdjęcia a potem widziałyśmy, że w miejscu gdzie stałyśmy była niezła przewieszka!
W końcu doszłyśmy do Punta Sottile, najbardziej na południe wysuniętego miejsca, to były takie rafy sterczące z morza, szłyśmy w stronę „końca świata”, ale z rozsądku nie doszłyśmy do końca, bo się zrobiło coraz bardziej szpiczaście, łatwo było skręcić nogę (poniżej filmik z tego miejsca).

Obchodząc tak południową część wyspy, lotnisko, zaglądając do wszystkich zatoczek stwierdziłyśmy, że zbliża się zachód słońca. Bardzo chciałyśmy zobaczyć jak słońce się chowa w morzu (choć niebo było zachmurzone), ale niestety, byłyśmy jeszcze za daleko. Kiedy doszłyśmy do portu, słońce już się schowało.

No nic, mamy jeszcze trochę czasu, mam nadzieję, że przyjdzie czas i na zachód słońca. Zaopatrzyłyśmy się na jutro, na wycieczkę na Linozę, rano jedziemy kupić bilety – tak nam pan poradził – bo nie wiadomo dziś jeszcze czy nie odwołają rejsu, a po drugie, dzięki temu oszczędzimy prowizję za przedsprzedaż… Czyli, rano będziemy gnać, niepewne czy coś z tego wyjdzie. Dziś wiało nieźle, ale pod wieczór się uspokoiło, zobaczymy co będzie jutro.

Jeszcze jedno dziś załatwiłam: znalazłam Legambiente, czyli Ligę ochrony środowiska i zapytałam, czy przyjęliby mnie za rok na wolontariat w rezerwacie Isola dei Conigli. Powiedzieli, że nie ma żadnych przeciwwskazań, mam się zgłosić na wiosnę! Mam nadzieję, że się uda i za rok tu wrócę!!!


Opublikowano: 04 październik 2011
Odsłony: 148