Podczas rejsu mieliśmy dwa przystanki na pływanie. W pierwszym miejscu wyjrzałam przez burtę i zobaczyłam krystalicznie czystą wodę i piaszczyste dno gdzieś w oddali. Nie było widać z łodzi ryb ani żadnych roślin. Postanowiłam, że tutaj po prostu sobie popływam, zostawiłam fajkę i aparat, wzięłam tylko maskę i wskoczyłam (a raczej wsunęłam się) do wody. Pływając obserwowałam to co pode mną, pojawiło się zaledwie parę małych rybek, dno było piaszczyste, jasne, ale były też spore kępy pięknych, prawie białych wodorostów, oblepionych pęcherzykami powietrza.
Ciekawe było, że ryby, których było wokół mnie dużo przez jakiś czas w pewnym momencie jakby znikły. Kręciłam się dookoła i nigdzie ich nie było. Może im się znudziłam i popłynęły zobaczyć coś ciekawszego?
Kiedy w końcu wyszłam na pokład, zrobiło mi się jakoś nieprawdopodobnie zimno, cała dygotałam. Podobnie Silvia, która powiedziała, że byłyśmy w wodzie ponad pół godziny. Snorkując właściwie jesteśmy niemal bez ruchu, może to był powód, choć niejeden raz wcześniej pływałam z maską bardzo długo. Może tu była chłodniejsza woda, nie wiem. To było dziwne, wytarłam się, owinęłam ręcznikiem, nie pomagało, w końcu się przebrałam i dopiero po jakimś czasie przestałam się trząść. Kiedy w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na jeszcze jedno pływanie, w bardzo ładnej zatoczce z wielkimi czarnymi kamieniami, nie zdecydowałam się już na pływanie...