Rano z żalem oddałam autko, nikt go nie sprawdzał, nie oglądał. Przedpołudnie spędziłyśmy na plaży Isola dei Conigli. Dziś pogoda była po prostu boska - czyste niebo, upał, morze spokojne, kolory boskie... Weszłyśmy w morze - bo tam tak długo jest pas bardzo płytki, gdzie się chodzi, brodzi, ludzie siedzą, gadają, leżą w wodzie. Potem popłynęłyśmy w stronę otwartego morza. Za niedługo przyszedł mi do głowy szatański pomysł: opłynąć tę Wyspę Królików! To dużo płynięcia, ale przecież można się trzymać blisko brzegu wyspy, robić odpoczynki. Nie wiedziałam, czy Alka zechce, ale choć lekko zaszokowana, popłynęła grzecznie za mną...

To było boskie! Najbardziej fantastyczny jest brzeg wyspy od strony morza, czyli niewidoczny z plaży. Jest tam pas skał bielusieńkich, cudnych skał, o niezwykłych kształtach. Jak szkoda, że nie da się tego utrwalić! Za rok muszę mieć wodoodporny aparat, może ktoś zechce tam ze mną popłynąć... Wchodziłyśmy na skały, zaglądałyśmy do jaskiń, chodziłyśmy po lesie wodorostów jak po trawniku, płynęłyśmy i płynęłyśmy... Ze dwie godziny nam to zajęło. Wróciłyśmy dumne jak pawie, szkoda że nikt na plaży nie zauważył, jakiego dokonałyśmy wyczynu...

Potem weszłam do wody zachwycając się jej kolorami, mieniącymi się reflekasmi. Potem zauważyłam, że dookoła moich nóg pływają małe rybki. Wyraźnie były zainteresowane moimi nogami! Pływały dookoła, nawet parę razy usiłowały mnie ugryźć w palce! Potem przyłączyła się do nich duża, długości dłoni ryba i ona też pływała dookoła mnie! Potem pojawiły się jeszcze dwie, ale odpłynęły zanim udało mi się je sfilmować. Włoszki powiedziały mi, że te rybki czekają aż je nakarmię jakimiś okruszkami...

Wróciłyśmy z plaży zmęczone, podejście pod górę do przystanku może wyciągnąć z człowieka wszystkie siły, szczególnie, jeśli się opłynęło wyspę... Warto choćby na to podejście mieć coś na głowę...

Opublikowano: 07 październik 2011
Odsłony: 86

Po południu wybrałyśmy się na dotąd nie odwiedzoną plażę - największą plażę w mieście, o dziwnej nazwie Gutgia. Jest piękna, czysty piasek, jak wszędzie wspaniale czysta woda... Nie pływałyśmy, ale brodziłyśmy po wodzie.

Później poszłyśmy do miasta i w polecanej przez wszystkich cukierni Bar dell'Amicizia zjadłyśmy doskonałą granitę - mrożony sok: ja z morwy, a Alka z migdałów. Obserwowalysmy też Włochów, którzy kupowali "lody w kanapce" - wyglądało to niesamowicie, lody nakładane nie do wafla, a do takiej jakby bułki. W tym barze jego właściciel, Don Pino Brignone, poeta z Lampeduzy specjalnie dla Alki powiedział swój wiersz...

Na koniec dnia wybrałyśmy się za port żeby zobaczyć słynne lampeduzańskie Drzwi do Europy. Wyglądają ciekawie... Morze, potem drzwi, a potem droga pod górę... Tam też zastał nas zachód słońca - tym razem nie widać było żadnych chmur, więc miałam nadzieję, że słońce utopi się w morzu - jednak kiedy było już bardzo blisko morza zaczęło się chować za jakieś niewidoczne chmury - i tak nas oszukało...

Przy placu, gdzie wczoraj była zabawa, a skąd wyrusza autobus zauważyłam bardzo ciekawy lokalik, wygląda na rodzinną trattorię. Zapytałam, o której zaczynają - o 18.30. Dziś już było za późno, bo miałyśmy 10 minut do ostatniego autobusu, ale jutro może się uda tam zjeść tuż przed wyjazdem. Tak, tak, no bo jutro już żegnamy się z Lampeduzą... Trudno nam w to uwierzyć...

(pod zdjęciami filmik - nie mojego autorstwa!!! -, na którym można zobaczyć Don Pino w barze Dell'Amicizia, opowiadającego o dawnym życiu na wyspie, a potem nasze: Drzwi do Europy i znów zachód słońca)




Opublikowano: 07 październik 2011
Odsłony: 73