moja mapaTo moja trzecia wyprawa na Levanzo. Za pierwszym razem (2007) szłam ścieżką w kierunku zachodnim, kiedy ścieżka zaczęła się wspinać, zeszłam z niej w dół i po jakimś czasie musiałam zawrócić, bo kamienie, głazy sterczały tam prawie pionowo i nie było jak iść dalej. Za zdrugim razem (tydzień temu) poszłam najpierw w kierunku wschodnim i doszłam po prostu do końca, dalej się iść nie dało, wróciłam do portu, a ponieważ miałam jeszcze czas, poszłam po swoich śladach z 2007 roku, ale musiałam wrócić, żeby zdążyć na wodolot. Zapragnęłam wtedy pójść dalej tą trasą, sprawdziłam na mapie, że się da, myślałam, że zrobię to przy jakimś kolejnym wyjeździe, ale - popłynęłam tam dzisiaj.

To fakt, na Levanzo nigdy nie ma tłumów, ale jednak trzeba się liczyć z tłumami na wodolotach. Po doświadczeniu sprzed tygodnia, kiedy rano nie było już biletów na południowy wodolot, kupiłam bilet wieczorem - ale też już nie mieli na 10.45. Ale powrotnego nie kupiłam, bo raz, że przedsprzedaż kosztuje, a dwa nie chciałam być uzależniona od wcześniej wybranej godziny powrotu.

Dziś pogoda była piękna i pojawiło się Marettimo, którego tydzień temu po prostu nie było! To niewiarygodne, jak wyspa może zniknąć po prostu z horyzontu! Poszłam ścieżką w górę, doszłam do lasku, tam jakby ścieżka znikła, a za to pojawiła się włoska grupka. Zapytałam, jak iść dalej, powiedzieli, że jeśli chodzi o Grotę del Genovese, to nikt tego dobrze nie wie, ale żebym szła tym laskiem, a potem będzie rozwidlenie i mam iść w dół, bo w górę to będzie w góry.

Więc poszłam, ale żadnego rozwidlenia nie było, to znaczy, parę razy coś jakby i tak poszłam, ale to było tylko jakby. Ścieżka znikła i tyle. Za to pojawiły się mewy, które postanowiły mnie stamtąd przegonić. To znaczy, mewy są zawsze, ale tam były te mewy od Hitchkocka. To był normalnie zmasowany atak! Zorientowałam się, że co chwilę któraś pikuje i przelatuje tuż nad moją głową! Nie wiem, czy ośmieliłyby się dziobnąć, ale naprawdę, niewiele brakowało! Ciekawe, czy wyjdzie film, który w tej sytuacji zrobiłam, w ostatnim momencie po prostu wrzasnęłam i kucnęłam... Widać, miały tam gniazda i broniły ich przed intruzem.

Parę razy próbowałam przejść, znaleźć ścieżkę, ale nic z tego. Nie tyle zależało mi na tej grocie, bo o ile czytałam, można do niej wejść tylko z przewodnikiem, ale chciałam przejść trasy, które znalazłam na mapie, i taka trasa powinna iść wzdłuż tej góry, ale nie mogłam jej znaleźć. Już myślałam, że po raz trzeci się wycofam... Wróciłam, szukając odchodzącej, a może nie zauważonej ścieżki, i nic. Więc ostatnia próba - znalazlam część zbocza, która wydawała się dość łagodna (no i bez mew!), i poszłam nią wpław w górę, licząc na to, że znajdę ścieżkę. Na dole pojawiły się dziewczyny, które obserwowałam wcześniej - poszły jak ja do końca ścieżki, a potem zastanawiały się co dalej zrobić. Patrzyły co robię i po jakimś czasie ... zaczęły iść moim śladem. A ja w pewnym momencie, po przebyciu kolejnej kupy kamieni, kolejnych krzaków - znalazłam ścieżkę! To była wyraźna, prawdziwa ścieżka! I tak poszłam ja, a za mną te dziewczyny.

Szłyśmy bardzo długo, kiedy w końcu znalazłyśmy faktycznie jakby skrzyżowanie: w górę szła ubita droga, a w dół, wzdłuż drewnianych poręczy - ścieżka, zygzakami prowadząca w dół. BAAAARDZO w dół! Po prostu niemalże na plażę z wysokiego zbocza. Wiadomo, trzeba będzie potem wejść z powrotem... A, zapomniałam, był też wreszcie drogowskaz, prowadzący do Groty del Genovese! A ja myślałam, że tę grotę to już dawno minęłyśmy... Droga piękna, zejście ładnie poprowadzone. Grota oczywiście, zamknięta. Po pierwsze, drewniane ogrodzenie, obwiązane sznurem. Z tym sobie poradziłam, a dziewczyny potem poszły za mną. Ale choć szukałam i szukałam, to nie znalazłam żadnych znaków. Były tam natomiast metalowe drzwiczki, zamknięte na kłódkę i jakaś krata. Czy te znaki są tam dalej? Ale kto by przez takie drzwiczki przelazł? Ciekawe. Oczywiście, mogli na górze napisać, że grota zamknięta... Ja prawdę powiedziawszy, byłam raczej pewna że tak będzie, ale chciałam spróbować...

Potem było wejście na górę, weszłam. Potem poszłam dalej, podczas gdy dziewczynty wróciły tą samą drogą, którą przyszłyśmy. Ja poszłam dalej, bo chciałam przejść cały szlak. Potem zobaczyłam piękną zatokę (Tramontana chyba), później latarnię morską, oczywiście, do niej doszłam, po drodze były jakieś opuszczone budynki, latarnia też opuszczona, jacyś ludzie tam sobie odpoczywali, ale skąd się wzięli? I potem już droga powrotna, jakby prosto przez wyspę, od północnej do południowej części. I po sześciu godzinach od wyjścia znalazłam się w porcie... Zmęczona ale bardzo szczęścliwa, że mi się udało! Pozostaje mi jeszcze ta grota, tak, żeby naprawdę zobaczyć te rysunki naskalne, i może wycieczka dookoła wyspy łodzią. Ale to co pieszo, to zrobiłam.

Potem jeszcze okazało się, że na wodolot najbliższy - Ustica Lines bilety wykupione, ale udało sie w Siremar, musiałam tylko 50 minut poczekać. Tak wolę niż spieszyć się na rejs, bo mam bilet. Byłabym zresztą nie wsiadła na ten wodolot, bo przypłynął taki inny, z wielkim napisem Volaviailmare, czyli leć przez morze, nie miał żadnego napisu Siremar, ale jednak to był ten, poznałam po nazwie statku, którą miałam na bilecie. Jest wielki, obszerny i tu nie było problemu z miejscami.

I w ten sposób oswoiłam Levanzo, moją ulubioną wyspę!

Opublikowano: 01 maj 2015
Odsłony: 95

2 Koty, UlisseCiekawe jak to będzie na Pantellerii... Na początku miałam tam się zatrzymać w porcie, u dobrej duszy, Marzenki i Francesca. Trochę mi było szkoda, że w porcie, bo akurat miasteczko przy porcie na Pantellerii nie jest zbyt urocze. Później znalazłam 2 Gatti, B&B czy pensjonat, wszystko jedno, i Giuliana zaproponowała mi bardzo korzystną cenę, dlatego postanowiłam wynająć u niej domeczek na trzy noce. Tylko że na Pantellerii jest problem z przemieszczaniem się... Wyspa, ale nie taka znów mała, niby są tam autobusy, ale jakieś magiczne, nie bardzo wiadomo, jak to ugryźć. Giuliana zdziwiona była, że nie wynajmuję samochodu... Mnie jakoś samochód do wyspy nie pasuje, poza tym, choć ceny tam nie są duże, to nawet jeśli znajdę za 30 euro, to za cztery dni to kupa kasy! Ale na wszelki wypadek prawo jazdy mam, może jak na Lampeduzie wynajmę samochód na jeden dzień... A może rower? Albo nie wiem...

Przypomniałam się Giulianie wczoraj rano i na szczęście, bo jakoś jej się pokręciło, i zapisała moją rezerwację na czerwiec... Ponieważ właśnie spędza kilka dni w rodzinnym Mediolanie, wyszło tak, że nie miałby kto mnie odebrać z lotniska, więc ... kochana Giuliana napisała mi jak dojechać... samochodem... Ale ja, nawet jeśli wezmę ten cały samochód na jeden dzień, to wolałabym to zrobić podczas pobytu, jak już coś tam odwiedzę, żeby dotrzeć do miejsc, gdzie nie uda mi się inaczej, czyli nie w pierwszy dzień! Ale na szczęście okazało się, że jej przyjaciółki pojadą po mnie, potem mnie jeszcze zawiozą do miasteczka na zakupy i potem zostawią w Dwóch Kotach, i zobaczymy co ja tam pocznę :) Mam nadzieję oczywiście spotkać się z Marzeną, może na jakąś wspólną wycieczkę pójdziemy... No i mam zamiar poznać Pantellerię dokładnie!!!

Opublikowano: 02 maj 2015
Odsłony: 89

Do Calatafimi pojechałam, bo słyszałam, że warto pochodzić po tym miasteczku i poobserwować charakterystyczne życie daleko od turystycznego ruchu. Bo wszyscy co tam jadą, wysiadają obok Segesty, a w miasteczku życie się toczy powolutku, malowniczo. Pan kierowca nie mógł uwierzyć, że kupuję bilet do Calatafimi, a nie do Segesty...

No a jak wysiadłam, okazało się, że dzieje się tu coś szczególnego: głośno grała muzyka country, ludzie byli rozentuzjazmowani, jakieś stragany, jakaś sagra? Okazało się, że było to święto hodowlane - wystawa koni i owiec na placyku, sprzedawano siodła i inne wyposażenie do konnej jazdy, szykowano degustację wina i przysmaków (niestety, na potem...), sprzedawano jakieś starocie, jakieś przedmioty domowe - wśród których moździerze do pesto w różnych wielkościach!... Było ciekawie, malowniczo, tylko że - nie było tej atmosfery powolnego życia sycylijskiego miasteczka z panami siedzącymi godzinami i patrzącymi na ulicę... No cóż, coś za coś.

Ładnie tu, uliczki udekorowane kafelkami. Obeszłam różne zaułki, doszłam do wielkiego kościoła, który wydawał się zamknięty, ale jakiś pan zobaczył, że chcę wejść i wpuścił mnie do środka, nawet światło zaświecił!

Chodząc po uliczkach zauważyłam stojące rzędem kolorowe, pięknie zdobione sycylijskie wozy! Zawsze chciałam je zobaczyć, kiedy w Palermo byłam na święcie patronki Świętej Rozalii, czekałam na przejazd wózków i się nie doczekałam, a tu one stały i czekały na mnie!

Że zrobiłam taką głupotę, że nie wzięłam komórki, a zegarka po prostu nie mam, niestety, kręciłam się w pobliżu placu, gdzie był przystanek, nie wierząc w moje wyczucie czasu... Jadąc z powrotem zobaczyłam nawet świątynię w Segeście na wzgórzu...Byłam tam z Giannim i Lilian dwa lata temu, więc tym razem wystarczyło mi takie przelotne spojrzenie.

Dziś sprzątam, pakuję się wstępnie. Być może dzisiaj, a może jutro przenoszę się z mojego ulubionego mieszkanka do innego, tym razem znów do "pałacu", ale takiego, w którym jeszcze nie spałam. Będę miała w poniedziałek bliżej do przystanku, bo autobus na lotnisko mam o 6.15! Jutro Majówka i też niewiele czasu w domu spędzę, a po powrocie z Pantellerii tylko jedną noc tam prześpię i do domu...

Opublikowano: 02 maj 2015
Odsłony: 78