Już za chwilę zacznę moją liguryjską przygodę z Anną i Ninem! Jadę na lotnisko w Modlinie i zostawiam samochód na parkingu, będzie tam sobie stał przez tydzień, kosztuje to 30 zł, można sobie pozwolić ;)

Potem lecę do Bergamo, stamtąd autobusem jadę do Mediolanu, gdzie nieopodal dworca mam hotel. Jutro rano o 9 wsiadam w pociąg do Imperii i tam ok 12 spotkam się z przyjaciółmi... I tak zacznie się przygoda, która będzie trwała tydzień.

Nie wiem czy w domu w Imperii jest internet, mam nadzieję, że jak w Kalabrii choć trochę da się skorzystać z mobilnego. Więc jeśli się da, będę tu pisać i wklejać zdjęcia, jeśli nie, to dopiero po powrocie. A więc do zobaczenia!

Opublikowano: 27 maj 2017
Odsłony: 88

Dziś Madiolan tylko tak zupełnie przejazdem - samolot przyleciał do Bergamo 20 minut wcześniej,  udało mi się zdążyć na wcześniejszy autobus, super że nie skusilam się na kupienie biletu przez internet! I wcale nie prawda co piszą na stronie, że przez internet jest taniej: bilet kosztował dokładnie tyle samo czyli 5 euro.

Mój hotelik jest malutki, prościutki, pokój maleńki z umywalką i tramwajami za oknem. Ale na jedną noc jest ok, rano idę na dworzec i jadę do Imperii, gdzie spotkam się z Anną i Ninem. W tym pokoiku najważniejsza sprawa to internet a jeszcze ważniejsza (jak nigdy!) - telewizor. Bo dziś jest finał pogramu, który od lat oglądam, Amici. Więc wybaczcie, ale zamiast wczuwać się w parny i duszny nocny Mediolan będę siedzieć do nocy przed telewizorem, i wcale się tego nie wstydzę ;) Nie jest zbyt wygodnie, bo telewizor maciupeńki wisi gdzieś tam pod sufitem, a słuchawki, które przywiozłam, żeby nikomu nie przeszkadzać wcale się z tym sprzętem nie zgadzają, więc muszę słuchać dźwięk oryginalny...

Opublikowano: 27 maj 2017
Odsłony: 118

Jadę sobie pociągiem z Mediolanu na południe. Mediolan to region Lombardia a ja jadę do Ligurii (stolicą regionu jest Genua, a kto nie wie, Włochy są podzielone na 20 regionów).

No i tak jadę z nosem w  oknie i co widzę: przede wszystkim  - jak dziwnie tu inaczej! Ale inaczej od czego? Inaczej niż na Sycylii, przecież od dawna jeżdżę tylko tam. A tu bardziej jak u nas: płasko, całkiem płasko, zielono, żadnych wzgórz, skał, nie mówiąc już o górach. No, jest to Nizina Padańska, przed Genuą będą góry. Budownictwo jest bliższe naszemu niż temu z południa Włoch.

Bilet na pociąg tym razem kupiłam przez Internet, więc nie musiałam go kasować na peronie. Przed wejściem na perony (to wejście nazywa się GATE, jak na lotnisku, ciekawe…) jest kontrola biletów. Dworzec w Mediolanie jest bardzo ciekawy, odrobinę przypomina dworzec w Budapeszcie, ale tamten jest chyba bardziej dekoracyjny.

Jedyny  problem to fakt, że choć kupiłam specjalnie wodę na te ponad 3 godziny jazdy, to przygotowując się do kontroli biletu zostawiłam ją przed peronem… Jakoś to przeżyję, ale szkoda. Za to wciąż czuję smak cappuccino z baru w Mediolanie. Co to za kawa, dlaczego moja w domu nie ma takiego niesamowitego smaku?

Przejechaliśmy wlaśnie wiaduktem nad Padem, wieeelka rzeka…
A teraz – po ponad godzinie jazdy krajobraz całkiem się zmienił. Zrobiło się pagórkowato, zaczęły się tunele, domy mają bardziej górskie dachy – wjechaliśmy do Piemontu. Nawet nie wiedziałam, że tak będzie, bo Piemont jest na zachodzie, a my jedziemy na południe, no ale pewnie po prostu tak ma być. Nie powtórzę z pewnością przygody Jagusi sprzed lat, która jadąc do Genui z Mediolanu wsiadła w pociąg do … Genewy i wysadzono ją tuż przed granicą szwajcarską… (Genua – Genova, Genewa – Ginevra…). Nie, my jedziemy niewątpliwie w stronę Genui. Teraz znów w długim tunelu… Super, udało się kupić wodę!

No, teraz to już Liguria. Co chwilę wjeżdżamy do długich czarnych tuneli, a kiedy z nich wyjeżdżamy, pokazują się zielone wysokie wzgórza obrośnięte domami…

I po bardzo, ale to bardzo długim tunelu jesteśmy w Genui. Pamiętam, jak tu spędziłam kilka dni jeszcze w zeszłym stuleciu. Genua mnie zafascynowała wówczas swoim rozmachem, wieloma poziomami. Myślałam, że z Genui do Imperii jest już blisko, tymczasem jeszcze ponad półtorej godziny drogi. Zdjęć z pociągu nie ma sensu robić, bo szyby są niezbyt przezroczyste, nie można otworzyć okien.

Opublikowano: 28 maj 2017
Odsłony: 117

Wczoraj przyjechał po mnie na dworzec Nino, bo Anna biedna leżała z migreną. Dom, w którym znajduje się ich mieszkanie, stoi na wzgórzu tuż nad wybrzeżem. Na tarasie cudnie kwitną różowe bugenwille, czy jak się to fachowo nazywa. Nino się śmieje, że trzeba by je przyciąć żeby było widać morze, ale mnie się ten rożowy gąszcz bardzo podoba. A morze widać i tak.

Wczoraj Nino przygotował mi obiad po kalabryjsku (nie, to nie pomyłka, jesteśmy w Ligurii, ale on jest przecież Calabrese z krwi i kości, choć większą część życia spędził w Turynie - tę kalabryjskość przekazał swojej rodzinie...). Potem poszłam na spacer po wybrzeżu poniżej domu, patrząc tęsknie na pięknie wznoszące się na wzgórzu stare miasto Porto Maurizio. Kiedy wróciłam, Anna już wstała, na szczęście czuła się już lepiej. Pojechaliśmy na spacer najpierw pod stare miasto, szliśmy nad plażami. Kto mnie zna, wie że takie plaże to nie dla mnie: budki do przebierania, parasole, leżaki, metr na czlowieka... Na szczęście jesteśmy zgodni w przekonaniu, że nie zależy nam na plażowaniu (oni myśleli, że ja bym chciała,  a  ja się obawialam, że im na tym zależy). Woda jest jeszcze zimna a te tłumy na plaży tym bardziej demotywują.

Potem pojechaliśmy do drugiej części miasta (potem napiszę jak się nazywa), oni poszli do kościoła na mszę, ja spacerowałam. Trochę ładniej to wyglądało, mniej plażowiczów, bardziej naturalnie.

Dzis wybieramy się na wycieczkę, propozycji jest sporo, zobaczymy, co zrealizujemy. Podobno w piątek przyjedzie Cristiana (ich córka) i razem z nią pojadę pociągiem do Monte Carlo! Nie wiem, czy w związku z tym pojedziemy też z Anną i Ninem dalej, na Lazurowe Wybrzeże, czy zobaczę "tylko" Monte Carlo, będzie jak postanowią.

Opublikowano: 29 maj 2017
Odsłony: 130

Anna i Nino lubią pospać, ale Nino jak to on, kiedy wstałam przed ósmą już się kręcił po kuchni. Po co? Żeby mi przygotować kawę... Wczoraj wypytywał mnie, co jem na śniadanie, jaką kawę kupuję i tak dalej. A potem okazało się, że kupił taką kawę jak lubię (choć  w domu miał taką jak oni piją), przygotował mleko a nawet jogurt grecki i płatki... Cały Nino!

Przed południem pojechaliśmy do ślicznego miasteczka na wzgórzu, nazywa się  Cervo, pochodzi ze średniowiecza, a w latach 50-60 zainteresowali się nim Holendrzy i pięknie je odbudowali. Jest tu masa mieszkań do wynajęcia, B&B, kafejek, a spod kościoła można podziwiać przepiękny widok na zatokę. Imperia jest schowana za wzgórzem.

Opublikowano: 29 maj 2017
Odsłony: 87

Po południu pojechaliśmy na wycieczkę na wzgórza. Anna powiedziała, że jedziemy do wioski, która jest bardzo osobliwa. Wspieliśmy się na wysokie wzgórze, no i rzeczywiście: Valloria to cicha, zagubiona daleko na wzgórzu wioska licząca sobie co najmniej parę setek lat. Wtopiona w zieleń,  z labiryntem zabudowań, gdzie od około 20 lat zapanował zwyczaj ozdabiania malowidłami, obrazami, zdobieniami drzwi zewnętrznych. Często są to drzwi bardzo stare, nieraz prowadzące do nikąd, lub też zamknięte na cztery spusty, ale często także drzwi do domu czy do piwnicy. Malowali je przeróżni artyści więksi i mniejsi, ale też mieszkańcy - kto tylko zapragnął.

Spacer tym wiekowym labiryntem i odkrywanie wciąż nowych obrazów w przeróżnych stylach wśród ciszy i bujnej przyrody to naprawdę niezwykła sprawa. Szkoda tylko, że wiele z tych domów niszczeje, również część malunków wymagałoby odnowienia, wiele domów jest opuszczonych i choć jest to niewątpliwie ciekawa atrakcja turystyczna, wydaje się, że niewiele tu gości przybywa żeby je podziwiać...

Opublikowano: 30 maj 2017
Odsłony: 96

Wracając z Vallorii zajechaliśmy do słodko nazwanego miasteczka Dolceto. Główną atrakcją jest tutaj most z XIII wieku - Ponte Cavaglieri di Malta (Most Rycerzy Maltańskich), łączący dwa bardzo wysokie brzegi nad mini-rzeką - potokiem płynącym głęboko w dole, po wyślizganych skałach. Na obu brzegach stoją kolorowe domy, po których widać dawną świetność. Miasteczko wyraźnie ma dużo więcej życia, krążą tu turysci, na głównym placyku bawią się dzieciaki, nawet koty zachęcają do zawarcia z nimi znajomości.

Opublikowano: 30 maj 2017
Odsłony: 95

Rano pojechaliśmy kawałeczek za starym miastem, czyli za Porto Maurizio, do dzielnicy Prino, która była dawniej wioską rybacką, dziś jest to dzielnica plażowa, powiedziałabym.  Ciągną się tu plaże, dla nas (a może tylko dla mnie) dość ciemny piasek nie wygląda pięknie, ale tutaj po prostu taki jest. W tej chwili różne maszyny ubijają i układają plaże, żeby je przygotować do sezonu.

Bardziej niż te plaże podobał mi się długi spacer, jaki zrobiłyśmy z Anną z Prino do domu. Poszłyśmy taką trasą spacerową poniżej starego miasta, a potem przecięłyśmy starówkę, zachwycając się kwitnącymi roślinami, rosnącymi na ścianach i w donicach, kolorami domów… W końcu dotarłyśmy do domu. Po obiedzie odpoczynek, po południu Jedziemy na dalszą wycieczkę. Dokąd – o tym w następnym odcinku ;)

Opublikowano: 30 maj 2017
Odsłony: 90

Jedziemy autostradą w kierunku francuskiej granicy. Autostrada prowadzi po niesamowicie wysokich mostach, łączących wzgórza, a także przez długie, a czasem bardzo długie tunele. Tu tak naprawdę żadnej granicy nie widać. Wyjeżdżamy z jednego tunelu i zanim wjedziemy do następnego pojawia się tabliczka FRANCE. To wszystko. Żeby jednak było ciekawiej, Anna śpiewa Marsyliankę :)

Nie jedziemy daleko – pierwsza miejscowość we Francji to Mentone, niegdyś było to miasto włoskie. Teraz jednak nie tylko wszyscy tu mówią po francusku, ale też wyraźnie widać, że nie jest to włoskie miasto – architektura inna, nawet wysokie domy mieszkalne wyglądają inaczej. Dojeżdżamy do bulwaru nadmorskiego, zostawiamy samochód i idziemy na spacer po mieście. Chciałoby się dłużej spacerować, dalej zajść: wchodzimy na imponujące schody pod ogromnym kościołem, wszystkie te budynki pomalowano na wspaniale komponujące się kolory, a w oddali plaże, włoskie wybrzeże, morze…

Później wracamy do samochodu i Jedziemy kawałek na zachód, tu zaczyna się ścieżka spacerowa prowadząca aż do Monte Carlo. Prowadzi stromym skalistym wybrzeżem, skały są czarne, poplamione na biało, sterczące. Nad nami widać odrobinę ukryte w górze, wśród zieleni luksusowe posiadłości. Na zboczach rosną drzewa, różne rośliny, a nawet dziwne palmy, trzymające się jakoś zbocza.

Idziemy pod słońce, za chwilę w oddali pojawia się rozmyty widok – to Monte Carlo! Drogowskaz mówi, że oddalone jest raptem o półtorej godziny drogi, ale my aż tak daleko nie pójdziemy. To nic, ponoć w piątek z Cristianą tam pojedziemy, więc na razie zachwycam się tym, co ukrywa się w oddali. Po długim spacerze schodzimy w dół, na skałach jemy nasz suchy prowiant – ja napycham się foccaccią. Przede wszystkim jednak patrzę na coraz lepiej widoczne wysokościowce Monte Carlo – teraz, kiedy słońce schowało się za wzgórzem, ten kawałek świata odkrywa przed nami coraz więcej szczegółów.

Potem wracamy, a choć nie jest nam dane widzieć zachodu słońca, które chowa się daleko za wzgórzem Monte Carlo, zachwycamy się pastelowymi kolorami między niebem i morzem. Potem już tylko powrót, znów autostradą, lody z likierem i spać… To była wspaniała wycieczka!

Opublikowano: 31 maj 2017
Odsłony: 95

Po wczorajszej, dość wyczerpującej wycieczce przedpołudnie spędziliśmy spokojnie: pojechaliśmy za górkę (ale nie tę z Monte Carlo) do nadmorskiej miejscowości Diano. Nino poszedł coś tam załatwiać, a my z Anną jak dwie damy spacerowałyśmy sobie po miasteczku - typowym nadmorskim, pełnym sklepów i sklepików. Plaże całe zapełnione łeżakami i parasolami, z niewielką ilością plażowiczów.

Różnica między plażami po stronie włoskiej - Imperia, Diano ale też w innych miejscowościach, a tymi po stronie francuskiej jest ogromna. Tutaj wszystkie niemal plaże są zagospodarowane i wymagają wkładu niemałej gotówki. Leży się na leżaku pół metra od innych plażowiczów. Tam cała plaża jaką widziałam była dostępna dla wszystkich, nie widziałam żadnych leżaków czy parasoli do wypożyczenia, za to wiele osób, które sobie tam po prostu przyszły i robiły co chciały.

Opublikowano: 31 maj 2017
Odsłony: 123

Po południu pojechaliśmy w kierunku San Remo, ale najpierw zatrzymaliśmy się w Bussana. To bardzo ciekawe miejsce: średniowieczna mieścinka, która zbudowana została na wzgórzu pod koniec XIX wieku została zniszczona przez trzęsienie ziemi (które bardzo rzadko zdarza się tutaj). I tak niszczała, do lat 50- 70, kiedy miejsce to zostało odkryte przez artystów włoskich i zagranicznych, którzy urzeczeni tym miejscem odbudowali budynki, nadające się do odbudowy, dostosowując niektóre z nich do zamieszkania, w innych urządzili pracownie artystyczne, wystawy, małe sklepy. W ten sposób Bussana stała się czymś w rodzaju artystycznego miasteczka.

Opublikowano: 31 maj 2017
Odsłony: 124

Szkoda, że się zachmurzyło, kiedy dojechaliśmy do San Remo. Miasto oczywiście w ten sposób straciło sporo z uroku. Ale prócz tego zaskoczeniem było dla mnie, gdy dotarliśmy do Palazzo Ariston, gdzie odbywa się w lutym Festiwal Piosenki. Niby widziałam w telewizji, ale nie wyobrażałam sobie, że jest to po prostu (patrząc zzewnątrz) niewielki budynek kina! Żadne tam cuda... Przespacerowaliśmy się główną ulicą oraz bulwarem nadmorskim. Są tu piękne hotele, pałacowe kamienice, drogie sklepy. Widziałam na jednym parkingu dwa piękne ferrari. Tylko słońca zabrakło... No, ale co by nie mówić - byłam w San Remo :)

Opublikowano: 31 maj 2017
Odsłony: 90

Rano poszłam sobie na spacer po Starym Mieście, moi przyjaciele mogli trochę ode mnie odpocząć :) Stare Miasto pięknie widać tu z góry, lub też kiedy się wraca z wycieczki z zachodniej strony - kolorowe domy oplatają wzgórze, a  oczywiście, najwyżej stoi Duomo (katedra). Anna pokazała mi jak iść, żeby najpierw przejść tą bogatą dzielnicą z pięknymi posiadłościami, tak też zrobiam, potem zeszłam w dół i ... weszłam na targowisko, które ciągnęło się aż do Piazza Duomo...

Opublikowano: 01 czerwiec 2017
Odsłony: 101

Po południu pojechaliśmy do miasteczek, położonych nad morzem (jak Imperia, ale malutkich), San Stefano al Mare i Riva Ligure. Jak wczoraj, po południu powietrze było jakieś takie gęste a słońce ukryło się w czymś jak połączenie chmur z mgłą. Potem jednak wieczorem rozjaśniło się i zrobiło się ładnie. Ciekawa sprawa, to wielokilometrowa ścieżka rowerowa połączona z ciągiem pieszym, która ciągnie się na dawnej linii kolejowej. Zajrzęliśmy też do pięknego starego kościółka, posiedzieliśmy na nabrzeżu...

To właściwie mój ostatni dzień z nimi, bo jutro z Cristianą jedziemy pociągiem do Monte Carlo, pewnie spędzimy tam cały dzień, a w sobotę wyjeżdżam...

Opublikowano: 01 czerwiec 2017
Odsłony: 84

Cristiana przyjechała, co prawda bardzo późno, ale jest. Zrobiło się zamieszanie, bo nagle mnie zapytano, czy pojechałabym do Monte Carlo sama - wpadłam w panikę, no bo pojechać sama nie problem, ale pojęcia nie mam co dalej. Jadąc gdzieś najpierw się przygotowuję, jakieś przewodniki, miejsca gdzie bym chciała zajrzeć, w którą stronę iść i tak dalej. A tu co, przyjechałabym i co? Potem zaczęłam się przyzwyczajać do tej myśli - no dobra, czemu nie... Potem Cristiana stwierdziła, że ok, możemy jechać, że chce, ale raczej po południu. Nie powiedziałam, że trochę mi szkoda, bo to mało czasu... Zaczęłam znów przywykać do tej myśli, że może tak lepiej, nie zmęczę się tak strasznie. A na dobranoc stwierdziła, że ok, to się widzimy na dworcu o 10 rano... Huragan w głowie! :)

A potem poszłam spać i się zaczęło: za oknem jakaś potworna impreza, wodzirej, muzyka na cały regulator, i tak do czwartej rano. No, dziękuję bardzo... Oczywiście, o siódmej się obudziłam, jak codzień i jeszcze nie bardzo wiem jak się nazywam. Ale jadę do Monte Carlo i tak, róbcie sobie co chcecie!

Opublikowano: 02 czerwiec 2017
Odsłony: 85