Dzień 18, Chrzest morski, jak to było...

Najpierw w skrócie: w nocy nie spałam, bo jak tu spać przed takim wydarzeniem. Wstałam o wpół do szóstej. Przed bramą portową byłam za wcześnie, brama była zamknięta. Poszłam nie tam gdzie trzeba - ten port jest ogromny i naprawdę trzeba wiedzieć, gdzie iść, żeby nie robić kilometrów nogami, a co gorsza, nie spóźnić się na rejs.

Droga na Ustikę jest, prawdę mówiąc, nudna. Przez godzinę morze i tylko morze. Później wyłania się wyspa, wcale nie taka mała, choć ma tylko 9 km2. Później widać białe domy ponad portem, góry powyżej. Jest port, wysiadam, rozglądam się - jest Jonatan, uśmiechnięty, jak on wyłuskał mnie z tłumu?

Wsiadamy do samochodu, jedzie z nami Sara, jego dziewczyna, mówią, że trochę późno (wodolot miał opóźnienie). Jedziemy w górę, w bazie Ustica Diving Centre szybko przydzielają mi strój i sprzęt, patrzę na to wszystko z lekkim przerażeniem. Jonatan uspokaja mi, i powtarza (później usłyszę to wiele razy) - nie wolno się bać, bo strach może uniemożliwić to co chcesz zrobić...

Szybko wypełniam dokumenty, zostawiam 50 euro (plus 45 euro za wodolot, to jest cena za tę przyjemność...). Formalności mamy za sobą, wracamy do portu. Tu znajduję odpowiedź na pytanie, które wciąż miałam w głowie: nie, nie będę sama. Płyną ze mną jeszcze trzej chłopcy, jeden z nich podobnie jak ja, po raz pierwszy - to będzie nasz Chrzest Morski... Chyba jest przejęty podobnie jak ja.

Jonatan przedstawia mi sympatycznego, potężnego Francuza. Jacques (nie mam pojęcia jak się pisze jego imię, mówią na niego Jackie) wita mnie po polsku, łamanymi słowami. Szybko jednak przechodzimy na włoski. Tłumaczą mi, że Jackie będzie moim przewodnikiem, Sara przewodniczką Salvatore, ale Jackie będzie w tej naszej grupie tym najważniejszym.

Na początek tłumaczy mi to, co najważniejsze: muszę przećwiczyć, jak się zachować, żeby nie odczuwać skutków dekompresji: trzeba zacisnąć palcami nos i mocno dmuchnąć. Gdybym poczuła, że bolą mnie uszy, mam to powtarzać, aż minie. Gdyby nie mijało, mam to zgłosić. Pokazuje mi dwa najważniejsze gesty: kółeczko palcami na OK, i falujący ruch palcami na NIE OK.

Zakładamy piankowy kombinezon, wcale to nie jest łatwe. Wyglądamy śmiesznie, kombinezon założony tylko na nogi. Potem buty, resztę ekwipunku znoszą do pontonowej łodzi. Pokazują mi butlę i całe oprzyrządowanie, tłumaczą wszystko, rozumiem, ale oczywiście, za moment już nic nie pamiętam. Mam mętlik w głowie. Jackie mówi, żebym się nie przejmowała, on się wszystkim zajmie, ja mam tylko pamiętać o oddechu i o tym, że NIE WOLNO SIĘ BAĆ... Hmmm.

Przyczepiają butle do kamizelki, pokazują mi jakieś zawory. Jednym przyciskiem powoduje się, że powietrze z butli wpływa do kamizelki, dzięki temu, kamizelka działa jak kamizelka ratunkowa. Drugim przyciskiem opróżnia się kamizelkę z powietrza, dzięki temu można się opuścić w głąb morza. Z moimi zdolnościami do obsługiwania wszelkich przycisków i pilotów, już sobie wyobrażam, co byłabym w stanie narobić, gdybym dotknęła tych przycisków. Pewnie doprowadziłabym do tego, że kamizelka znalazłaby się w butli... Mam zamiar tego wszystkiego nawet nie dotykać...

Ruszamy. Płyną z nami rodzice Salvatore, drugiego delikwenta, który ma doświadczyć tego co ja. Pytam Jonatana, czy będę mogła wziąć ze sobą aparat podwodny. Początkowo protestuje, mówi, że to nie byłoby bezpieczne, że muszę mieć wolne ręce. Potem dodaje - pomyślimy, zastanowimy się jak to zrobić.

Nasza łódź wpływa do wyznaczonego punktu, Punta Galera, Gaetano (wspólnik Jonatana) zarzuca kotwicę. Serce bije coraz szybciej.

Zapinamy kombinezony aż po szyję, zakładamy płetwy (o rany, mam je pierwszy raz na nogach...). Jonatan pyta, czy mam maskę, mówi, że lepiej, żebym założyła swoją, bo jestem do niej przyzwyczajona. Jak dobrze, że przećwiczyłam użycie maski, najpierw na basenie, a potem na Lampeduzie. Patrzę, jak ubierają Salvatore w kamizelkę z przypiętymi butlami, jak mu udzielają ostatnich wskazówek. Siedzi na brzegu pontonu, tyłem do morza. Jonatan każe mu palcami jednej ręki przycisnąć ustnik i maskę, i SPOKOJNIE, NIE MYŚLĄC O NICZYM wykonać obrót tyłem do wody. O mamo! Czy ja dam radę? ... Salvatore już jest w wodzie, zajmuje się nim Jackie.

Teraz moja kolej. Zakładam maskę, wkładam do ust zakończenie rury z powietrzem. Kamizelka z butlami jest tak ciężka, że nie mogę się ruszyć. Wkładają mi przewody z przyciskami, manometrem i czymś tam jeszcze pod pachy (oczywiście, nie pamiętam co do czego). Pytam o aparat. Jonatan mówi - poczekaj, jak będziesz już w wodzie, jak popróbujesz oddychać, jak wszystko będzie dobrze, podamy ci. OK... Chwilę wcześniej podałam aparat (ten "naziemny", ten od Angelo) ojcu Salvatore, który obiecał mi zrobić zdjęcia.

Teraz Jonatan pokazuje mi, jak przycisnąć maskę i ustnik ręką i patrzy, wyczekująco. No tak, teraz trzeba fiknąć koziołka w tył. A jakby tak odmówić?... Jonatan powtarza: SPOKOJNIE, NIE MYŚLĄC O NICZYM... Dobra, dobra... Wszyscy patrzą na mnie, więc nie mam innego wyjścia, jak tylko fiknąć tego koziołka... Chyba nie myślałam o niczym. Moment i jestem w wodzie. Jak na razie żyję.

No tak, żyję, ale co się dzieje z moimi nogami? Postanowiły być górą, płetwy sterczą nad wodą, nie mogę nad  nimi zapanować. Jackie z niemałym wysiłkiem stara się ustawić mnie we właściwej pozycji. Jesteśmy razem, Salvatore, ja, Sara i Jackie. Jackie kontroluje nasze oddechy, patrzy czy wszystko w porządku, każe trochę popływać. Ja walczę z nogami, wykonuję jakieś obroty w wodzie... Nigdy nie umiałam się zanurzyć, ale z reguły do góry mi szedł tyłek, a tu te głupie nogi...

W końcu Jackie coś tam majstruje przy tych ważnych przyciskach, trzyma mnie za rękę, widzę, że nade mną powiększa się odległość od znanego mi świata. Jackie przypomina o tym, co robić z nosem, a ja oczywiście, nie do końca pamiętam jak to było - zaciskam nos i przełykam ślinę, tak się to robiło w górach (dopiero po południu przypomniałam sobie, że należało mocno dmuchnąć nosem, ale przełykanie śliny chyba też działało, bo było OK).

Jackie co chwilę pyta, czy OK, odpowiadam gestem (kółeczko palcami) że tak. I zaczynają się czary... 

 

Nie wiedziałam naprawdę, czego mogę się spodziewać. Myślałam, że zejdziemy po linie w dół, rozejrzymy się dookoła, że potrwa to z 15 minut. Że będzie pięknie, tak, ale nie myślałam, że to będzie tak:

Prowadzona przez Jackie za rękę płynęłam między roślinami, wodorosty były soczystozielone, ozdobione pęcherzykami powietrza, jak w dobrze działającym akwarium. Woda pięknie niebieska. Za chwilę pojawiły się ryby - różne, małe, duże, kolorowe, takie jak widuje się w morskim akwarium, w kolorowe paski... Ryby pojedyncze, pływające między nami, i całe ławice. Nie mam pojęcia, jak to wszystko się nazywa, nie potrafię tego opowiedzieć.

Jacki co chwilę sprawdza, czy ze mną wszystko w porządku. Jak by to powiedzieć: od momentu, kiedy zobaczyłam ten świat wszelkie obawy, strachy, niepokoje, to wszystko stało się niewidoczne, niewyczuwalne. Jestem tylko tu i teraz, nie myślę o niczym, nie zastanawiam się, co by było gdyby. Wszystko inne nie istnieje. Tak, jest jedna tylko myśl z tamtego świata: a aparat?... Widzę, że niestety, zdjęć, filmów nie będzie. Trudno, co robić, nic nie poradzę. Ale już teraz widzę, że to nie jest stracone, bo ja tu muszę wrócić... Ta pewność mnie uspokaja, i już nie myślę o niczym, kosztuję tego wszystkiego co jest dookoła mnie.

Jackie ciągnie mnie za rękę w różne miejsca, raz wyżej, raz niżej. Tak, chyba niżej, dużo niżej, bo znów coś majstruje przy moich przyciskach, i znów każe zacisnąć nos. Woda robi się coraz bardziej zimna, a świat jeszcze piękniejszy. W pewnej chwili czuję silny, ostry ból w uszach. Pierwsza myśl jest taka: wytrzymać! Absolutnie nie chcę wracać na górę! Ale druga: wiem, że tak nie wolno, więc co mam robić? I trzecia - acha, trzeba popracować nosem. Zaciskam nos, przełykam ślinę - i już jest dobrze...

Nie wiedziałam, że to możliwe, ale jest jeszcze piękniej. Tylko że nie potrafię tego opowiedzieć. Pewnie mi się będzie śniło... Morska głębina, wodorosty różnego koloru. Ryby duże i małe, i te cudne, maleńkie jak świetliki, połyskujące fioletowo. Śmieję się, wykonuję różne gesty z zachwytu, mam nadzieję, że Jackie rozumie, że to nie wołanie o pomoc.

W pewnej chwili widzę wyłaniające się z otchłani czarne stwory wypuszczające migoczące bańki. Pokazują mi pytająco gest: OK? Odpowiadam trzykrotnie, że OK do sześcianu...

To wszystko trwa jakąś wieczność, albo może dłużej. W końcu Jackie prowadzi mnie wyżej, spotykamy Salvatore i Sarę, ustawiamy się razem, Jackie trzyma nas za ręce, reguluje przyciski, i niepostrzeżenie robi się coraz jaśniej (choć tam na dole nie było wcale ciemno) - i wynurzamy się na powierzchnię. Śmieję się na głos, teraz już mogę, a moje nogi znów wyłażą nad wodę.

Nie mam pojęcia, jak zdjąć płetwy, kombinezon z butlami zdjęli mi w wodzie. Nie da się wejść na ponton z płetwami. Próbuję, w końcu Sara odpina mi płetwy. Czuję się jak malutka dziewczynka, robią ze mną co chcą, a ja tylko chłonę wrażenia...

Tam na dole zobaczyłam coś, co wyglądało jak śliczna zielona roślinka. Dotknęłam, a to była muszla, ale tak niezwykła, jak by była nieprawdziwa. Wzięłam ją do ręki, i potem wypłynęłam z nią na powierzchnię. Później jednak, przy rozbieraniu, Jackie wziął mnie za rękę i muszla rozpadła się na kawałeczki. Przy wychodzeniu na ponton zrobił się z niej po prostu proch. Widocznie należała do tamtego podwodnego świata, i nie chciała zostać z nami... Jak to wszystko, co tam widziałam...

Jackie mi się przyznał, że zeszliśmy na głębokość 15 metrów, czyli podwoiliśmy dozwoloną głębokość przy pierwszym nurkowaniu (5-7 metrów). Wydaje mi się, że zrobił tak, bo widział moją reakcję, mój zachwyt, no i pewnie fakt, że nie miałam najmniejszych problemów z oddychaniem.

(Więcej na temat Ustiki napiszę później, bo zrobiło się już całkiem przyzwoite rano, i trzeba skorzystać z Palermo, choć kręci mi się w głowie całkiem porządnie, ciekawe, czy to czasem nie skutek pobytu na tej głębokości) 

on 14 lipiec 2013
Odsłony: 414

You have no rights to post comments