P1160622Nareszcie się wyspałam (chyba...) W nocy telefon zawiadomił mnie, że skończył żywot, bo szukanie sieci za bardzo go męczy. No i dobra. Jestem przecież na końcu świata... Odsunęłam zasłony, widzę morze, jest nadal na swoim miejscu.

Jakby słońce chyba za chmurami czy za lekką mgłą, bo niebo nie jest takie prawdziwie niebieskie i światło też nie jest takie, jak mogłoby być. Mam nadzieję, że w ciągu dnia to się zmieni. Ale i zachód słońca wczoraj był niepozorny (bo z mojego tarasu mogę kontemplować zachód słońca...) - kawałek nad poziomem morza słońce ukryło się w chmurach, których nie było widać, po prostu, zaczęło znikać jak podczas zaćmienia...

Co dziś będę robić? Pewnie gdzieś pójdę, ale obiecuję, obowiązkowo wezmę wodę i prowiant. Chciałabym albo przejść na drugą stronę wyspy do jeziora Specchio di Venere, ja tam po prostu muszę pójść! - albo też do Scauri. Żebym znała rozkłady jazdy autobusów, to mogłabym choćby w jedną stronę pojechać autobusem, jeśli takowy jeździ, ale żeby je poznać, musiałabym dostać się do portu.

Mam nadzieję, że odezwie się Marzena, która mieszka w porcie, chciałabym się z nią spotkać, może ona mi powie, o której może być autobus, bo skąd to już wiem. Wiatr wieje dziś bardziej niż wczoraj. Na Pantellerii zasadniczo wiatr wieje zawsze, dlatego nazywa się ją córą wiatru...

Opublikowano: 05 maj 2015
Odsłony: 114

No, więc udało się! Poszłam tą samą drogą co wczoraj, ale najedzona, napojona, z torbą pełną prowiantu, wielką butelką wody i nowymi siłami. Ta sama droga okazała się zupełnie nietrudna, okazało się też, że wczoraj poddałam się już w Bukkaram, czyli tam, gdzie chciałam dotrzeć, a więc porażka nie była taka wielka ;)

Poszłam do Jeziora w odwrotnym kierunku niż to zrobiłam 8 lat temu, kiedy od jeziora poszłam w górę i doszłam do Bukkuram, teraz szłam przez Bukkuram w stronę jeziora. No i w którymś miejscu poszłam nie tak jak wtedy, i wyprowadziło mnie na szosę koło lotniska. Zrozumiałe, że taka szosa nie jest najciekawszym miejscem, lotnisko jest bardzo duże, więc szłam i szłam.

Mijały mnie samochody, jeden minął i za jakiś czas zatrzymał się a następnie zaczął cofać w moim kierunku. Mężczyzna otworzył drzwi i powiedział: Droga jest długa, słońce pali a do miasteczka jest daleko, może chce pani podjechać? - Dziękuję, ja na to, ale ja nie idę do miasteczka tylko do Jeziora! - To podrzucę panią przynajmniej kawałek! I w tym nie byłoby nic dziwnego, po prostu uprzejmy człowiek, ale za chwilę ten mężczyzna zapytał: Czy pani może jest znajomą Marzeny? - Tak, odpowiedziałam, no bo na Pantellerii chyba niemożliwe, żeby znalazły się dwie Marzeny...

A on powiedział, że wie od Marzeny, która u niego pracuje, że przyjechałam, że lubię dużo chodzić i że mam stronę, gdzie umieszczam oferty turystyczne, i że jak zobaczył taką samotną kobietę idącą drogą, to pomyślał, że może to ja... Powiedział też, że miał wątpliwości, czy może mi zaproponować podwózkę, bo w dzisiejszych czasach nie jest to mile widziane, może być zrozumiane jako próba zaczepki... Tak się tu zmieniło!

Ten pan podwiózł mnie do skrzyżowania, gdzie on pojechał do miasteczka, a ja poszłam dalej w kierunku jeziora, bardzo mu jestem wdzięczna, bo zaoszczędził mi bardzo długiej i nieciekawej drogi łącznie z odcinkiem przez tunel. Mam nadzieję, że uda mi się z nim skontaktować, bo wynajmuje niedrogie mieszkanie czy pokoje na Pantellerii, więc taki kontakt bardzo by się przydał. Zaprosił, żebym przyszła zobaczyć, nie jest to daleko ode mnie, ale niewiele zrozumiałam z tego, co mi tłumaczył i raczej nie zaryzykuję wycieczki w tamtą stronę, nie wiedząc dokładnie o jaki dom chodzi i o kogo pytać (bo oczywiście, nie zapamiętałam nawet imienia...).

Dzięki tej mojej pomyłce doszłam do jeziora inną drogą i bardzo to było fajne, bo zawsze lepiej jest poznawać różne strony. Poprzednio doszłam do jeziora od ulicy ścieżką, tym razem idąc ulicą nagle znalazłam się nad jeziorem, nie pamiętałam, że można tam dojechać, jest przy samym jeziorze nawet przystanek autobusowy! (ale oczywiście, bez rozkładu jazdy...). Kiedy się tam znalazłam, postanowiłam nie darować jezioru, obeszłam je dookoła, na dużym odcinku brodząc w wodzie, co nie zawsze było łatwe. Jest tu glinka, która podobno doskonale robi na zdrowie i na skórę, ale ta glinka jest w niektórych miejscach, w innych są kamyki (kaleczą stopy), czasem robi się trochę głębiej, a idąc odcinkiem gliniastym w pewnym momencie nagle stanęłam nogą w miejscu, gdzie mi ją wciągnęło aż ponad kolano! Na szczęście druga noga stała na twardszym gruncie, obok był kamień, który złapałam i udało się uwięzioną nogę uwolnić. Ale potem już bardziej uważałam. Kiedy tu byłam poprzednio, jezioro było nieprawdopodobnie spokojne, nieruchome, jak lustro, dziś wieje wiatr, i tafla jeziora marszczyła się, w niektórych miejscach tworzyła regularne smugi jak fale...

W końcu doszłam do miejsca, gdzie najczęściej ludzie się kąpią, pobrodziłam trochę, pozachwycałam się urodą jeziora, porobiłam zdjęcia i poszłam znaną mi ścieżką w górę, tak, jak 8 lat temu. Znów tak jak wtedy szłam ocienioną ścieżką w górę oglądając się co chwilę na oddalające się jezioro. Znajdowałam te same miejsca, podobne obrazy, ale warto spojrzeć na to samo po jakimś czasie, w trochę innym świetle, o innej porze roku... Tym razem nie rosną tu opuncje, bo to wiosna, a więc nie grozi mi to, co się stało 8 lat temu, kiedy głodna i spragniona najadłam się miąższu opuncji (delikatnie, żeby nie dotknąć jej igiełek), a potem chciałam pozostały w łupince sok wlać do ust i ... dotknęłam tych wszystkich igiełek wargami... Co potem przeżyłam, co się działo przez następne ponad dwa tygodnie - tego nigdy nie zapomnę. Tym razem idąc widzę to miejsce, gdzie to się zdarzyło, jest to już po prostu wspomnienie, bez bólu, na szczęście...

Potem już jestem na samej górze, już nie widać jeziora. Idę drogą, przez pewien czas wydaje mi się, że to inna droga, że ja wtedy tędy nie szłam, ale w końcu coś mi się przypomniało, skręciłam w tę samą drogę, zobaczyłam tę samą studnię, która wtedy uratowała mi życie (a podobno jest to woda niezdatna do picia...), potem było to samo pole winogron, które wtedy początkowo ukradkiem, po jednej zrywałam, a potem już całymi kiściami, zjadłam ich parę kilo chyba - były słodkie niezwykle, dodały mi sił. Dziś winorośle nie mają jeszcze owoców, ale to te same co wtedy... Przyjemnie było iść tą samą drogą, tym razem wiedząc dokładnie gdzie dojdę.

I w końcu jestem już w domu, wzięłam prysznic, zrobiłam sobie obiad, poleżałam na moim tarasie... Dziś wieczorem przyjedzie Peppe i pojedziemy do tzw naturalnej sauny - jest to jaskinia parowa. A jutro tak sobie myślę, że może pójdę do Scauri, a stamtąd złapię autobus do miasteczka i może mi się uda wreszcie spotkać z Marzeną... {czytaj dalej - dzień trzeci}

Opublikowano: 05 maj 2015
Odsłony: 113