Chodząc po Mediolanie, pisane już w Warszawie

Piszę już z domu - dom stoi, pełno żółtych liści, mokro, zimno...

Jeszcze wczoraj chodziłyśmy po Mediolanie, było nam chłodno, bo tylko 20 stopni w dzień. Jeszcze przedwczoraj chodziłyśmy po Lampeduzie, było nam raz ciepło, raz chłodnawo, bo wiał silny wiatr, ale kiedy wyszło słońce robiło się gorąco, około 23 stopni. Jeszcze dzień wcześniej opłynęłyśmy Wyspę Królików, było upalnie, 27 stopni w dzień, 20 w nocy...

W Mediolanie było słonecznie, elegancko. Co prawda nikt nami się nie interesował, nie pytał co tu robimy ani skąd jesteśmy (prócz Senegalczyków, którzy odpowiadali - a ja jestem z Senegalu, może masz 1 euro...?), wszyscy się dokądś spieszyli, a turyści gnali od zabytku do zabytku z mapą w ręce. Tym się różni (m.in) Lampedusa od Mediolanu czy Bergamo, czy Rzymu że na Lampeduzie nie ma ... imigrantów. Po prostu nie ma. Nie ma imigrantów, nie ma żebraków, nie ma bezdomnych. Nie ma pośpiechu (no chyba, że się dostaje furę jedzenia i ma autobus za 15 minut...).

Ale ma być o Mediolanie. Chodziłyśmy po mieście przez 4 godziny, pstrykałyśmy zdjęcia, podziwiałyśmy i nowoczesne, strzeliste wieżowce i zabytkowe kościoły, zamek, kamienice. Siedziałyśmy na ławeczce przed la Scala i kontemplowałyśmy ruch dookoła - głównie turyści, ale również kilku modeli jak od Versace - ten ruch, te buty, ten szalik na szyi, to spojrzenie - jaki jestem piękny... Milano - centrum mody, centrum elegancji, centrum biznesu.

OK, ale ja chciałam kupić ze 3 kilo kawy w ziarnach, we Włoszech lavazza kosztuje ok. 10 euro za kilo - 2 razy mniej niż w Polsce. I amaretti, migdałowe ciasteczka, które uwielbiam do porannego cappucino. Na campingu la Roccia co rano brałam 4 amaretti do papierka i szłam do baru na cappucino. Na Lampeduzie mogłyśmy kupić kawę w ziarnach nawet dwa razy taniej niż lavazza, może nie była aż tak dobra, ale z pewnością lepsza od kawy, jaką kupuję w Warszawie. Ale wozić ciężary z Lampeduzy? Poza tym limit na bagaż w samolocie na Lampeduzę był niższy - tylko 15 kg, bałam się przekroczyć.

Wyobraźcie sobie miasto, gdzie chodzicie ulicami bez przerwy, w centrum, po uliczkach starego miasta ale nie tylko, również całkiem normalnych ulicach - i przez te 4 godziny nie znajdujecie ani jednego - słownie - ani jednego sklepu spożywczego!!! Ani dużego, ani malutkiego, żadnego!!! To się wydaje nieprawdopodobne - ale tak było. Dodajmy do tych czterech godzin ostatniego dnia jeszcze kilka z dnia pierwszego - wtedy też - ani jednego sklepu spożywczego! Owszem, piekarnie (panificio) gdzie można kupić i pieczywo, i pizzę w kawałkach, i wodę, ale takiego zwyczajnego sklepu spożywczego, ani supermarketu, ani nawet straganu z owocami - ani jednego! Czyli - nie kupiłam kawy, ani amaretti. Trudno, co zrobić...

A hostel - takie miejsce do przenocowania. Plusy: super blisko dworca (góra 15 minut, może 10 do autobusu na Malpensa). Tanio - 44 euro pokój dwuosobowy. Czytałam że bardzo głośno - nie było tak źle (poprosiłam o pokój z oknem na boczną uliczkę). Czytałam że duszno, bo nie ma klimatyzacji - ale był wiatrak, cichuteńki i przy tej temperaturze nie był to problem. Super wygodne łóżka. Można zostawić bagaże. Minusy: bez śniadania (można kupić kawę, wodę itp, ale takiego typowego B&B nie ma). Dwie łazienki, czyste, ale z prysznica leje się strumień wody. Trudno naregulować temperaturę, ale mnie się udało, i pod strumieniem wody udało się wykąpać. Odpada tynk w niektórych miejscach, warto byłoby odnowić, pokoik maciupeńki - ale jest wszystko co potrzeba, żeby przenocować jedną noc.

No a potem - autobus na lotnisko (7,50 euro), tam początkowo problemy z biletami (czegoś nie dopełniła Lufhansa, zmieniając naszą rezerwację i nie istniałyśmy w bazie, Alka miała strach w oczach, ale - calma - poczekałyśmy chwilę i wszystko się dało załatwić. Potem przechodząc przez kontrolę, po doświadczeniu z pierwszego przejścia, grzecznie zdjęłam pasek z metalowymi sprzączkami i - przemaszerowałam przez bramkę z tym paskiem w ręce! Ale to też nie był problem, tylko się obśmiali, i nawet nie kazali mi wracać, bardziej byli zajęci tym, że Alka miała na sobie koszulkę z napisem Io vado a Lampedusa...

Leciałyśmy Lotem, atmosfera zrobiła się jak w domu. Po starcie czekałam z niecierpliwością aż zgaśnie napis "zapiąć pasy" i wzięłam się za przeglądanie i edycję zdjęć. Kiedy napis się znów zapalił, grzecznie wyłączyłam netbooka. Jak już byliśmy nisko nad Warszawą stanął przede mną steward, uśmiechnął się grzecznie i powiedział: - Czy mogę mieć do pani prośbę? - Tak? - Czy mogłaby pani zapiąć pas?... Ojej, jak mi było wstyd!!!

Podróżować razem z Wami było bardzo miło, dziękuję!

on 10 październik 2011
Odsłony: 327

You have no rights to post comments