Szaleństwo wygrało - Góra Paproci zdobyta!!!

,Prawdę powiedziawszy, nie mam siły pisać, nie mam siły pójść na plażę, nie mam na nic siły, ale przecież coś muszę robić... Zaplanowałam na dziś spokojny dzień, prawda? Guzik, nic z tego! Owszem, tak jak chciałam pojechałam do Valdichiesa, zajrzałam do kościoła, ładny. Potem obeszłam go. Za kościołem była strzałka: na Górę Paproci (Monte Fossa delle Felci, dokładniej Góra Rowu Paproci). Salina miała kiedyś o ile się nie mylę 4 wulkany, zostały dwa, i wyspa wygląda jak dwugarbny wielbłąd. Trzeci się zawalił i utworzył dolinę i zatokę Pollara gdzie się wybieram jutro lub pojutrze (zależy od pogody). Te garby są naprawdę duże, jeden ma 860 a drugi 960 metrów. No więc góra Paproci, ta pod którą jest Rinella jest tym wyższym wulkanem. Miałam absolutny zamiar nie wchodzić na wysokie góry. No, ale pojrzeć na dolinę z wysoka, zrobić zdjęcia, czemu nie.,

,Dlatego poszłam tą ścieżką, potem jeszcze trochę, i jeszcze i potem już nie mogłam przestać... Muszę przyznać, że podejście nie jest trudne, start z Valdichiesa to ok 300 m odjąć od wysokości góry, ścieżki doskonale przygotowane i oznaczone. No, ale ja nie byłam tak doskonale przygotowana: na nogach sandały, co prawda trekkingowe, do wchodzenia zupełnie OK, gorzej ze schodzeniem, bo trochę się ślizgałam na żwirze i na suchych igłach, zaliczyłam jeden upadek, a trekkingowe buty zostały w pokoju... A najgorzej z piciem i jedzeniem, no bo jak pisałam, na dziś niewiele udało mi się kupić, miałam ze sobą jedną brzoskwinię i jedno ciasteczko i pół litra wody, na taką wycieczkę to absolutnie za mało. Więc ta wyprawa to było szaleństwo, wiem. Po prostu szaleństwo wygrało...

,

,Na samej górze było trochę ludzi, niektórych spotkałam po drodze, tam na górze oznaczenia trochę zawiodły, bo trudno było się zorientować gdzie jest ten najwyższy punkt, a choć któryś z tych, na których byliśmy musiał być tym najwyższym, to drzewa były jeszcze wyższe i zasłaniały widoki. Oczywiście, widać było Lipari, Vulcano i Filicudi, również miejscowość Lingua na dole (czyli Jęzor...), ale lekka mgiełka nie pozwoliła dostrzec Stromboli.,

,Tam na górze objadłam się jeżynami, a potem z wielu ścieżek wybrałam taką bardzo stromą do Leni, czyli tej miejscowości nad Rinellą. Zejście było mocno w dół, chyba to mnie najbardziej zmęczyło, a szczególnie pilnowanie, żeby się nie ześlizgnąć. Przez całą drogę, w górę i w dół więcej było cienia i półcienia niż słońca (które po porannym marudzeniu wyszło bardzo ładnie). Kiedy w końcu doszłam do Leni byłam tak zmęczona, że nie dałam rady zejść niżej do Rinelli, poczekałam na autobus, dojechałam do portu, w sklepie (o dziwo otwartym) kupiłam lody, potem prysznic, a potem zjadłam chyba z kilo opuncji. Wieczorem pójdę trochę wyżej do trattorii, którą poleciła mi pani w sklepie. Na pływanie nie tylko nie mam siły ale też bardzo szczypie mnie otarcie na nodze, jak pomyślę o słonej wodzie... No, to tak spędziłam dzisiejszy dzień... Zdobyłam wyższy z dwóch wulkanów, o zdobywaniu drugiego nie ma absolutnie mowy, bo choć niższy, to jest bardziej stromy i nie tak zalesiony, więc się nie bójcie :) Trzymajcie przede wszystkim kciuki za pogodę, bo to co piszą w prognozach nie jest zachęcające. Potrzebuję przynajmniej jednego pięknego dnia na Pollarę!,

on 06 wrzesień 2015
Odsłony: 670

You have no rights to post comments