Marzamemi uważam za zdobyte!!!

Udało się!!! Byłam, zobaczyłam, zdobyłam! Teraz leżę i zipię, ale warto było! Dojechałam na tym moim śmiesznym rowerku, który, jak się okazuje, co prawda ma blokadę przeciwkradzieżową, jest kluczyk tylko że ... nie da się go wyjąć... Według mnie nikt takiego antyku nie zwinie, ale jednak, bałam się zaryzykować i zostawiłam go na parkingu strzeżonym, niech się cieszy :) Słonko to grzało, to się chowało za chmury, ale w większości świeciło jak należy. 

No a Marzamemi: dziś niedziela, było sporo turystów, ale tak normalnie, bez przesady. Miasteczko wiadomo, turystyczne, ale ze zdjęć wydawało mi się, że bardziej polukrowane, nieprawdziwe, a tymczasem ono jest po prostu bardzo zadbane, ładne, urocze. Pewnie w dzień powszedni, teraz poza sezonem, byłoby mniej ludzi, mniej pamiątek, spokojniej, ale nie mogę narzekać. 

Na koniec zjadłam to, o czym marzyłam od przyjazdu jeszcze do Donnalucaty: frutti di mare panierowane z sokiem z cytryny. Było ich mnóstwo, myślałam, że pęknę! Cena podobna jak w zeszłym roku w Katanii, ale było ich w tym opakowaniu (na wynos) chyba ze trzy razy więcej. Na lody już nie zostało miejsca :)

A teraz popatrzcie, jak pięknie jest w Casale Scirbia po deszczu...

on 01 październik 2017
Odsłony: 350

You have no rights to post comments