Dziś jest wielki dzień. Dlaczego? Bo dziś wchodzę na Stromboli. Boję się tego trochę – boję się czy dam rady – ale muszę dać rady, padnę, ale dojdę! Tyle czasu robiłam wszystko pod tym kątem: nie mogę się potknąć, skręcić nogi, nie może się nic nieprzewidzianego wydarzyć, nie mogę otrzeć nóg, muszę być zdrowa – bo inaczej, jak wejdę na Stromboli?

Oczywiście, jak zwykle budzę się bardzo wcześnie, za oknem śpiewają ptaki, pachnie zielskiem. Tu wszędzie tak cudownie pachnie, te zapachy głaszczą... Już na Lipari pachniało, na Panarei żarnowiec pieścił powonienie, tu też pachnie. Wstaję, żeby zrobić kawę, wychodzę na taras – a tu patrzy na mnie kilka par oczu: koty! Nieufne, odsuwają się ode mnie, ale nie wyglądają na zaniedbane, ktoś tu je dobrze karmi.

Połaziłam (dobra sprawa, mięśnie po przedwczorajszej wspinaczce właśnie dziś zaczęły porządnie boleć...), zrobiłam zakupy głównie na wycieczkę: coś słodkiego, coś do picia, owoce, znów foccaccia. Pochodziłam po porcie, zaczepiana (Madame, madame...) nie odchodziłam z uśmiechem, jak zwykle, ale wdawałam się w rozmowę. W jednej budce, oferującej wycieczkę dookoła wyspy, kiedy na kolejne „madame” odpowiedziałam – ma io parlo italiano! – sympatyczny pan wykrzyknął – Ja też, i im dłużej mówię po włosku, tym bardziej lubię ten język... Wdaliśmy się w rozmowę o językach i o dialektach, to było bardzo sympatyczne i ciekawe.

Potem dotarłam na cmentarz, cichy, na zboczu, za kościołem. Trzeba skręcić w dróżkę idącą mocno w górę, via Camposanto. Tak myślałam już wczoraj, że tak się może nazywać droga prowadząca do cmentarza, ale że nie byłam pewna, wolałam nie ryzykować wspinaczki. Przy wejściu groby są zadbane, ładne, dużo też krypt w murze. Wyżej wyraźnie starsza część cmentarza, zarośnięta, napisy się wytarły... Jeszcze dużo wyżej - idzie się zagubioną ścieżką wśród roślinności, po kamieniach - stary cmentarz z 1900 r, niemal kompletnie zarośnięty... Nad cmentarzem oczywiście (jak nad wszystkim) góruje Iddu.

Niedługo pójdę coś zjeść, dziś muszę mieć siły, energię. Potem wrócę odpocząć, a na 17 mam być – już wiem gdzie – na zbiórce przed wyprawą. Założę buciory, w których tu przyjechałam właśnie w tym celu, dostanę kask, mam latarkę – czołówkę, do plecaka wezmę prowiant, wodę i ciepłe rzeczy.

(po obiedzie) Zjadłam pizzę siciliana w pizzerii Da Luciano. Była pyszna i wielka jak koło młyńskie, ale Monica mi poradziła, żeby zjeść ile mogę, a resztę wziąć na potem. Posiedziałam na osłoniętym tarasie, u góry Iddu, na dole morze i Strombolicchio. Teraz się byczę, leżę na mojej antresoli, za oknem śpiewają ptaki, poza tym cisza, spokój, aż spać się chce, ale nie mogę, bo a nuż zaśpię... Zbieram te siły, zbieram, zbieram, zbieram...

(z kawiarenki, tuż przed wyjściem w górę) Zaopatrzona w kask i maske czekam na start... Dziękuję wszystkim za życzenia! Moje życzenie dzisiaj się spełni!

Opublikowano: 09 czerwiec 2012
Odsłony: 74

Na szczęście wieje wiatr, na szczęście już po południu pojawiły się chmurki i nie ma takiego upału. Na szczęście ruszamy dopiero koło wpół do szóstej. Na szczęście jesteśmy ostatnią grupą – dlaczego, o tym później. Tyle szczęścia!

Nie jestem jedynie zadowolona z przydzielonej mi grupy, nie to, żeby mi się nie podobała, tylko że ja jedyna mówię po włosku. Przewodnik, Icaro (czyli Ikar!) mówi po angielsku, przewodniczka dla swojej grupy tłumaczy na niemiecki. Z angielskiego rozumiem dużo, ale po włosku to całkiem co innego. Icaro co jakiś czas relacjonuje to co wcześniej mówił specjalnie dla mnie, ale tylko co jakiś czas, więc sporo z tego co mogłabym się dowiedzieć mi ucieka, no i z grupą niemieckojęzyczną niewiele mam kontaktu. Z Włochami byłoby całkiem co innego. No, ale trudno, nie można mieć wszystkiego, a ja mam tyle szczęścia!

Idziemy najpierw kamienną drogą w górę, potem między bogatą roślinnością, w tym pachnącym żółtym żarnowcem, kamienno-pylistą ścieżką. Dochodzimy do miejsca, gdzie kończy się roślinność, ok 500 m nad poziomem morza, to połowa drogi. Tu czeka chłopak, którego zadaniem jest sprowadzenie w dół osób, które z powodu zawrotów głowy rezygnują z wejścia dalej.

Icaro tłumaczy nam, że tu jest ostatni moment, kiedy można zrezygnować z pójścia dalej. Gdyby ktoś musiał zrezygnować wyżej, musielibyśmy z nim zejść wszyscy, całą grupą, bo przewodnik nie ma prawa zostawić grupy ani - na tej wysokości - puścić nikogo samego... Idzie grup chyba sześć, są ze sobą w stałym kontakcie, ustalają kolejność, tempo, informują o zajętym lub zwolnionym miejscu postoju.

Chłopak, z jedną kobietą z innej grupy czeka jeszcze kwadrans, bo w naszej grupie jest osoba, która nie jest pewna czy da radę. Po 15 minutach Ikaro zawiadamia go, że może schodzić, nasza towarzyszka idzie dalej.

Teraz wspinamy się wzdłuż kamienno – pylistego zbocza, idziemy zygzakami, wciąż wyżej i wyżej. Nad nami widać inne grupy zygzakiem pokonujące zbocze. Mam wrażenie, że radzę sobie lepiej niż na Panarei, może motywacja, z pewnością fakt, że wieje wiatr i słońce nie pali, może i to, że jestem w grupie i nie mogę zatrzymywać się co chwilę i zipać. Staram się dotrzymywać kroku innym, choć z każdą chwilą mam wrażenie, że moje nogi już nie mogą, ale idę do góry, do przodu, zygzakiem, raz w prawo, raz w lewo. Do tego usiłuję co chwilę robić zdjęcia, bo warto wiedzieć jak to wygląda, a nie tylko jak tam będzie u celu.

Kiedy wydaje się, że już się nie da iść dalej – stoimy na górze. Nie jest to jeszcze ostateczny cel naszej wyprawy, stąd widzimy zbocze, na którym co pewien czas pojawiają się erupcje i widać również jak czerwone iskry staczają się w dół, więc widzimy Sciara del Fuoco, ale z góry. Po kolei grupy wchodzą na punkt widokowy 150 m. nad kraterem, skąd zagląda się bezpośrednio w krater wulkanu.

My czekamy, jesteśmy ostatnią grupą, Icaro mówi, że to bardzo dobrze, bo dzięki temu będziemy mogli zostać dłużej. Na razie zakładamy kaski i czołówki, ubieramy się cieplej i obserwujemy zbocze. Erupcje, które się pojawiają są raczej niewielkie, trzymamy aparaty w pogotowiu.

Opublikowano: 09 czerwiec 2012
Odsłony: 94

W końcu dostajemy pozwolenie na wejście wyżej. W kaskach, z czołówkami wspinamy się, nogi mówią nie, a dusza się rwie do góry. Icaro objaśnia – tu mamy ustawić się rzędem, nie wolno stać jeden za drugim, bo w razie silnej erupcji jeden drugiemu może zrobić krzywdę cofając się, no i oczywiście, nie wolno się oddalać ani też schodzić niżej.

Jestem zaskoczona tym, co tu widzę, myślałam, że również tutaj będziemy patrzeć w ciemność czekając na erupcje, tymczasem tam na dole cały czas wrze! Ogień tańczy, strzela, rzuca iskry, to jest przepiękne widowisko. Ikaro mówi, że to od wczoraj, bo otworzył się wcześniej przymknięty otwór, czyli, mamy szczęście!

Tam na dole, jak się okazuje, jest nie jeden, ale siedem otworów, prócz jednego, pozostałe tylko lekko czerwienieją i czasami dają o sobie znać. Ten jeden bawi się, tańczy, żyje. Następują erupcje, czasem niewielkie, a od czasu do czasu imponujące – moje urodzinowe fajerwerki... Powiedzcie mi, kto na urodziny miał taką atrakcję!

Nie wiem jak ustawić aparat, bo kiedy erupcja jest nieduża, chciałoby się zrobić powiększenie, ale kiedy użyję zoom, następuje duża fontanna, która nie mieści się na ekranie... Oczywiście, Iddu bawi się z nami, jest nieprzewidywalny... Stoimy zapatrzeni w kipiącą czerwień na dole. 

Później grupa rusza dalej – zejście jest inną drogą, myślę – szkoda, że już idziemy... Tymczasem za chwilę stajemy i znów patrzymy w dół, jesteśmy chyba bliżej tego kipiącego otworu. Mogę tu stać godzinami! Tymczasem Ikaro mówi – jeszcze jedna erupcja i schodzimy... I za chwilę ogień strzela w górę...

Przewodniczka niemieckiej grupy podchodzi do mnie, i składa mi życzenia, a potem cała grupa śpiewa mi po włosku, angielsku i po niemiecku: Tanti auguri a te... Nie spodziewałam się! Dziewczyna tłumaczy mi, że dzięki temu, że jesteśmy ostatnią grupą mogliśmy zostać na szczycie dużo dłużej, i mogliśmy też zejść tutaj, czego normalnie się nie robi, i że jest to specjalny prezent dla mnie! Nie wiem, czy mam w to wierzyć, ale to ogromnie miłe...

Opublikowano: 09 czerwiec 2012
Odsłony: 75

mapaKraterIdziemy niemal stromo w dół, bez żadnych serpentyn. Większość grupy ma problemy z pyłem, który wciska się do butów, ja nie, bo na wysokie skarpety założyłam getry, dzięki temu ani odrobina pyłu nie dostaje mi się do butów, choć grzęznę po kostki.

Później pył robi się bardziej dokuczliwy, bo fruwa w powietrzu, światło z czołówki miesza się z pyłem i są miejsca, gdzie po prostu nic nie widzę. Choć szlak prowadzi w taki sposób, że nie sposób się pomylić, jednak to mnie dezorientuje. W końcu zdejmuję czołówkę i niosę ją w ręce – tak jest dużo lepiej. Mimo wszystko nogi zaczynają mdleć, nie bolą, ale jakby zaczynały żyć własnym życiem. Czuję się coraz bardziej zmęczona, niemal nieprzytomna. Ale idę, idę, idę...

W końcu docieramy do kościoła, i do siedziby Magmatrek. Tu oddaję kask, żegnam się z przewodnikiem i dziewczyną z niemieckiej grupy. Na placu przed kościołem w barze trwa dyskoteka. Idę w dół uliczką świecąc sobie czołówką. Potem moimi chaszczami do domu. Z trudnością pokonuję ostatnie schody. Woda, szybkie mycie i spać. Jest po polnocy...

To zmęczenie jest nieprawdopodobne. Chyba nawet nie mam siły się cieszyć. Na to przyjdzie czas...

Opublikowano: 09 czerwiec 2012
Odsłony: 74

Dziś poruszam się powoli... Ostatecznie, mam już te swoje lata ;) Mogę się teraz przyznać - od wczoraj mam ich sześcdziesiąt... Wcześniej nie potrafiłam tego wymówić, ale wczoraj stało się coś takiego, że już się nie przejmuję. Mogę wszystko, weszłam na wulkan, zajrzałam do środka, a on dla mnie tańczył...

Obserwuję, jak Monica i chłopaki przygotowują dom do sezonu. Oni przymocowują matę z trzciny do konstrukcji nad tarasami, dzięki czemu tarasy zyskują cień. Faktycznie, wczoraj na tarasie trudno było wytrzymać – a przecież jest śnieżno-biały, oczy bolą od światła... Po położeniu maty na tarasie zrobił się miły półcień... Monica uwija się cały dzień, choć to niedziela. Nie przyjeżdża tu odpoczywać. W Neapolu uczy imigrantów włoskiego.

Monica odnawia dom, myje wszystko, wybiela, usuwa wciąż nanoszony wulkaniczny pył. Już wiem, jak to jest, że ten dom wydaje się czyimś domem, że są tu czyjeś rzeczy. Monika nie ma tutaj swojego mieszkania, mieszka w tej części domu, która jest właśnie wolna.

Zupełnie to jest niezwykłe, co tu nazbierała, jak to urządziła. Mówi, że właśnie tak chciała, żeby to był dom, z duszą. Wszędzie zostawia swoje rzeczy, nawet jest tu trochę nieporządku, jak w prawdziwym zamieszkanym domu. Jak mówi, goście mogą korzystać ze wszystkiego co tu jest, byle by potem odłożyli na miejsce...
Monica jest z Neapolu, nie pochodzi ze Stromboli. Kupiła ten dom, lub te domy, jak by to nazwać, w stanie ruiny. Po troszkę je wyremontowała, urządziła. Jak tu dowiozła te sprzęty, te komody, szafy, skrzynie – nie mam pojęcia... Mówi, że kiedyś, w dziewiętnastym wieku, tu mieszkała wielka rodzina wielopokoleniowa, która rozbudowywała się właśnie tak – na boki, do góry, dom nad domem, dom przylepiony do domu...

To jednak całkiem niezwykłe co Monica zrobiła z tego co kupiła jako ruderę, skąd miała takie pomysły, taki gust, taki zmysł estetyki. Tu wszystko ma sens, wszystko jest piękne...

Opublikowano: 10 czerwiec 2012
Odsłony: 84

Chodząc po wyspie usiłuję złapać do pudełka tutejsze życie... Dzieci jadące na budzie ape, ulicznego sprzedawcę ryb, dzieciaki skaczące do wody z przystani... To nic, że nie udało się wyruszyć na wycieczkę łodzią, to jedyny minus bassa stagione - poza mną nie ma chętnych... Gapię się na to życie i próbuję choć na chwileczkę stać się jego cząstką... Bo już jutro będę gdzie indziej...

(Poniżej filmik, pokazujący maleńką cząstkę tutejszego życia...)


Opublikowano: 10 czerwiec 2012
Odsłony: 75

Dziś opuszczam Scari i płynę do Ginostry, na południowo-zachodnie wybrzeże.

(Początkowo myślałam, że aby tam się dostać muszę wziąć łódź - taksówkę wodną. Wiedziałam, że to drogie rozwiązanie, ale nie widziałam innego wyjścia. Na szczęście Monica, i potem Giovanna z Ginostry zwróciły mi uwagę, że ze Scari do Ginostry codziennie rano jest aliscafo, czyli wodolot. Później dowiedziałam się, że za taksówkę wodną płaci się, bagatela, 40 euro! Tymczasem wodolot kosztuje koło 8 euro...)

Z Ginostrą jest tak, że nie można być niczego pewnym. O 7.20 powinien być wodolot. Ale czy wodolot będzie, tego nikt na pewno powiedzieć nie potrafi.

... Szkoda się żegnać z tym niezwykłym domem, ale przede mną następny punkt mojej podróży - całkowicie niezwykłe miejsce – Ginostra...

Opublikowano: 11 czerwiec 2012
Odsłony: 68