9.06 - TEN dzień!

Dziś jest wielki dzień. Dlaczego? Bo dziś wchodzę na Stromboli. Boję się tego trochę – boję się czy dam rady – ale muszę dać rady, padnę, ale dojdę! Tyle czasu robiłam wszystko pod tym kątem: nie mogę się potknąć, skręcić nogi, nie może się nic nieprzewidzianego wydarzyć, nie mogę otrzeć nóg, muszę być zdrowa – bo inaczej, jak wejdę na Stromboli?

Oczywiście, jak zwykle budzę się bardzo wcześnie, za oknem śpiewają ptaki, pachnie zielskiem. Tu wszędzie tak cudownie pachnie, te zapachy głaszczą... Już na Lipari pachniało, na Panarei żarnowiec pieścił powonienie, tu też pachnie. Wstaję, żeby zrobić kawę, wychodzę na taras – a tu patrzy na mnie kilka par oczu: koty! Nieufne, odsuwają się ode mnie, ale nie wyglądają na zaniedbane, ktoś tu je dobrze karmi.

Połaziłam (dobra sprawa, mięśnie po przedwczorajszej wspinaczce właśnie dziś zaczęły porządnie boleć...), zrobiłam zakupy głównie na wycieczkę: coś słodkiego, coś do picia, owoce, znów foccaccia. Pochodziłam po porcie, zaczepiana (Madame, madame...) nie odchodziłam z uśmiechem, jak zwykle, ale wdawałam się w rozmowę. W jednej budce, oferującej wycieczkę dookoła wyspy, kiedy na kolejne „madame” odpowiedziałam – ma io parlo italiano! – sympatyczny pan wykrzyknął – Ja też, i im dłużej mówię po włosku, tym bardziej lubię ten język... Wdaliśmy się w rozmowę o językach i o dialektach, to było bardzo sympatyczne i ciekawe.

Potem dotarłam na cmentarz, cichy, na zboczu, za kościołem. Trzeba skręcić w dróżkę idącą mocno w górę, via Camposanto. Tak myślałam już wczoraj, że tak się może nazywać droga prowadząca do cmentarza, ale że nie byłam pewna, wolałam nie ryzykować wspinaczki. Przy wejściu groby są zadbane, ładne, dużo też krypt w murze. Wyżej wyraźnie starsza część cmentarza, zarośnięta, napisy się wytarły... Jeszcze dużo wyżej - idzie się zagubioną ścieżką wśród roślinności, po kamieniach - stary cmentarz z 1900 r, niemal kompletnie zarośnięty... Nad cmentarzem oczywiście (jak nad wszystkim) góruje Iddu.

Niedługo pójdę coś zjeść, dziś muszę mieć siły, energię. Potem wrócę odpocząć, a na 17 mam być – już wiem gdzie – na zbiórce przed wyprawą. Założę buciory, w których tu przyjechałam właśnie w tym celu, dostanę kask, mam latarkę – czołówkę, do plecaka wezmę prowiant, wodę i ciepłe rzeczy.

(po obiedzie) Zjadłam pizzę siciliana w pizzerii Da Luciano. Była pyszna i wielka jak koło młyńskie, ale Monica mi poradziła, żeby zjeść ile mogę, a resztę wziąć na potem. Posiedziałam na osłoniętym tarasie, u góry Iddu, na dole morze i Strombolicchio. Teraz się byczę, leżę na mojej antresoli, za oknem śpiewają ptaki, poza tym cisza, spokój, aż spać się chce, ale nie mogę, bo a nuż zaśpię... Zbieram te siły, zbieram, zbieram, zbieram...

(z kawiarenki, tuż przed wyjściem w górę) Zaopatrzona w kask i maske czekam na start... Dziękuję wszystkim za życzenia! Moje życzenie dzisiaj się spełni!

on 09 czerwiec 2012
Odsłony: 294

You have no rights to post comments