PIĄTEK: Rano wodolot Panarea - Stromboli (11 Euro)
Spanie - Monica (couchsurfing)
Wieczorem wycieczka łodzią, sobota wejście na wulkan z Magmatrek

mapaStromboli to najdalsza, a zarazem najbardziej chyba znana wyspa archipelagu. Jest to po prostu stożek czynnego wulkanu, sięgającego 2 km w głąb morza. Wyspa jest okrągła, w dialekcie nazywa się Struonguli (co przypomina greckie strongyle - okrągła, lub strombos - jedno ujście). Wyspa zajmuje 12,6 km2, a stożek wulkanu ma wysokość 924 m.n.p.m.

Stromboli jest wyspą, a jednocześnie nieprzerwanie czynnym wulkanem, wyrzucającym co 10-20 minut lawę i popioły na wysokość 10 metrów. Popiół wulkaniczny pokrywa wyspę szarą warstwą. Typowo eoliańskie zabudowanie, to białe, wciąż odmalowywane prostokątne domki.

Na północno-wchodnim wybrzeżu wyspy znajdują się cztery osady: Scari, San Vincenzo, Ficogrande i Piscita. Promy przypływają do portu w Scari. Ulice na północnym wybrzeżu są bardzo wąskie, poruszają się po nich elektryczne trzykołowe pojazdy.

Po drugiej stronie wyspy, na południowo-zachodnim wybrzeżu leży maleńka wioska Ginostra, do której dostać się z północnego wybrzeża można jedynie łodzią. Mieszka tam około 30 stałych mieszkańców, nie ma ruchu ulicznego a jedynym środkiem komunikacji są osły i muły.

Główną atrakcją wyspy są oczywiście wieczorne wycieczki do krateru (organizowane przez licencjonowane organizacje wulkanologów - UWAGA - samodzielne wycieczki są zabronione!!!) i rejsy łodzią w pobliże Sciara del Fuoco - żlebu, którym w czasie większej aktywności wulkanu lawa wpływa do morza.

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 89

Ginostra3Iddu, czyli "On" - tak mieszkańcy nazywają wulkan Stromboli. Jeden z najaktywniejszych wulkanów na Ziemi, jest on nieprzerwanie aktywny od niepamiętnych czasów. Od nazwy wulkanu pochodzi określenie tego typu wulkanicznej działalności jako "stromboliańskiej". Polega ona na regularnym (co 10-20 minut) wyrzucaniu na wysokość ok. 10 m. lawy i popiołu wulkanicznego. Był on nazywany Latarnią Morską, wskazując północno - wschodni skrawek archipelagu Wysp Eolskich. Działalność wulkanu bywa zmienna i czasami bez ostrzeżenia staje się ona bardzo gwałtowna do tego stopnia, że wstęp na wyspę staje się zabroniony.

W odległości 1,5 km od wyspy znajduje się Strombolicchio - monolitowa bazaltowa skała o wys. 49 m, pochodząca z pierwszych wybuchów Stromboli sprzed ok. 200 tys lat. Stromboli oraz Strombolicchio tworzą razem założony w 1997 roku Rezerwat Narodowy Wyspy Stromboli i Strombolicchio.

W grudniu 2002 roku w wyniku wzmożonej działalności wulkanu do wody obsunęły się tysiące metrów szściennych ziemi, co spowodowało "maremoto" - falę tsunami, ktora dotarła do pozostałych wysp liparyjskich oraz do wybrzeży Sycylii i Kalabrii.

W kwietniu 2003 roku nastąpiła potężna eksplozja, w wyniku której powstał słup dymu na wysokość 2 km, a bomby wulkaniczne wyrządziły szkody w kilku domach na obrzeżach wioski Ginostra.

Północno-zachodnim, stromym stokiem, zwanym Sciara del Fuoco spływają do morza strumienie lawy podczas wzmożonej działalności wulkanu, lub też tędy opadają tumany wulkanicznych popiołów i kamieni. Jest to jakby "żleb bezpieczeństwa", dzięki czemu produkty działalności wulkanu nie są kierowane na tereny zabudowane. Sciara del Fuoco to cel wieczornych wycieczek łodzią, podczas których można obserwować spektakularne zjawisko...

Na wyspie znajduje się siedziba COA - bazy wulkanicznej, która monituruje aktywność wulkanu. Dzięki temu niejednokrotnie zidentyfikowano sygnały zagrożenia i ostrzeżono mieszkańców wyspy.

Wycieczki organizowane na szczyt wulkanu (na wysokość 900 metrów) podlegają bardzo szczegółowym przepisom. Pod wysoką karą nie wolno udawać się na takie wycieczki samotnie, a członkowie wycieczek są sprawdzani przez organizatorom pod kątem odpowiedniego ekwipunku oraz stanu zdrowia. Jednocześnie na szczycie wulkanu wolno przebywać nie więcej niż 80 osobom (4 grupy po 20 osób) dziennie, a w przypadku wzmożonej niebezpiecznej działalności wulkanu wycieczki mogą być odwołane.

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 88

Wypływam z portu w Panarea i usiłuję sobie wyobrazić co będzie dalej...

Stromboli to od początku cel mojej podróży. Początkowo myślałam, że przypłynę tylko tutaj na dwa, trzy dni. Potem moje marzenie się rozwinęło i udało mi się do Stromboli dodać pozostałe wyspy. Jednak wciąż Stromboli, oraz Iddu, czyli ON (on, wulkan...) - to cel, bo to tutaj zamierzam świętować fajerwerkami moje nieszczęsne urodziny.

Stromboli to będą dwa etapy mojej podróży - północno-wschodnia część wyspy, ta najczęściej odwiedzana, najgęściej zamieszkana, skąd startują wyprawy na wulkan, oraz później Ginostra, na południowym zachodzie, maciupeńka osada, gdzie można się dostać tylko morską drogą.

Płynąc z Panarea najpierw zawijamy do Ginostry, do jej maciupeńkiego portu Pertuso. Patrzę z ogromną ciekawością na to niezwykle miejsce gdzie przypłynę za trzy dni, na wielką skałę nad portem, na którą trzeba się wspiąć by się dostać do osady... Ci vediamo, Ginostra!

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 78

Na Stromboli zamierzam się zatrzymać w niezwykłym domu, u niezwykłej osoby: Monica, moje pierwsze doświadczenie z couchsurfingiem. Nieco się obawiam jak to będzie... Moniki dziś nie ma na Stromboli, pracuje w Neapolu, przypłynie jutro. Mam się zgłosić w barze Malandrino i zapytać o Andrea.

Po wyjściu z wodolotu na przystań obowiązkowe pierwsze zdjęcia... Jestem na Stromboli...

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 82

Monica pracuje w Neapolu, przyjeżdża do domu na weekendy. Zgodnie z poleceniem, znajduję bar, pytam o Andrea. Andrea wsiada na motorino i mówi, żebym szła za nim. Kluczy wąskimi uliczkami a ja człapię za nim z moimi dwoma plecakami. W końcu zsiada i prowadzi mnie wąską ścieżką między domami, pod bujną roślinnością. Jakiś czas idziemy w górę... znów w górę... Ścieżka jakby opuszczona, zarośnięta, dobrze że w cieniu. W końcu wchodzimy schodkami na białe tarasy i moim oczom ukazuje się coś cudnego... Stary, chyba zabytkowy dom. Otwarte drzwi. Andrea mówi – to tutaj, Monica będzie jutro, no to ciao...

Zostaję sama. Wchodzę i oczom nie wierzę: nie jak w hotelu czy B&B, nie. To tak, jak przyjść do czyjegoś domu. To jest prawdziwy, żywy dom z duszą. Stary, trochę jak babciny. Na dole kanapka, komoda, śliczna stara kuchnia, maleńka łazienka przemyślnie urządzona, są też schody na drewnianą antresolę, gdzie leży wielki materac. Oj, jakbym tak tutaj mogła spać...

Trochę niepewnie się czuję, bo nie jestem pewna, czy coś tu się nie poplątało, ten dom wygląda na zamieszkały, może to Moniki mieszkanie, a ja miałam pójść gdzie indziej, może Andrea coś pomylił...

Pytam ją smsem, czy mogę się urządzić na górze czy na dole, a ona odpowiada – gdzie chcesz! No, to znaczy że jest OK...

Jest bosko... mój strombolański dom...

Właściwie to ja nie wiem, gdzie ten dom się zaczyna, gdzie kończy. Pod tarasem jest inny dom, którego dachem jest nasz taras, a nad nami też jest dom. Domy idą w dół, połączone jakoś, nie wiem dokładnie jak. To nie jest taki dom, jak pokój w hotelu, gdzie jest pusto, a tylko gość wnosi ze sobą życie, i potem to życie z nim odjeżdża. Nie, ten dom jest żywy. Są tu stare meble, piękne zabytkowe skrzynie, niezwykłe przedmioty, książki. Na kuchni przyprawy, oliwa, herbata, kakao, w lodówce sok. Dlatego myślałam , że może niechcący trafiłam do mieszkania Moniki, no bo jak to jest, skoro to jest mieszkanie do wynajęcia, to te wszystkie rzeczy czyje są?

Monika nazwała to miejsce „Uccelli d’Alto Mare – La casa per i viaggiatori” – (Ptaki wzburzonego morza – Dom dla wędrowców). Ptaki za oknem są, a dom to właśnie dom, a nie B&B ani hotel, ani mieszkanie do wynajęcia.

Ci, którzy by chcieli tu się zatrzymać, muszą respektować reguły tego domu: tu obowiązuje cisza, szacunek wobec natury, czystość, oszczędność wody, która jest tu niezwykle cenna. Na drzwiach wisi kartka z tymi zasadami, a Monika, kiedy przyjechałam zadzwoniła i jeszcze raz objaśniła mi wszystko.

Staram się przestrzegać tych wszystkich zasad, staram się ze wszystkich sił – na przykład wzięłam własny ręcznik i własny śpiwór-prześcieradło, żeby nie trzeba było (o, za oknem silne puff!!!) zużywać wody na pranie rzeczy, które ja użyję. Moje wypiorę już w moim domu, po powrocie. Prysznic biorę szybko, nie świecę światła przed domem, nie palę, więc nie muszę się martwić o niedopałki...

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 94

Potem idę poznać okolicę, dochodzę w oba końce (oczywiście, no bo jakby inaczej...), czyli gdzie kończą się zabudowania. Nade mną dymi ON (po tutejszemu Iddu, co znaczy właśnie ON), cały czas wydobywa się z niego biały dym, a co jakiś czas taki ciemniejszy kłąb. (Tu gdzie teraz siedzę i piszę, na moim tarasie też mogę na niego patrzeć – mam go z tyłu, za domem, a z przodu mam morze, śpiewają ptaki i jest cichuteńko...)

Chodząc patrzę raz na NIEGO a raz na morze i na Strombolicchio, czyli Strombolika, który jest ni mniej ni więcej tylko wyplutym kawałkiem wulkanu... W oddali rozmywają się wybrzeża Sycylii z Etną...

Co do ludzi, to wydaje mi się, że najbardziej ze wszystkich wysp tutaj ludzie traktują turystów jak ... turystów. Rzadko ktoś się uśmiechnie przechodząc czy pozdrowi. Turyści są tu chyba trochę towarem... No, ale co zrobić.

Odpoczywając podczas spaceru siedzę przed kościołem, gdzie zbierają się grupy wchodzące na wulkan, patrzę, jak są ubrani, jak wyglądają. Ja wczoraj weszłam na 450 m, tutaj będzie dwa razy tyle... Mam nadzieję, że nie odpadnę, że dam rady...

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 84

Ficogrande to druga po Scari miejscowość na wyspie, ale trudno zauważyć, gdzie jedna się zaczyna a druga kończy. Ze Scari prowadzi tu jedyna na wyspie szeroka droga nabrzeżna. Tą drogą z portu dowożone są towary do sklepów, hoteli. Wszystkie inne drogi mieszczą zaledwie maleńkie meleksy czy ape.

Chodząc po Stromboli wszędzie można zobaczyć tabliczki z ostrzeżeniem przed tsunami, oraz wskazówki gdzie się chronić, którędy odejść od wybrzeża, gdzie są miejsca „do przeczekania”.

Nad wulkanem prawie cały czas krąży helikopter, coś niesie, ale nie wiem co takiego, czasem niknie w chmurze wulkanicznego pyłu. Pewnie to obserwacje, pomiary... (później dowiedziałam się, że kręcą tu film, coś jak wspomnienie filmu z Ingrid Bergman z lat 40-tych, i stąd ten helikopter).

Ale tak poza tym to jest spokojnie, nie słychać żadnego mruczenia wulkanu, również w nocy. Widać dym, co jakiś czas pyka taki kłąb jak z fajki, a cały czas taki biały jak chmura, ale z tej strony wyspy również nocą nie widziałam ognia.

Tu ludzie plażują, ale mnie się jakoś nie chce wchodzić na te plaże pełne czarnego piasku... Kamienie to co innego, ten pył, właściwie popiół jakoś mnie zniechęcia. Co innego na wulkanie, ale na plaży... Przed chwilą pozamiatałam na tarasie, wszystko było przykryte wulkanicznym popiołem...

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 85

Piscita to najdalej na północ położona miejscowość. Jest tu bardzo spokojnie, cicho, uliczki są wąskie, zabudowania najczęściej białe, mnóstwo zieleni a w dole czarne plaże.

Dziś wieczorem płynę na wycieczkę łodzią do Sciara del Fuoco, czyli żlebu, którym spływa lawa. Mam nadzieję, że będzie co oglądać. Poza tym chciałabym jeszcze jedną wycieczkę wykupić – dookoła wyspy, na Strombolicchio. Na razie pytałam, strasznie tu wszystko drogie, może Monika mi podpowie gdzie to załatwić taniej. Na takiej wycieczce są przystanki na pływanie, można snorkelingować...

Jutro wielki dzień, i zupełnie nie pamiętam z jakiej to okazji;) Pamiętam jedno – jutro wejdę na Stromboli...

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 84

Sciara del Fuoco to stromy żleb na zachodnim zboczu wyspy, którym z wulkanu podczas erupcji spada w kierunku morza pył, wyrzucone lapille – kawałki skał, a czasem też spływa lawa. Stromboli to wulkan nieprzerwanie aktywny, wyrzuca gaz i materię co kilkanaście minut, ale takie prawdziwe, silne erupcje z wyciekiem lawy zdarzają się bardzo rzadko – raz na kilka lat chyba. Wspaniałe musi być takie widowisko, jak czerwona lawa spływa żlebem do morza i tam z chmurą pary się topi... Czekam więc, co zobaczę dzisiaj...

Najpierw trzeba wejść na łódź. Nie jest to łatwe, bo morze jest dość niespokojne i łódź, mimo że zacumowana i dodatkowo trzymana przez silne ręce pomocników, skacze w górę i w dół, i to przybliża się do przystani, to oddala. Już się widzę w wodzie, ale – trzymana przez kilka rąk bezpiecznie staję na łodzi.

Nasza łódź jest niewielka, taka łupinka na morzu. Płynę z grupą messinesi (z Messyny, czyli hen za morzem), którzy z zamiłowania, regularnie spędzają na Stromboli wakacje, choć – jak się okazuje – nigdy dotąd nie weszli na wulkan, nawet pytają mnie o szczegóły... Grupa wyraźnie jest zgrana, więc na łodzi jest wesoło.

Żeby dopłynąć do Sciara del Fuoco, opływamy wyspę, i oto przed nami Ginostra! Tu będę za trzy dni... Jednocześnie z Ginostrą mamy drugą atrakcję – zachód słońca. Jak mówi załoga, jest to gratisowa część wycieczki :)

Po chwili widać za zboczem dym na całej wysokości zbocza – zbliżamy się do Sciara del Fuoco. Od wysokości wulkanu aż do morza żleb dymi... Wygląda to całkiem niezwykle.

(W tej chwili kiedy to piszę, leżąc na łóżku na mojej antresoli, usłyszałam „pufff!” – bardzo wyraźnie, wyjrzałam przez okno, i nad głową wulkanu pojawiła się szaro-kremowa czapa, która szybko rozproszyła się na niebie... Ciekawe, jak by to wyglądało nocą, czy byłoby widać ogień...)

Wróćmy na łódź... Robi się coraz ciemniej. Wszyscy wypatrują erupcji. Udaje się zobaczyć parę razy błysk ognia, który jednak znika zanim się włączy aparat. Myślę, że lepiej ustawić aparat na filmowanie i nie wyłączać go. I w pewnym momencie – jest!

Piękna eksplozja, czerwień tryska w górę, potem się rozprzestrzenia, widać, jak drobiny czerwieni kładą się na stożku a potem powoli błyskają coraz niżej. Cały czas filmuję, choć zdaję sobie sprawę, że tego co widzą moje oczy, aparat wiernie nie odda... Te czerwone drobinki, wędrujące po żlebie w dół są maleńkie, to pojawiają się to znikają, w końcu ich nie widać. Wszyscy rozentuzjazmowani, ta erupcja była jak podarunek dla nas od Iddu...

Po chwili widać coś jeszcze: z wody podnosi się kłąb – dymu, pary... Widać, że gorące dotarło do wody... Następne erupcje są już niewielkie, moment i po wszystkim, ale ta była piękna...

Ciekawa sprawa, płynąc łodzią dwa czy trzy razy znajdujemy się w strumieniu gorącego powietrza. Ktoś mówi, że to scirocco, bo wiatr mocno zaczyna wiać, inny, że to ciepło od wulkanu. Nie wiem, ale to było niezwykłe. Chłodny wiatr i nagle takie gorące powiewy jak z pieca, i potem znów chłodno...

W końcu wracamy, płyniemy nie z powrotem, ale dalej, dzięki czemu okrążamy całkowicie wyspę. Mogę powiedzieć, że opłynęłam wyspę, bo tak jest faktycznie, ale ja bym chciała opłynąć ją w dzień, zajrzeć w różne miejsca, dopłynąć na Strombolicchio. Może jutro się uda...

Wiatr wieje coraz mocniej, naszą łupinką zaczyna rzucać. Skaczemy z fali na falę. Mijamy wszystkie zabudowania, od Piscita, dokąd dotarłam przedtem pieszo, w stronę portu. W pobliżu przystani niektórzy mają strach w oczach, ja też. Jak wysiąść z łodzi, którą rzuca we wszystkie strony, mimo liny, mimo kilku osób które starają się ją utrzymać. Łódź skacze w górę i w dół, jak zwariowana winda, to uderza o przystań to się od niej oddala o parę metrów...

Pierwszy wysiada niewidomy pan, a ja zaciskam kciuki. Grupa krzyczy – uważaj, nie teraz, nie tak! On w końcu krzyczy na nich: - Cisza! Spokój! Ja wiem co mam robić! - I po chwili już jest na przystani...

Mnie się wydaje to niewykonalne. Patrzę na innych, po trochę jakoś wychodzą, nikt nie wypada do wody, to może i mnie się uda. W pewnym momencie widzę, że łódź robi się jakby odrobinę bardziej stabilna, szybko zbliżam się do burty, dwie pary rąk wyciągają się po mnie, ktoś asekuruje mnie z łodzi – i już stoję na kamiennym pomoście. Uff, udało się!

Za chwilę żegnam się z grupą, idę szybko ciemnymi uliczkami: tu nie ma świateł ulicznych, gdzie niegdzie świeci się w oknach lub świeci lampa nad sklepem, ale na ulicy jest całkiem ciemno. Tu się dba ogromnie o to, żeby zachować naturalny charakter wyspy i nie cywilizować jej za bardzo. Nic nie powinno przeszkadzać podziwianiu rozgwieżdżonego nieba... Wyciągam więc latarkę, świecę sobie idąc w kierunku domu.

Wyciągam z lodówki białe wino, za chwilę już leżę, przeglądając zdjęcia z wycieczki, i przede wszystkim ten film z erupcji. Tak jak myślałam, przekazuje chyba nie więcej niż ćwierć tego co widziałam na własne oczy, ale i tak jestem szczęśliwa, że udało mi się to uwiecznić...

Opublikowano: 08 czerwiec 2012
Odsłony: 99