8.06 - Wieczorna wycieczka łodzią do Sciara del Fuoco

Sciara del Fuoco to stromy żleb na zachodnim zboczu wyspy, którym z wulkanu podczas erupcji spada w kierunku morza pył, wyrzucone lapille – kawałki skał, a czasem też spływa lawa. Stromboli to wulkan nieprzerwanie aktywny, wyrzuca gaz i materię co kilkanaście minut, ale takie prawdziwe, silne erupcje z wyciekiem lawy zdarzają się bardzo rzadko – raz na kilka lat chyba. Wspaniałe musi być takie widowisko, jak czerwona lawa spływa żlebem do morza i tam z chmurą pary się topi... Czekam więc, co zobaczę dzisiaj...

Najpierw trzeba wejść na łódź. Nie jest to łatwe, bo morze jest dość niespokojne i łódź, mimo że zacumowana i dodatkowo trzymana przez silne ręce pomocników, skacze w górę i w dół, i to przybliża się do przystani, to oddala. Już się widzę w wodzie, ale – trzymana przez kilka rąk bezpiecznie staję na łodzi.

Nasza łódź jest niewielka, taka łupinka na morzu. Płynę z grupą messinesi (z Messyny, czyli hen za morzem), którzy z zamiłowania, regularnie spędzają na Stromboli wakacje, choć – jak się okazuje – nigdy dotąd nie weszli na wulkan, nawet pytają mnie o szczegóły... Grupa wyraźnie jest zgrana, więc na łodzi jest wesoło.

Żeby dopłynąć do Sciara del Fuoco, opływamy wyspę, i oto przed nami Ginostra! Tu będę za trzy dni... Jednocześnie z Ginostrą mamy drugą atrakcję – zachód słońca. Jak mówi załoga, jest to gratisowa część wycieczki :)

Po chwili widać za zboczem dym na całej wysokości zbocza – zbliżamy się do Sciara del Fuoco. Od wysokości wulkanu aż do morza żleb dymi... Wygląda to całkiem niezwykle.

(W tej chwili kiedy to piszę, leżąc na łóżku na mojej antresoli, usłyszałam „pufff!” – bardzo wyraźnie, wyjrzałam przez okno, i nad głową wulkanu pojawiła się szaro-kremowa czapa, która szybko rozproszyła się na niebie... Ciekawe, jak by to wyglądało nocą, czy byłoby widać ogień...)

Wróćmy na łódź... Robi się coraz ciemniej. Wszyscy wypatrują erupcji. Udaje się zobaczyć parę razy błysk ognia, który jednak znika zanim się włączy aparat. Myślę, że lepiej ustawić aparat na filmowanie i nie wyłączać go. I w pewnym momencie – jest!

Piękna eksplozja, czerwień tryska w górę, potem się rozprzestrzenia, widać, jak drobiny czerwieni kładą się na stożku a potem powoli błyskają coraz niżej. Cały czas filmuję, choć zdaję sobie sprawę, że tego co widzą moje oczy, aparat wiernie nie odda... Te czerwone drobinki, wędrujące po żlebie w dół są maleńkie, to pojawiają się to znikają, w końcu ich nie widać. Wszyscy rozentuzjazmowani, ta erupcja była jak podarunek dla nas od Iddu...

Po chwili widać coś jeszcze: z wody podnosi się kłąb – dymu, pary... Widać, że gorące dotarło do wody... Następne erupcje są już niewielkie, moment i po wszystkim, ale ta była piękna...

Ciekawa sprawa, płynąc łodzią dwa czy trzy razy znajdujemy się w strumieniu gorącego powietrza. Ktoś mówi, że to scirocco, bo wiatr mocno zaczyna wiać, inny, że to ciepło od wulkanu. Nie wiem, ale to było niezwykłe. Chłodny wiatr i nagle takie gorące powiewy jak z pieca, i potem znów chłodno...

W końcu wracamy, płyniemy nie z powrotem, ale dalej, dzięki czemu okrążamy całkowicie wyspę. Mogę powiedzieć, że opłynęłam wyspę, bo tak jest faktycznie, ale ja bym chciała opłynąć ją w dzień, zajrzeć w różne miejsca, dopłynąć na Strombolicchio. Może jutro się uda...

Wiatr wieje coraz mocniej, naszą łupinką zaczyna rzucać. Skaczemy z fali na falę. Mijamy wszystkie zabudowania, od Piscita, dokąd dotarłam przedtem pieszo, w stronę portu. W pobliżu przystani niektórzy mają strach w oczach, ja też. Jak wysiąść z łodzi, którą rzuca we wszystkie strony, mimo liny, mimo kilku osób które starają się ją utrzymać. Łódź skacze w górę i w dół, jak zwariowana winda, to uderza o przystań to się od niej oddala o parę metrów...

Pierwszy wysiada niewidomy pan, a ja zaciskam kciuki. Grupa krzyczy – uważaj, nie teraz, nie tak! On w końcu krzyczy na nich: - Cisza! Spokój! Ja wiem co mam robić! - I po chwili już jest na przystani...

Mnie się wydaje to niewykonalne. Patrzę na innych, po trochę jakoś wychodzą, nikt nie wypada do wody, to może i mnie się uda. W pewnym momencie widzę, że łódź robi się jakby odrobinę bardziej stabilna, szybko zbliżam się do burty, dwie pary rąk wyciągają się po mnie, ktoś asekuruje mnie z łodzi – i już stoję na kamiennym pomoście. Uff, udało się!

Za chwilę żegnam się z grupą, idę szybko ciemnymi uliczkami: tu nie ma świateł ulicznych, gdzie niegdzie świeci się w oknach lub świeci lampa nad sklepem, ale na ulicy jest całkiem ciemno. Tu się dba ogromnie o to, żeby zachować naturalny charakter wyspy i nie cywilizować jej za bardzo. Nic nie powinno przeszkadzać podziwianiu rozgwieżdżonego nieba... Wyciągam więc latarkę, świecę sobie idąc w kierunku domu.

Wyciągam z lodówki białe wino, za chwilę już leżę, przeglądając zdjęcia z wycieczki, i przede wszystkim ten film z erupcji. Tak jak myślałam, przekazuje chyba nie więcej niż ćwierć tego co widziałam na własne oczy, ale i tak jestem szczęśliwa, że udało mi się to uwiecznić...

on 08 czerwiec 2012
Odsłony: 313

You have no rights to post comments