Dojechałam do Trapani z pół godzinnym opóźnieniem, więc calutkie popołudnie i wieczór załatwione. Ale w pociągu przygotowywałam zdjęcia do bloga, szczególnie podobają mi się zdjęcia podwodne. Żałuję, że się nastawiłam na filmowanie pod wodą, filmiki wychodzą malutkie i takie sobie, a zdjęcia całkiem fajne. No, ale teraz nie mogę dodać tych zdjęć, bo w B&B nie działa Internet… To znaczy, w komórce marnie, ale działa, ale nie potrafię nic w tym malutkim ekraniku zrobić, nawet za bardzo poczty odebrać nie umiem. Ciekawe, trzy lata temu tu spałam i też mój komputerek nie chciał mieć do czynienia z tym Internetem. Będę musiała gdzieś się wybrać, żeby powysyłać to co zrobiłam i posprawdzać pocztę itp.

Dziś dzień na spotkania ze znajomymi, mam nadzieję, jakieś zakupy no i przywitanie się ponowne z Trapani… Jutro wieczorem będę w domu, więc czego się nie uda zrobić stąd, zrobię z domu.

Wczoraj chciałam zrobić check-in, żeby mieć kartę pokładową do wydrukowania, ale jakoś dziwnie, wszystko przeszłam i było idź dalej i to już było nieaktywne. Ileś razy próbowałam, w końcu dałam spokój. Myślałam, że tu spróbuję, ale z kolei tu nie ma netu, rany! Chyba poproszę Angelo o pomoc.

(później) Siedzę w kawiarni przy corso Vittorio Emanuele, zjadłam granitę i w nagrodę dostałam hasło do wifi. Nie jest to łatwe, bo prawie nic nie widzę na ekranie, ale udało mi się już prawie wysłać wpisy do blogów i zdjęcia, coś z ostatnimi zdjęciami jest problem, najwyżej je wyślę z domu. Po umieszczeniu zdjęć z Castellammare więcej nie będę już stąd wysyłać. Dziś spokojnie chodzę sobie po moim ulubionym mieście...

Opublikowano: 19 wrzesień 2015
Odsłony: 405

Już z Trapani, ale muszę się pochwalić tymi zdjęciami, to moje ryby, te, z którymi pływałam na wycieczce, byłam częścią stada :) Dziś na targu rybnym jakoś taki inaczej patrzyłam na rybcie...

Opublikowano: 19 wrzesień 2015
Odsłony: 462

Co za dziwy! Dziś rano tak, dla zabawy, spróbowałam się połączyć z internetem i mój komputerek zrobił mi kawał: udało się! A więc nareszcie, na parę godzin przed opuszczeniem tego B&B mam internet!

Wczoraj po południu zrobiłam zakupy, jak zwykle, same dobre rzeczy do jedzenia :) Prócz tego kupiłam książkę, którą Peppe D'Ialetti niedawno wydał o Pantellerii (ten sam Peppe, który tak pięknie pokazał mi wyspę, znawca jakich mało). Książka po pobieżnym przejrzeniu wydaje mi się niesamowicie ciekawa i odkrywa masę ciekawych miejsc na Pantellerii. Będzie co czytać i potem znów planować, bo w przyszłym roku chciałabym po raz trzeci, jeszcze dłużej, tam pobyć, najchętniej w październiku. Poza tym kupiłam płytę fantastycznej grupy włoskiej The Kolors. Tak książka, jak i plyta kosztowały o wiele mniej niż się obawiałam.

Wieczorem poszłam odwiedzić Gianniego i Lilian, były rozmowy o mojej podróży i o sycylijskich problemach, było sushi?!? i na koniec pizza (zamówiona koło 20 dojechała na 23, podobno tyle mają zamówień). No, ja sushi nie jadłam, dostałam za to parmigianę, zrobioną przez mamę Lilian. U Gianniego ściągnęłam i wydrukowałam kartę pokładową, więc ten problem został rozwiązany. Gianni powiedział mi, że często zdarza się problem z tymi kartami pokładowymi, ściągniętymi na komórkę: coś przestaje działać i ludzie muszą płacić karę... Dlatego według mnie wydrukowana karta pokładowa jest gwarancją, że technika nie zawiedzie, tak po staremu :) Ja jeżdżąc mam ze sobą w komputerze różne ważne dokumenty, ubezpieczenie itp, ale to samo mam wydrukowane na kartce. To wiele nie waży, a daje gwarancję, że coś się nie wydarzy.

Dzisiaj spotykam się jeszcze z Angelo i Olą w Bella Trapani, potem z Silvio, tym od domu w Bonagia. Do tego pakowanie, jakiś ostatni spacer, jakieś ostatnie nie za wielkie jedzonko (może foccaccia czy coś takiego) i fru do domu!

Opublikowano: 20 wrzesień 2015
Odsłony: 404

(godz. 14) Za pół godziny mam autobus na lotnisko. I znów pożegnam się z Trapani, już chyba szósty raz, jeśli się nie mylę... Dziś silnie wieje wiatr, ostatnie zdjęcie zrobiłam w moim ulubionym miejscu, tuż za dawnym targiem rybnym, na murach Tramontana. Morze szaleje... Mam nadzieję, że samolotowi to nie zaszkodzi. Była doskonała granita w najlepszej cukierni miasta (La Colicchia się nazywa) - mandorle e pistacchio, czyli migdały i pistacje, były miłe spotkania ze znajomymi, potem kupiłam sobie prowiant na drogę i zaraz wyruszam...

Opublikowano: 20 wrzesień 2015
Odsłony: 419