Trapani - Castelluzzo - Makari - Segesta

Jeszcze był kawałek wczoraj: Annalisa odebrała mnie z lotniska ślicznym granatowym nowym Cinquecento. Wieczór w Trapani był całkiem chłodny. Annalisa chciała mnie ugościć w swoim B&B A Babordo, ale niestety, wszystkie pokoje były już wcześniej zajęte, dlatego zawiozła mnie do apartamentu, który ma od niedawna do wynajęcia. Wygodny pokój z kuchnia i dużym tarasem.

Rano wyszłam na cappucino do baru, zwiedziłam okolicę, a później przyjechała Annalisa i zawiozła mnie do swojego B&B, żeby mi pokazać to miejsce, którego prowadzenie sprawia jej wielką frajdę. Wiele osób z tej strony chwali A Babordo, i słusznie! Znajduje się dosłownie dwa kroki od portu, a do tego okna wychodzą na przeciwną stronę, dzięki czemu nie przeszkadza hałas wodolotów. Za to z okien jest widok na piękne kopuły kościoła. Pół piętra wyżej na tarasie z widokiem na port Annalisa podaje śniadanie. Wszystko jest urządzone z dużym gustem i wyczuciem estetyki - Annalisa to artystka, zajmowała się projektowaniem mody. 

Do B&B, które znajduje się na 4 piętrze wjeżdża się powoluteńku windą...

Opublikowano: 25 czerwiec 2013
Odsłony: 170

Pod B&B A Babordo o umówionej porze czeka Gianni z EasyTrapani, ze swoją dziewczyną i z Ulą, Polką, która przez wakacje u niego praktykuje. Poznaliśmy się wirtualnie dopiero co, ale jego działalność nastawiona głównie na ciekawe wycieczki i chęć pracy z polskimi turystami spowodowała, że umówiliśmy się na granitę, a później obiecał mnie zawieźć do Castelluzzo (gdzie miałam jechać autobusem).

Granita się rozpuściła, bo rozmowa była ciekawa... Później pojechaliśmy wybrzeżem w stronę San Vito. To mój trzeci pobyt w Trapani, ale nigdy nie zapuściłam się w tamtą stronę. Jedzie się skalistym wybrzeżem, po prawej coraz wyżej sterczą skały a po lewej morze. Morze dzisiaj jest mocno wzburzone, nie wygląda zachęcająco... Jest mowa o kąpieli, ale mam poważne wątpliwości.

Jedziemy w stronę Monte Cofano, tej góry, którą widać na zdjęciach z Erice. Zaglądamy do Cornino, potem jedziemy do Macari, mijając Castelluzzo, gdzie czeka na mnie Nino w Alba Marina. W zatoce Macari (uwaga, akcent na pierwszej sylabie) zostawiamy samochód i idziemy spory kawałek wzdłuż wybrzeża do Tonnara di Cofano, starej wieży nad morzem. Morze w dalszym ciągu pieni się gwałtownymi falami. Wybrzeże jest skaliste, postrzępione. W jednym miejscu mała zatoczka ze śnieżnobiałymi kamykami, a woda jest tam jasnoniebieska. Piaszczystych plaż brak.

Pod wieżą tonnara zjadamy kupiony wcześniej w lokalnym panificio pane cunzato - czyli jakby kanapki z serem, sardynkami i pomidorami. Doskonałe jedzenie, woda do picia i wspaniały krajobraz, pustka - czego chcieć więcej... Tak, Gianni ma wielką ochotę się przespać, ale trochę nie ma jak...

Wracamy, a nad nami majestatyczne skały, a pod nami spienione fale. Zatoka Macari jest dzika i piękna

Jedziemy teraz przez San Vito Lo Capo, jedziemy drogą, z której widać z daleka port i plażę. Ta słynna plaża w San Vito, uważana za najpiękniejszą na Sycylii. Ten tłum tam na dole, ta masa parasoli mnie nie pociąga. Bardziej mam ochotę wybrać się do portu, ale to jutro.

Teraz mijamy San Vito i jedziemy trochę dalej, do Tonnara del Secco, tu kiedyś przerabiano złowione tuńczyki. A propos, dowiedziałam się dzisiaj, że od co najmniej 10 lat nie urządza się już słynnej matanza, krwawego polowania na tuńczyki. Dziś budynki tonnary są zniszczone, ale widać stąd w oddali północne wejście do Riserva dello Zingaro - bardzo daleko... Niestety, z San Vito nie ma tutaj żadnego dojazdu. Próbuję przekonać moich gospodarzy o konieczności urządzenia dojazdu do Riserva, tak, żeby ktoś kto chciałby tam spędzić cały dzień nie musiał się martwić jak się tam dostać...

W końcu zbieramy się do powrotu, jest wpół do siódmej. Po drodze do Castelluzzo umawiamy się wstępnie na wycieczkę łodzią do Riserva dello Zingaro. Powiedziałam im, że mam taki zamiar, a Gianni zaproponował, że zapyta swojego znajomego, dzięki czemu nie tylko po znajomości i na spółkę dałoby się bardzo obniżyć koszty, ale też wycieczka dotarłaby do miejsc zazwyczaj nie odwiedzanych... Zobaczymy czy to się uda!

Opublikowano: 25 czerwiec 2013
Odsłony: 216

Castelluzzo to niskie domy przy jednej ulicy. Malutka osada w dolinie między Monte Palatimone na zachodzie a wzniesieniami Riserva dello Zingaro na wschodzie. B&B Alba Marina znajduje się prawie na początku tej drogi, która prowadzi w stronę zatoki Macari i jej drugie ramię prowadzi do San Vito.

P1090553Gianni prosi, żeby go poznać z właścicielem B&B, bo zainteresowało go to miejsce. Dzwonimy, wychodzi uśmiechnięty Nino, wita mnie wylewnie i wielokrotnie przypomina, ile osób z tej strony gościło u niego, i jacy to zawsze mili ludzie. Prowadzi nas wszystkich do mojego pokoju, pokazuje całe B&B. Muszę przyznać, że choć wiedziałam, ze jest tu ładnie, to nie wiedziałam, że tak bardzo. Nie tylko ładnie, ale właściwie gdybym nie wiedziała, że to B&B, powiedziałabym że hotel. Wszystko tak starannie przygotowane, przytulne, ładne, estetyczne.  Mam wygodny pokój z klimatyzacją i łazienką, już nie mogę się doczekać słynnych śniadań z ciastem pieczonym przez Mamę Nina (dla której przywiozłam płatki róż w cukrze z Krakowskiego Kredensu). Na dole jest grill, a za płotem gaj oliwny.

Rok temu namówiłam Nina na kupno rowerów dla gości (do darmowego użytku). I faktycznie stoją trzy rowery. Kiedy jednak po pożegnaniu się z Giannim wyruszam na przejażdżkę, okazuje się, czego nie zauważyłam, że droga prowadzi w dół. Jedzie się super, ale ... powrót nie jest już taki łatwy...

Wracam do pokoju z pizzą, pomidorami i świeżą wodą. Za chwilę padnę spać. Tej nocy niewiele spałam. Jeszcze wczoraj byłam w domu - kiedy to było? W poprzedniej epoce... Jutro czeka mnie nowy dzień w Castelluzzo!

Opublikowano: 25 czerwiec 2013
Odsłony: 177

Dziś i teraz jestem na dnie otchłani, choć powolutku zaczynam się drapać w górę, ale bardzo powolutku: zepsuł się aparat. To tak, jakby mi odpadła noga, co można zrobić w podróży bez nogi - bez aparatu? To moje oczy, mój sposób zapamiętywania tego co widzę, mój sposób opowiadania o tym co widzę i mój sposób wracania później do tego co widziałam...

Rano zjadłam fantastyczne śniadanie, próbując wszystkiego co przygotowała Mama Nina. Z tarasu widoki na wszystkie strony, i na zielone sady i ogrody w dole. Tak, zrobiłam zdjęcia! Nino jak prawdziwy gospodarz wita gości, z każdym chwilę rozmawia. Potem jeszcze oglądam wczorajsze ZDJĘCIA, dwa z nich wrzucam na naszą facebookową stronę. Sprawdzam rozkład jazdy autobusu do San Vito - i tu nagłe przyspieszenie - autobus odjeżdża za 5 minut! Szybko wrzucam najważniejsze rzeczy do torby, biorę rzeczy do pływania, bo kto wie, może... i wychodzę, jeszcze muszę znaleźć przystanek i za chwilę jest autobus.

W San Vito autobus zatrzymuje się w kilku miejscach, na ogół tam, gdzie ludzie poproszą. Ostatni przystanek jest przy wejściu na tę słynną plażę. Nie przepadam za takimi miejscami, ale skoro tu jestem, i skoro to najsłynniejsza sprawa w San Vito, to idę na brzeg morza, zdejmuję buty i mijając te wszystkie leżaki i parasole brodzę w piachu i w wodzie, która tu jest nieco spokojniejsza. Nie jest jednak bardzo gorąco, zresztą, tu w tym tłumie nie mam ochoty się kąpać. 

Na mój sposób dochodzę DO KOŃCA. Na końcu plaży schodzę do ulicy, mijam camping (dokładnie przy ulicy dochodzącej do plaży). Potem robię zdjęcie pięknemu drzewu między domami i przy następnym aparat się zacina. Zaczyna się tragedia, czarna dziura, depresja i stan, kiedy nie wiadomo co robić dalej.

W San Vito są lokale, sklepy z pamiątkami, hotele, parę sklepów z jedzeniem i to już wszystko. A i tak znalazłam fotografa (no, taki miniserwis przy okularach). Pan postukał, pozaglądał i powiedział, że pewnie mechanika zepsuta. Nie radzi nawet tutaj tego naprawiać, tym bardziej że aparat był w serwisie przed samym wyjazdem (no tak, na wszelki wypadek, może jakby nie, to by się nie zepsuł)...

No i dalej to już się wszystko popsuło, San Vito się zrobiło szarobure, morze granatowe a moje myśli czarne. Najlepiej byłoby chyba wrócić do domu... Snułam się po ulicach, trochę wypatrując, gdzie by tu może kupić jakiś najprostszy aparacik, ale po co mi taki potem? przecież to nie kosztuje 2 euro...

Niewątpliwie wycieczka do San Vito zrobiła się nieudana. Jak nie mogę robić zdjęć, to po co się mam rozglądać? Kupiłam w piekarni pane cunzato i wodę i wróciłam do Castelluzzo. Tu zaczęłam kombinować: a może ktoś mi pożyczy aparat? Wysłałam sms do Gianniego i potem maila do Angelo. Ten ostatni zareagował natychmiast - może mi pożyczyć prostego Samsunga. To taki najprostszy możliwy kompakcik. I już jakby pierwszy promyk słońca zaświecił. Co prawda to będzie dopiero w piątek, a co do tego czasu?

Niech się coś wydarzy co zmieni mi nastrój, bo nie chcę tu mieć takiej grobowej miny! Zejdę po południu do zatoki Macari, może sobie wytłumaczę, że już tam zdjęcia robiłam... No tak, a jutro, jeśli popłyniemy do Zingaro? I znów czarny dół...

Opublikowano: 26 czerwiec 2013
Odsłony: 175

Koniec z czarnym dołem!!! Wiwat Angelo, wiwat Nino! Obaj zaoferowali się natychmiast żeby mi pożyczyć aparaty. Ponieważ mogę zobaczyć się z Angelo (Bella Trapani) w piątek, przesiadając się na autobus, a potem w ostatni dzień podróży, bo będę nocować w Bella Trapani, więc aparat Nina wykorzystam tutaj a aparat Angela pojedzie dalej. Jak to cudnie jest, iść, patrzeć i uwieczniać!

A więc zeszłam do morza i uwieczniałam z radością tym większą, że dopiero co wydawało się, że nie będę tego mogła robić... Morze nadal się pieni, pieni się całkiem pięknie. Chmury groźnie się kłębią, ale nic z tego nie wynika.

Zeszłam piechotą przez całe Castelluzzo w dół do morza. Idzie się, idzie i idzie. Potem już nie ma Castelluzzo, tylko coś jakby łąki. I te skały po obu stronach, a nad nimi groźne chmury. 

Zatoka jest dla tych, co lubią dzikie plaże, takie ciekawe, postrzępione, niekoniecznie łatwe. Skalista, z tego rodzaju skał postrzępionych, sterczących. Bez gumowych butów nie ma co się tu wybierać. Choć znalazłam malutką zatoczką z piachem...

Z powrotem trochę trudniej, bo idzie się w górę, ale nie jest to bardzo do góry. Myślałam, że sobie kupię owoce na kolację i to wystarczy, bo objadłam się dziś resztką wczorajszej pizzy i ten pane cunzato, jakoś tak przejadłam się pieczywem. No ale po drodze zaczęłam odczuwać głód. Dopadł mnie niedaleko pizzerii- trattorii Babci Gianny. Minęłam tę pizzerię, bo na pizzę nie miałam ochoty, ale trattoria mnie złapała na haczyk. Stwierdziłam, że po dzisiejszych przeżyciach chyba mam prawo na coś smakowitego. I zawróciłam.

Oj, jakie to ładne, pięknie urządzone miejsce! Jacy mili ludzie! Wydałam trochę więcej niż chciałam, ale zjadłam o wiele lepiej niż bym mogła wymarzyć: sałatka z ośmiornicy, mniam! I spaghetti z krewetkami, rybą miecz i jeszcze czymś tam. Było po prostu boskie! Jakby ktoś pytał o miejsce warte polecenia w Castelluzzo - z pewnością mogę polecić.

No i potem trzeba się było dotoczyć (pod górę...) do domu, owoce też kupione, a co - morelki... No i teraz zdjęcia - patrz na facebooku, te najbardziej wybrane, bo z reszty w domu będę robić galerie tutaj. I na koniec te kilka słów i zaraz spać...

Tylko niestety, z wycieczki łodzią nici - za silny wiatr... Trochę nie mam pomysłu na jutro, ale co będę dziś się zastanawiać...

Opublikowano: 26 czerwiec 2013
Odsłony: 205

Niestety, pogoda, a głównie silny wiatr i duża fala uniemożliwiły wycieczkę łodzią do Lo Zingaro. Prawdopodobnie statki tam pływają bez problemu, ale Gianni załatwiał wycieczkę specjalną, taką dla szczególnych gości ;) - z wpływaniem do zatok, których się "normalnym turystom" nie pokazuje. Statki pływają z dala od wybrzeża. Nie, statkiem nie chcę, skoro mogłam popłynąć jak VIP.

A więc był dylemat co dzisiaj... Spacer po Castelluzzo, tak, zaraz pójdę, tym razem nie w dół do morza, ale połażę dookoła. Jest cały czas raczej rzeźko, w słońcu ciepło (bez przesady), w cieniu chłodno. Nie wiedziałam, czy cały dzień w Castelluzzo to nie za dużo, w sensie tego łażenia. Może rower, ale ja umiem tylko zjeżdżać, wjeżdżanie mnie nie bawi... Oczywiście, najchętniej bym się wybrała do Lo Zingaro, ale z tym jest tu problem, bo nic tam nie jeździ a do wejścia do Riserva jest 10 km. Oni muszą coś z tym zrobić!

No ale dostałam rano wiadomość od Gianniego, że planuje się wycieczkę przez Castellammare del Golfo do Segesty i okolic. No pewnie, że jadę! Przyjadą po mnie po południu! Nawet nie podejrzewałam, że uda mi się tym razem dotrzeć do Segesty (jeszcze tam nie byłam). Super, to teraz spokojnie idę na spacer, a po południu wycieczka!

Opublikowano: 27 czerwiec 2013
Odsłony: 155

Castelluzzo wydaje się być jedną ulicą, tą, która prowadzi do San Vito. Przy ulicy stoją parterowe lub najwyżej piętrowe domy, za nimi ogród, często sad oliwkowy - i koniec. Dalej już tylko góry, z jednej i z drugiej strony.

A to nie do końca jest prawda... Najpierw poszłam uliczką przy B&B, która odbija lekko od głównej. Minęłam domy, stojące również tu, zajrzałam do ogródków. Potem domy się skończyły, zrobiła się ścieżka. Gdzieś tam spało sobie smacznie stado kóz, nie chciały się zaprzyjaźnić.

Górą, coraz wyżej prowadzi droga w kierunku Trapani, tam co chwilę przejeżdża samochód. Tu jest cicho, pachnie ziołami i zwierzętami, jest surowo i prawdziwie. W końcu ścieżka się urywa, dalej chyba już tylko chodzą zwierzaki, wycofuję się, ale nie chcę - jak zwykle - wracać tą samą drogą, więc wspinam się przez czyjś sad, przechodzę na drugą stronę ulicy i jestem po stronie tych wzniesień, za którymi jest Lo Zingaro. Wchodzę jakąś drogą w bok i docieram do czegoś, co wygląda jak dawna kopalnia czy miejsce wydobycia może kamieni? Opuszczone miejsce, ale jakieś takie magiczne... Nawet porzucona na placu stara lodówka wygląda jak z filmu...

Potem wracam do szosy, inaczej się nie da. Dochodzę prawie do B&B, kiedy widzę ulicę w bok, w ten bok w stronę Zingaro. Tu stoją wyraźnie bogatsze domy, bardzo ładne, eleganckie. Idę tą drogą, droga prowadzi w stronę gór, potem zakręca. Idę tam, mając nadzieję, że droga może potem zawróci i nie trzeba będzie wracać. Mijam sady oliwne, ogrody, gdzieś odpoczywają osły, jakieś psy mnie oszczekały.

Nie chcę tą drogą iść za daleko bo wydaje mi się, że ona dalej prowadzi w stronę San Vito. Koło czyjegoś gospodarstwa widzę polną drogę w dół, w kierunku Castelluzzo. Prawdopodobnie to czyjaś droga, do czyjegoś domu, ale spróbuję. Droga prowadzi przez sady. Drzewa oliwne, niektóre bardzo stare, ciągną się na bardzo dużej przestrzeni. Nad gałęziami widzę a to góry, a to morze, a to Monte Cofano. W końcu dochodzę do ulicy równoległej do głównej ulicy Castelluzzo, tu siadam pod oliwkowym drzewem, jem morele, piję wodę...

Ta ulica nie jest już tak ciekawa, ale jakoś trzeba wrócić. W końcu trafiam na przecznicę i już za chwilę jestem na tej głównej. Cieszę się, że zobaczyłam co jest w Castelluzzo prócz domów przy głównej ulicy...

Opublikowano: 27 czerwiec 2013
Odsłony: 158

Długi tytuł, ale będzie krótko, bo późno: Segesta monumentalna, a przede wszystkim wrażenie na mnie zrobił fakt, że ta świątynia nie jest rekonstruowana tylko była odnawiana, a stoi tak od wieków. Niezwykła, i do tego ta przestrzeń ogromna. Ptaki w środku śpiewały, chyba tam mają gniazda... Piękny też amfiteatr.

I jeszcze bardzo mi się podobało, że Gianni kupił bilety ulgowe dla tutejszych. Najpierw dwa, potem pokazał na Ulę, że ona też, a potem jeszcze na mnie - a, ona też. Kasjer zapytał podejrzliwie - wszyscy mieszkacie w Trapani? No to Gianni pokazał dowód osobisty, Lilian też, nas zignorowano. Zamiast po 5 euro zapłaciliśmy po 1 euro. Poczułam się honorową obywatelką Trapani!

Potem w poszukiwaniu lodów zajechaliśmy do Calatafimi. To jest to miasteczko, gdzie należy jechać, jak się chce znaleźć dawną sycylijską atmosferę. Szkoda, że jechaliśmy samochodem, tam trzeba wysiąść i połazić. Na ulicach widać tylko panów, siedzą, stoją gadają. Kobiety siedzą w domu...

Castellammare del Golfo widziałam z góry, wygląda pięknie. A potem wjechaliśmy już po powrocie z Segesty do portu i jedliśmy lody. Chętnie bym tam połaziła po starym mieście. Oczywiście zaparkowaliśmy tam, gdzie za to groziło wywiezienie samochodu. Nie wywieźli.

No i teraz już przede mną ostatnia noc w Castelluzzo, jutro jadę do Trapani, tam się spotkam z Angelo, i po godzinie mam autobus do Agrigento, skąd biorę autobus do Aragony i melduję się w B&B Macalube. A potem pójdę zobaczyć wulkaniki, wulkaniątka itp.

Opublikowano: 27 czerwiec 2013
Odsłony: 165

Spakowana, najedzona piszę jeszcze te kilka słów przed wyjazdem z Castelluzzo, z B&B Alba Marina. Według mnie jest to fantastyczne miejsce do spędzenia kilku dni. Szczególnie dla tych, co dysponują samochodem - można stąd jeździć w kilka minut do San Vito, można bez problemu dostać się do północnego wejścia do Riserva dello Zingaro, można dojechać w moment do plaży w zatoce Macari, i tam albo kąpać się (kto lubi skalne wybrzeże), albo robić wycieczki szczególnie w kierunku Monte Cofano. Okolice też są bardzo ciekawe.

Dla tych, co jak ja nie są zmotoryzowani jest może troszkę trudniej, ale nie niemożliwe. Dwa kroki od B&B jest przystanek AST, skąd za 1,80 euro (w jedną stronę, bo w dwie będzie taniej) można dojechać do San Vito. Do plaży można zejść piechotą lub zjechać rowerem (do wzięcia w B&B za darmo), trzeba tylko pamiętać, że wrócić trzeba nieco pod górę, nie jest bardzo w górę, ale po prostu cały czas pod górkę. Nino oferuje pomoc - jeśli trzeba, można do niego zadzwonić, a on podjedzie po gościa na przykład na plażę.

W B&B jest przytulnie, ładnie, śniadania są boskie, upieczone ciasto codziennie przez mamę Nina, widzialam też kanapki dla tych co nie mogą się obejść bez własnych obyczajów. W pokoju jest lodówka, uwaga - ja ją odkryłam dopiero dzisiaj! Mieści się w biurku! W łazience jest suszarka. W ogrodzie grill i suszarnia, widziałam też pralkę.

Nino jest ogromnie życzliwy, chętny do pomocy, uśmiechnięty. Bardzo chwali sobie gości, którzy przyjeżdżają do niego dzięki tej stronie, i chciałabym bardzo, żeby tak było nadal :)

A teraz w drogę...


Opublikowano: 28 czerwiec 2013
Odsłony: 171

Dzisiaj... najpierw autobus z Castelluzzo do Trapani nie przyjeżdżał i nie przyjeżdżał. Już nie wiedziałam co zrobić – czy miało go wcale nie być? Spóźniłabym się na autobus do Agrigento. Kiedy straciłam nadzieję, nadjechał z 25 minutowym spóźnieniem… Uff…

zAngeloPotem w Trapani nie było Angelo na przystanku w porcie. Miał być z aparatem. Coś mi świtało, że miałam mu wysłać sms jak przyjadę. Okazało się, że nigdzie nie mam jego numeru! Byłam na przystanku w porcie, a mój autobus odjeżdżał z Autostazione… Co robić? Internetu nie mam… Poczekałam trochę i stwierdziłam, że lepiej pójdę do Autostazione, bo jak nie, to się spóźnię… Ale to oznaczało, że nie będę miała aparatu… Zadzwoniłam do Gianniego idąc, i poprosiłam, żeby znalazł w Internecie telefon do Angelo, i zadzwonił do niego, że będę na Autostazione. Już tam dochodziłam, kiedy zadzwonił zasapany Angelo – gdzie jesteś? – Na Autostazione. – Już jadę!

Kupiłam bilet w barze (sprzedawca spojrzał na moją koszulkę Io vado a Lampedusa, i zapytał: na Lampeduzę? – Tak, ale najpierw do Agrigento! – odpowiedziałam). Usiadłam na przystanku i za chwilę pojawił się Angelo zdyszany, na rowerze, w koszu aparat i ładowarka. Czemu go nie było? Bo nie wiedział, gdzie przyjadę… No dobra, ale już się znaleźliśmy, jeszcze czas na zrobienie sobie wspólnego zdjęcia (które za chwilę znalazło się na facebooku).

Jeszcze moment, wsiadam, ruszamy...

Opublikowano: 29 czerwiec 2013
Odsłony: 180