W Trapani Gianni pobrał mnie z przystanku, żeby zawieźć mnie do mojego nowego mieszkania, ale kiedy jechaliśmy w kierunku zachodnim - w stronę końca świata - okazało się, że moja walizka przebywa po zupełnie innej stronie miasta, więc zawróciliśmy (dużym kołem). Potem okazało się też, że są problemy z internetem, a więc pojechaliśmy do mieszkania - za chwilkę będę achać - i znów zawróciliśmy do mieszkania Lilian i Gianniego, gdzie czekałam na rozwiązanie sprawy z internetem. Potem w końcu udało się rozwiązać problem internetu i już piechotą wróciłam do mojego nowego domu (znów na koniec świata...) Szłam znanymi mi uliczkami Starego Miasta, a wydawało mi się, że zmieniło się tu, że wciąż znajduję coś nowego...

Mieszkam przy Piazzetta del Ghiaccio, czyli placyku lodowym. Miejsce niesamowicie nastrojowe (czytaj: klimatyczne). Kto zna Trapani, znajduje się tuż za Piazza Jolanda (gdzie pizzeria Jolanda i gdzie restauracja Antichi Sapori). Placyk malutki, nieco zaniedbany, mało turystyczny. Mieszkanie na trzecim piętrze (nie wspomnę, że bez windy) i do tego schody wąskie, wysokie. Gianni z trudem wniósł moją walizkę na górę. Mieszkanko urocze, zrobiłam zdjęcia, ale nie oddają tego uroku. Ale nie o to chodzi, ważne, co dookoła... Za oknem sypialni mam dach starej, nieczynnej już wytwórni lodów. A dalej jest morze... Z saloniku widok na Erice nad domami, i morze...
Ale najlepszy jest taras. Trzeba na niego wejść jeszcze wyżej i nie każdemu na to pozwalają... Nie wiem jak to opowiedzieć... Widok z tarasu jest niesamowity! Jutro tam wejdę i będę pstrykać, i pstrykać...

Żeby nie było idealnie, chyba ten internet nie jest za mocny... Ale co tam, z takim widokiem damy radę ;)

Opublikowano: 23 kwiecień 2015
Odsłony: 79

Piątek spędziłam pracowicie - razem z Giannim, Lilian i Eleonorą opracowywaliśmy program Majówki, który następnie musiałam przetłumaczyć. Nie było to łatwe, ponieważ przyszedł jeszcze jeden Siciliano i wciąż zadawał mi pytania na temat jak to w Polsce jest, a kiedy przestałam odpowiadać na pytania, Siciliani zaczęli głośno, jak to oni, dyskutować i zupełnie nie byłam w stanie znaleźć słów. W końcu zapytałam, czy nie ma gdzieś jakiegoś zacisznego kącika gdzie mogłabym się schować i zrobiła się cisza, aż mi było głupio...

Potem wróciłam do domu wieczorem, spacerkiem nad wybrzeżem. Lilian i Gianni mieszkają niedaleko głównej plaży miejskiej w Trapani, i tak szłam sobie bulwarem nadmorskim powolutku, robiąc zdjęcia. Od nich do mojego mieszkanka nie jest blisko, ale zupełnie mi nie przeszkadza ta odległość, bo mieszkam w miejscu magicznym. Po drodze w okolicy murów Tramontana były doskonałe lody...

Opublikowano: 26 kwiecień 2015
Odsłony: 83

Podczas tego pobytu w Trapani planowałam spędzić cały dzień na Levanzo. Kiedy dowiedziałam się, że na Favignianie organizuje się Sagra delle cassatelle, postanowiłam połączyć wyjazd na Levanzo z sagrą na Favignanie, i to był błąd... I to nie jeden, bo popełniłam kilka błędów, i to takich, przed jakimi przestrzegam zwykle innych...

Gotowa, wysmarowana przeciwsłonecznie, z butelką pełną wody idę na przystań. I tu pierwszy problem: oczywiście, wiedziałam, że w święto na wyspy płynie dużo ludzi, ale nie przewidziałam, że w związku z tym będą problemy z biletami! Na wybrany przeze mnie rejs o 10.45 (Ustica Lines) nie było już biletów... Następny Siremar o 12.15. Czyli półtorej godziny tracę, no trudno. Ludzie w kolejce mówią, że warto kupić bilety na powrót, bo może być problem. No to może i bilet z Levanzo na Favignanę też warto - kupuję więc w Siremar bilet na Levanzo, a potem w Ustica Lines - na rejs Levanzo - Favignana i na powrót o 20.10: tak sobie wymyśliłam, bo skoro ja tam przybędę o 16.30 (wcześniej szkoda by mi było Levanzo), to żeby skorzystać z uroków sagry (święta ciasteczek cassatelle) chyba trzy i pół godziny będzie OK...Pamiętam sagrę w Castelvetrano, tyle tam było atrakcji, pewnie i tu tak będzie...

Myślałam, że wszyscy płyną na Favignanę, że na Levanzo wysiadam tylko ja, ale nie, trochę jednak ludzi tu wysiada. Ale już po chwili ich nie widać, szczególnie kiedy idę drogą z portu na wschód - spotykam co jakiś czas parę osób, ale bardzo niewiele. Wniosek: gdzie jak gdzie, ale na Levanzo można spokojnie się wybrać i w niedzielę i w święto! A myślałam, że w niedzielę nie warto, że będzą tu tłumy... Kolejne doświadczenie...

Podczas mojej pierwszej podróży na Sycylię w 2007 roku spędziłam pół dnia na Favignanie i drugie pół na Levanzo, poszłam wtedy drogą z miasteczka w drugą stronę, w kierunku zachodnim, usiłowałam obejść wyspę, co mi się nie udało (więcej na ten temat tutaj). Tym razem poszłam w odwrotną stronę. Ta strona wyspy okazała się zielona, kolorowa, przyjazna, są tu zacienione lasy, zatoczki, gdzie widziałam ludzi opalających się i nawet kąpiących. Dotarłam do wieży saraceńskiej, zajrzałam do niej, a także z okolicy wieży spojrzałam na środek wyspy, który okazał się doliną...

Potem wróciłam do portu i miałam jeszcze ponad godzinę, poszłam więc po moich śladach sprzed 8 lat i chyba zrozumiałam, jaki wtedy popełniłam błąd - zeszłam ze ścieżki w dół, do morza i potem dalej już nie dało się iść. To było wtedy, teraz mogłam pójść ścieżką tak jak należy, ale ... musiałam już wracać, bo miałam kupiony bilet na Favignanę i musiałam zdążyć na wodolot... Szkoda!

Opublikowano: 26 kwiecień 2015
Odsłony: 84

Tymczasem na Favignanie - tu nastawiałam się tylko na atrakcje związane ze świętem, bo dokładnie zwiedziłam Favignanę na rowerze w październiku. Tymczasem sagra mnie zawiodła zupełnie! Owszem, ciekawe było spojrzeć na osoby ubrane na biało, które smażyły cassatelle - ciasteczka z nadzieniem, ciekawe jak to było zorganizowane - ludzie by dostać ciasteczka wrzucali datek do wielkiej puszki i przechodzili przez taki jakby tunel. No ale potem - dla mnie jedno takie ciasteczko wystarczy w zupełności, a trzy które dostałam to już przesada. Na placu było pełno ludzi, ale żadnych więcej atrakcji, żadnych stoisk, innych wyrobów. Muzyka grała z głośników, nikt nie występował, nic więcej się nie działo.

No i okazało się, że mam jeszcze 3 godziny, jestem zmęczona i nie mam co robić... Gdybym nie kupiła biletu, mogłam wrócić wcześniej, ale ten kupiony bilet (10 euro) wymógł na mnie spędzenie na Favignanie tego czasu, który tak wspaniale mogłabym spożytkować na Levanzo... Chętnie poszłabym coś zjeść, ale nie coś słodkiego, a o tej porze otwarte były tylko lodziarnie i cukiernie. Więc jak w końcu zrobiła się siódma i otwarto pizzerię, zjadłam pizzę (alle vongole). Najpierw była całkiem dobra, ale oczywiście, jedna czwarta zaspokoiła mój głód, a potem już jadłam tylko dlatego że była i doszło do mnie, że właściwie to chyba nie lubię pizzy...

W końcu, jak jeszcze zdążyłam trochę zmarznąć przypłynął mój wodolot i wyruszyłam do domu. Moja rada, nigdy nie kupujcie biletu powrotnego na wodolot bo nigdy nie wiecie, kiedy będziecie chcieli wrócić... A ja wiem jedno: na Levanzo wrócę napewno, ale na Favignanę chyba nie - a w każdym razie nie w święto, nie na sagrę... Na rower, może na plażę, nie wiem. Levanzo - na Levanzo wrócę na wędrowanie.

Opublikowano: 26 kwiecień 2015
Odsłony: 89

Wczoraj była niedziela, niedziela po całodziennej wycieczce. Spędziłam ją caluteńską w domu... Normalnie wydawałoby mi się to potworną stratą czasu podczas podróży, ale ta podróż jest inna, to nie jest podróż, ale pobyt. Ja tu mieszkam, a szczególnie to do mnie dotarło właśnie tutaj, w tym mieszkaniu. Dlaczego - a bo po pierwsze, jest mi tu dobrze. Muszę przyznać, że to mieszkanie chyba najbardziej mi odpowiada z tych, w których mieszkałam. Nie jest tak duże i eleganckie ani też tak arystokratyczne jak Palazzo Mokarta, ani tak nieprawdopodobnie wygodne jak domek pod Cefalu, ale jest po prostu takie jak lubię: nie za duże, takie na moją miarę, a do tego jest tu wszystko, czego bym mogła potrzebować. Wydawało się wczoraj, że nie ma przejściówki do kontaktu i żeby wysuszyć włosy musiałam się nieźle namęczyć, w końcu znalazłam gniazdko w kuchni, gdzie podłączona jest pralka. Ale dziś wyjęłam z szafy żelazko, było w pudełku i ... była tam przejściówka! Po prostu ktoś schował żelazko z przejściówką do pudełka.

Jest tu pralka, której nie użyję, bo piorę po troszkę (kupiłam płyn do prania, i potem okazało się oczywiście, że był!), jest suszarka, żelazko, deska do prasowania. Jest działający telewizor (na szafce z kółkami, więc można sobie go przysunąć gdzie się chce), masa szafek, szafeczek. Są w saloniku dwie bardzo wygodne kanapy, gdzie wygodnie się i siedzi, i leży, nawet jak człowieka plecy rozbolą. Światło tu, światło tam, lampka tu, lampka tam... W szafce jest nawet kilka butelek z oliwą, pieprz, sól, cukier, ryż. No, nie ma kawy. Ale za to są dwie kafetierki :) Jest kominek, hm, ładny. W oknach jest siatka, więc nie ma much ani komarów. Okno wychodzi na dachy, a ja lubię dachy, i na Erice, a ja Erice też lubię:)

Wczoraj dzieciom napisałam tak: "To mieszkanie jest super! Nie dość, że super wygodne, wszystko jest co trzeba (no, gniazdko do suszarki udało mi się zlokalizować w kuchni pod zlewem, ale ważne, że jest), jest ładne i fajne, ma taras na dachu albo dach na tarasie i wysiadującą dzieci mewę na sąsiednim dachu, ma strome schody na moje trzecie piętro i drewniane, ruszające się i też strome na strych... Mewa nie dość, że wysiaduje, to też co jakiś czas pokrzykuje, a rano obudziły mnie gołębie.

A do tego wszystkiego nie słychać prawie wcale ruchu ulicznego, a za to słychać tubylców, bo to chyba taka dość biedna uliczka i ludzie bardzo charakterystyczni. Na parterze drzwi do mieszkań są cały czas otwarte. Ludzie krzyczą do siebie czy na siebie, drą się, wołają. A przedtem wołanie się jeszcze wzmogło, aż wyjrzałam za okno, jakiś facet awanturował się na balkonie, chyba mu baba zamknęła drzwi, on się darł, walił w te drzwi, w końcu je wywalił czy ona mu otworzyła, i zaczęli się kłócić w środku. Takiego darcia się nie słyszeliście chyba nigdy! Teraz już tylko mewa pokrzykuje, ludzie zwyczajnie wołają i gołębie zwyczajnie gruchają :) Idę na dach po pranie :)"

A więc nie dziwicie się już, że spędziłam caluteńką niedzielę w domu? Za oknem mam Sycylię, która pakuje mi się do domu, mam wygodnie, piszę sobie, zdjęciami się bawię, planuję co dalej robić. Jestem u siebie... (poniżej opowieść o mewie na sąsiednim dachu...)

Opublikowano: 27 kwiecień 2015
Odsłony: 81