Nie pamiętam, w jakim miejscu przekraczaliśmy granicę między Syrią i Turcją. Ale pamiętam dobrze to miejsce. Nie wiem dlaczego spędziliśmy tam całą dobę. Zakumplowaliśmy z pogranicznikami, obserwowaliśmy przejeżdżające samochody... Widzieliśmy scenki robiące wrażenie, jak na przykład dla kawału lub złośliwie wybebeszali przejeżdżającym turystom samochody i potem patrzyli jak ci usiłowali się spakować w pośpiechu, a po drugiej stronie granicy czekało ich to samo... Wystarczyło, że turyści się spieszyli, lub że w samochodzie siedziała piękna dziewczyna... Ja jednak zapamiętałam najbardziej coś innego.

Pamiętam, widzę po prostu mężczyznę siedzącego na kamieniu, który w pewnym momencie wstaje i woła coś śpiewnie w przepięknym języku. Boże drogi, co to za mowa? To był turecki... Jechaliśmy wcześniej przez Turcję, szybko, byle zdążyć. Nie przyjrzeliśmy się Turcji, nie poznaliśmy wtedy Turków, nie zauważyliśmy ich języka. Potem spędziliśmy kilka tygodni w Syrii i Libanie, gdzie otaczał nas z zewsząd gardłowy język arabski, wszędzie hałaśliwie grała arabska muzyka. I teraz, tutaj, w tej chwili zrozumiałam różnicę, usłyszałam turecki, język, który mnie zafascynował, którego potem próbowałam się sama uczyć ze zdobytego podręcznika, i niestety, nie dałam rady...

Do dziś jednak widzę tego człowieka, jego szlachetną postać i słyszę jak woła te kilka słów w jednym z najpiękniejszych języków świata... I tak się zaczęła moja najpiękniejsza przygoda z Turcją... Seviyorum Turkiye...

Odkąd ponownie wjechaliśmy do Turcji, zachłystujemy się niezwykłą gościnnością jej mieszkańców... Jedziemy wybrzeżem, zatrzymujemy ciężarówki, samochody osobowe, jedziemy traktorem, czasem na przyczepie, czasem na dachu. Zawsze jako goście, zawsze jeździe towarzyszy zaproszenie na obiad do przydrożnego lokalu lub do domu, jeśli tam dojeżdża samochód.

Każdego dnia nocujemy w innym, jeszcze bardziej gościnnym domu - gościnnością skromną, prostą, ale niezwykle serdeczną... Jeśli jedziemy z kimś krótko, musimy z nim zjeść, nieważne, że przed chwilą jedliśmy z kimś innym i za chwilę zaprosi nas kolejny kierowca. Zapraszają serdecznie, ale gdybyśmy odmówili, nie byliby tacy serdeczni... Więc nie odmawiamy, korzystamy, starając się z tych spotkań wyciągnąć jak najwięcej obserwacji, rozmawiamy na migi, zaspakajamy ciekawość tych ludzi.Na szczęście tutaj (wtedy) nie dotarli jeszcze turyści, ci ludzie nie stracili swojej szczerości, ciekawości i życzliwości.

Rozumiemy, że dla nich pomóc nam, przyjąć do swojego domu, nakarmić to wielka radość, a także zaspokojenie zwyczajnej ludzkiej ciekawości świata - my potrafimy to doskonale zrozumieć! Wyobrażałam sobie, co by powiedziała moja mama, gdyby mój tata przyprowadził jej do domu pod wieczór brudnych, spoconych nieznajomych w gości i kazał nakryć porządnie do stołu... Tak my wchodzimy w ich domy, a oni przyjmują nas z radością, nakrywają maty tym co mają najlepsze do jedzenia, a potem starają się z nami rozmawiać wszelkimi możliwymi sposobami...

Merhaba - dzień dobry, talebe - studenci, tamam - dobrze, tesekur ederim - dziękuję bardzo, cok guzel - bardzo ładne... To niemal cały nasz zapas słów, ale razem z gestami, które oni używają przecież na co dzień, udaje nam się prowadzić rozmowę o wielu sprawach czasami i przez parę godzin...

W Turcji nie zdarzają nam się już jak w krajach arabskich problemy między nami - dziewczynami a nimi - mężczyznami. Oczywiście, nie pozwalamy sobie na zbytnią samodzielność, staramy się nie stwarzać problemów, ale jesteśmy traktowane w ich domach jak goście, niezależnie od płci. NARESZCIE!

Z notatnika Kali: 12.09.73. Kanlin Divan (? ja) Ruiny miasta ormiańskiego z XIX wieku i ruiny miasta bizantyjskiego. 13.09.73. Cannet (? ja). Do południa zwiedziliśmy 2 zamki – na lądzie i na wyspie. Oba wyglądały naprawdę imponująco na tle tureckich morskich krajobrazów. Były to zamki krzyżowców. A po południu 6 km dalej obejrzeliśmy 2 groty. Po jednej oprowadzał nas guide z lightem, a w drugiej sami świeciliśmy sobie świeczką. 14.09.73. Pół dnia spędziliśmy na plaży przy grotach ok. 24 km od Silifke. A w południe zabraliśmy się stopem do Antalyi. Jechaliśmy ciężarówką do Baba Dyl.


Siedzieliśmy sobie wysoko na brezencie i podziwialiśmy wspaniały krajobraz nadmorski – mnóstwo malutkich zatoczek u podnóża zalesionych częściowo, a częściowo skalistych gór. Morze ma tu kolor czysto niebieski, jest czyste, tak piękne i barwne, że nie chce się wierzyć, że takie coś istnieje. Jechaliśmy w tempie traktora, a więc mogliśmy podziwiać całe piękno nadmorskiej drogi. Noc spędziliśmy w restauracji.

Jedziemy ciężarówką wybrzeżem, dojeżdżamy do Side. Tu wysiadamy, bo kilka kilometrów stąd znajduje się wspaniały amfiteatr. Ale nie bardzo nam się podoba perspektywa marszu z plecakami. Przy drodze stoi dom. Zaglądamy tam, pokazują się mieszkańcy. Zaczynamy objaśniać o co nam chodzi (gesty, słowa tureckie i międzynarodowe oraz oczywiście trochę polskich):

My talebe, my bagaż tutaj, my Side, my potem tutaj, bagaż i my tesekur! To wszystko poparte gestami wystarczy, kiwają głowami - tamam! (OK!). Pozbawieni ciężarów idziemy zwiedzać pozostałości amfiteatru i starego akweduktu, wracamy pod wieczór, nie mamy wątpliwości, że nasze bagaże będą na nas czekać, ale... ... czekają nie tylko bagaże, czeka na nas kolacja...

No bo... przecież jesteście zmęczeni, musicie najeść się i wypocząć! Pamiętam proste potrawy, kładzione przez gospodynię na matę między naszymi nogami, jedzenie yogurtu palcami a arbuza nożem i widelcem, placki chleba rzucane tuż przy naszych stopach... Mój tata - lekarz dał mi na tę podróż tabletki do odkażania wody. Należało je wrzucić do wody i odczekać 15 minut aż zadziałają. Przywiozłam je wszystkie do domu...

Jedliśmy to co nam dawano, piliśmy to co było do picia. Jak można byłoby odmówić, albo wrzucić tabletkę do podanej przyjaźnie wody i czekać 15 minut... W tym niezwykle gościnnym i przyjaznym domu na skraju dróg spędziliśmy wiele godzin ROZMAWIAJĄC - gospodarze posłużyli się dziecinnym elementarzem! Dzięki temu mogliśmy poruszyć takie tematy, jak oświata, służba zdrowia, handel, ekonomia:) Nad ranem położyliśmy się na tarasie zasłanym wygodnie matami...

Po kolejnym dniu, kolejny nasz uczynny kierowca zaprasza nas do domu... Tym razem kolacja jest wyjątkowo obfita, potem... w gościnnym pokoju czekają na nas prawdziwe łóżka z prawdziwą, pachnącą pościelą!!! Podczas całej podróży (nie licząc tych paru marnych hotelików na samym początku) ten jeden jedyny raz spaliśmy na łóżkach! Już zapomnieliśmy, jakie miękkie mogą być łóżka - przecież normalnie spaliśmy na matach na tarasie, na piasku, na twardej ziemi, a czasem na podłodze w restauracji po zamknięciu -

DYGRESJA – w restauracjach robiło się tak - zamawiamy herbatę, i siedzimy godzinę, potem znów zamawiamy herbatę, a trzeci raz już nam przynoszą na koszt firmy, no a potem przysiada się właściciel i pyta o co chodzi, więc pytamy, czy moglibyśmy tu przenocować, - OK, tylko dopiero po zamknięciu, a rano przed otwarciem musicie wstać. I nic od nas nie chcieli, a jeszcze nieraz przynieśli herbatę na dzień dobry...

A więc śpimy na mięciutkich łóżkach (trochę chyba za miękkich żeby się wyspać:), a rano zbieramy się jeszcze pełni po obfitej kolacji, kiedy gospodarze podają nam śniadanie! Pijemy herbatę, ledwo żywi z przejedzenia ukradkiem chowamy do plecaków pomidory, owoce, chleb... Gospodarz podwozi nas kilka kilometrów do szosy, Güle Güle!- żegna się, tesekkür ederim! - dziękujemy...

Stoimy przy szosie, a tu nie jedzie nic... Mijają długie minuty, pół godziny, godzina... Najpierw liczymy na jakiś wygodny samochód (te łóżka nas rozpieściły...), potem na ciężarówkę, potem modlimy się o traktor... Nie jedzie nic... Droga biegnie na wysokim nasypie.

Nagle po przeciwnej stronie drogi spod nasypu pojawia się kobieta, idzie w naszym kierunku, niosąc w rękach tacę, wyładowaną herbatą, chlebem, pomidorami... Ta kobieta nie wie, kim jesteśmy, bo przecież przywieziono nas tu z innej wioski, no ale skoro tu stoimy już dłuższy czas, widać jesteśmy głodni i spragnieni... Podchodzi do nas, podaje nam tacę, skłaniając głowę w powitaniu, po czym ... znika za nasypem... Co mamy zrobić? Nie jesteśmy głodni, wręcz przeciwnie... W dodatku jak na złość właśnie w tym momencie podjeżdża w naszym kierunku wspaniała limuzyna...

Wiemy, że nie możemy teraz odjechać, musimy zjeść, musimy oddać tacę, podziękować, więc nie patrzymy na samochód, nie machamy rękami, nie zatrzymujemy go, tym bardziej, że nadjeżdża ze strony, w którą my zmierzamy... Marzyliśmy o nim, ale nie możemy skorzystać. Samochód zatrzymuje się sam... Kierowca zaprasza nas do środka... Dziękujemy, tłumacząc, że zmierzamy w przeciwnym kierunku. – Tamam! mówi, i odjeżdża, ale zaraz wraca z piskiem opon – tamam! możemy jechać tam gdzie chcecie! Jesteśmy załamani, proponujemy mu poczęstunek, ale odmawia i ... odjeżdża.

Pakujemy chleb, pomidory do już wypakowanych prowiantem plecaków, wypijamy herbatę. Biorę tacę i przechodzę przez drogę, szukając kobiety. Kiedy tylko podchodzę do domów poniżej drogi, pojawia się znów, pozdrawiając mnie skinieniem głowy i podaje mi ... tacę z owocami...

Dalszy etap podróży odbywamy napotkanym po długim czasie traktorem... Pojazd trzęsie niemiłosiernie i jedzie z prędkością niemalże zerową, a do tego trafia nam się traktorzysta – romantyk: co chwila zatrzymuje się, żeby nam pokazać z niemym zachwytem to szczególnie piękny widok, to jakiś kwiatek, to jakieś drzewko...

Aby dojechać do Pammukale, wysiedliśmy w Denizli. Stamtąd złapaliśmy samochód, który dowiózł nas na górę. Jest to miejsce absolutnie nieprawdopodobne, pozwolę sobie tym razem na zamieszczenie tutaj pocztówki z Pamukale, żeby łatwiej było sobie wyobrazić o czym mówię. Pammukale to starożytne Hierapolis, gdzie na wzgórzu bije gorące źródło, a woda ze źródła, przesycona solami wapnia spływa szeroko, tworząc wapienne tarasy. Te śnieżnobiałe tarasy, w których zbiera się płynąca leniwie woda, odbijająca błękit nieba a gdzieniegdzie z bieli wyrastają kolorowe kwiatki - ten widok mam w oczach do dziś... W Pammukale zachowały się też liczne budowle Hierapolis, amfiteatr...

Oglądaliśmy to wszystko z zachwytem, w końcu trzeba było pomyśleć o powrocie. Tego dnia powinniśmy dotrzeć do Izmiru, gdzie mieliśmy umówione spotkanie z resztą grupy. Byliśmy w Pammukale w trójkę - Krzysiek, Kali i ja. Oczywiście, w Pammukale trudno złapać stop do Izmiru. Zaszliśmy do baru. Już na progu jakiś człowiek zapytał, gdzie się wybieramy. - Do Izmiru, ale najpierw musimy zjechać do Denizli. - Tamam, do Izmiru nie mogę, ale do Denizli was zawiozę, pakujcie bagaże do samochodu! - Super, ale wspaniale się składa! - No tak, ale najpierw musimy się napić, mówi nasz przyszły kierowca.

Ten pomysł nie bardzo nam się podoba, ale nie możemy nic zrobić. Facet pije dużo, nalewa też Krzyśkowi. Krzysiek mruga do nas - pokazuje, że wylewa swoją szklankę do donicy stojącej obok. - Będzie trzeba, to poprowadzę - mówi. No dobra, ale jak to zrobić? Po długim czasie, kiedy niecierpliwimy się, bo przecież przed nami długa droga, a robi się późno - nasz nieźle już wstawiony kierowca decyduje się ruszać. Krzysiek proponuje, że poprowadzi, tamam! - i sprawa idzie po naszej myśli. Nasz niedoszły kierowca natychmiast zasypia.

Krzysiek ma nieprawdopodobny pomysł: - słuchajcie, bądźcie cicho, nie obudźcie go, pojedziemy do Izmiru! Pomysł jest szatański, no ale co będzie jak facet się w końcu obudzi? Budzi się wcześniej, jak tylko dojeżdżamy do Denizli. Namawiamy go, żeby pojechał z nami na wycieczkę do Izmiru, a ten, o dziwo, przystaje, mówi, że musi tylko zadzwonić do swojej madame i powiadomić ją o tym. Wchodzimy razem do eleganckiego hotelu, ten znika gdzieś, a my korzystamy z niezwykle eleganckiej toalety hotelowej.

I tu dygresja: przez całą drogę toalety, zasada według której w tych krajach działają (dziura w ziemi i woda - bieżąca, kurek tuż nad podłogą, lub woda w dzbanie i kubek do nabrania wody...) to nasza łazienka. W tych toaletach, nieważne, czy tych z dzbanem na wsi, czy tych z kurkiem i spłuczką w nowocześniejszych domach, myliśmy się cali, myliśmy włosy, nie było to może wygodne, ale dało się!) A więc, w tym hotelu zaskoczenie - luksus, kafelki ale również dziura w podłodze - tyle że z kafelkami, woda też nad samą podłogą, ale z kranu i elegancka spłuczka...

No dobra, wraca nasz kierowca i tym razem siada zdecydowanie za kierownicą. Jesteśmy bardzo zaniepokojone, ale Krzysiek mów - nie przejmujcie się, on sobie poradzi... No dobra, jedziemy, faktycznie, facet jedzie bez problemu...

...ale niedługo, bo za chwilę zajeżdżamy do bardzo eleganckiego lokalu, gdzie na środku stoi wielki zbiornik - akwarium? Siadamy do stołu, a nasz kierowca każe nam wybrać rybę z tego akwarium... Tłumaczymy, że nie jesteśmy głodni, spieszymy się - ale gdzie tam, takich słów lepiej w ogóle nie wypowiadać. Znów picie, znów wylewanie za siebie...

W końcu wsiadamy. Znów udaje nam się faceta usadzić obok kierowcy, Krzysiek prowadzi. Jakiś czas jedziemy spokojnie, w pewnym momencie facet nagle wyciąga pistolet, ręka mu lata, mierzy w kierunku Krzyśka, odwraca się do nas, mierzy, pif-paf!- bełkocze! Krzysiek uderza go lekko w rękę, sięga po pistolet, wrzuca do półki w samochodzie, facet znów zasypia. Jesteśmy nieco zaszokowani, ale Krzysiek mówi, dajcie spokój, przecież to straszak!

Jedziemy jakąś chwilę, w pewnym momencie facet budzi się, i zaczyna się z Krzyśkiem szarpać. Teraz zdecydowanie chce prowadzić. Krzysiek, o dziwo, przystaje. Uspokaja nas - on będzie prowadzić, zobaczycie, poradzi sobie! Ale tym razem Krzysiek nie ma racji. Samochód jedzie przez chwilę zygzakiem do przodu, ale potem nagle skręca, wpada w przydrożny rów, przechyla się do przodu, gaśnie. A facet zasypia sobie jak nigdy nic z głową na kierownicy...

Wysiadamy, ale najpierw Krzysiek zagląda do półki i wyciąga stamtąd pistolet. Ogląda go - i blednie. Okazuje się, że jest to prawdziwa, naładowana broń! Wyciąga magazynek, chowa do plecaka. - Na wszelki wypadek, tak będzie lepiej...

Dygresja: - magazynek w plecaku Krzyśka zagrałby jeszcze jedną, bardzo niebezpieczną rolę już po wyjeździe z Turcji. Krzysiek wracał przez Jugosławię, gdzie wówczas przejeżdżał Breżniew. Spotkał go - Krzyśka - patrol wojskowy, i kazał pokazać co ma w plecaku. Krzysiek spokojnie wyciągał po trochę swoje dwumiesięczne skarpety, dżinsy i nagle zobaczył w plecaku zapomniany tam magazynek! Był przekonany, że nie tylko on go zobaczył, że już po nim, ale na wszelki wypadek spróbował się ratować, i sięgnął po resztę ciuchów, którymi owinął magazynek, no i udało się! (znam tę historię od Krzyśka i nie ręczę oczywiście za jej prawdziwość:)

Sytuacja jest nieco trudna... Samochód zarył się maską w rowie, nie chce zapalić, przy kierownicy śpi nieprzytomny kierowca, my w trójkę usiłujemy to wyciągnąć samochód, to uruchomić go... Nadjeżdża jakaś terenówka, rany boskie, policja...? Oczekujemy wszystkiego co najgorsze... Na szczęście to nie policja. Ludzie, którzy zatrzymali się, ogarnęli sytuację wzrokiem i szybko stwierdzili: upił się, to niech śpi, do rana wytrzeźwieje i jakoś sobie poradzi. Wsiadajcie z nami! No to wsiadamy.

Jest noc... Nie bardzo wiemy gdzie jedziemy. Dojeżdżamy w jakieś ciemne miejsce, gdzie bezustannie słychać potworny huk, jakby dookoła tuż nad tym miejscem krążył odrzutowiec... Bez żadnych wyjaśnień nasi wybawcy prowadzą nas do niewielkiego baraku, pokazują podłogę - kładźcie się. Pod sufitem pali się żarówka. I tak próbujemy kimać do rana - ani to ostre światło, ani ten huk nie pozwala zasnąć.

Rano wcześnie wychodzimy z baraku żeby znaleźć źródło tego hałasu, początkowo nie potrafimy zrozumieć tego co tam widzimy: jesteśmy w kotlinie, między wzgórzami. Ogromna rura ciągnie się w kierunku jednego ze wzgórz, i z tej rury strzela z nieprawdopodobnym hukiem woda, i następnie spływa strumieniem w dół. Woda ma białawe zabarwienie. Turcy pokazują nam na migi, że ta woda jest bardzo zdrowa, i że w tym miejscu powstanie sanatorium. Prowadzą nas do kładki, na której stoi ... wygódka! Zamiast dzbana z wodą, wodę można czerpać bezpośrednio ze strumienia! Cieszą się - widzicie? Mamy prawdziwą łazienkę z bieżącą wodą!...

Nasi wybawcy zawożą nas następnie na drogę, gdzie już bez przeszkód i bez pijaństwa łapiemy następną okazję i jedziemy dalej... Co chwilę jednak zastanawiamy się ze śmiechem, co pomyślał nasz wczorajszy kierowca, kiedy obudził się na drodze prowadzącej do Izmiru, w samochodzie zarytym w rowie... Czy w ogóle pamiętał z kim i po co tam się znalazł...?

Nie pamiętam ani Izmiru, ani Efezu, gdzie chyba też byliśmy...

Do Canakkale przyjechaliśmy, żeby zobaczyć ruiny Troi. Mieliśmy też zamiar popłynąć promem przez Dardanele i pojechać do Stambułu. Troja okazała się niepozorną kupą kamieni. Trudno było sobie wyobrazić jakikolwiek związek tego niepozornego miejsca z Odyseją... Natomiast w tej okolicy poznaliśmy młodego Turka, Hasana, który zaoferował się że nas zawiezie do Stambułu. Był piękny, wesoły i bardzo sympatyczny. W Stambule o ile pamiętam, nocowaliśmy w jakimś hoteliku (?), i następnego dnia pociągiem wyjeżdżaliśmy do Edirne - i w ten sposób kończył się nasz pobyt na Bliskim Wschodzie...

Z notesu Kali: Rano Hasan przywiózł nas na miejsce. Zatrzymał się na chwilę przy piekarni znajomego i wziął mnóstwo cieplutkich, świeżych bułeczek i zabrał nas na herbatę. Później zawiózł nas do centrum. Zwiedziłyśmy sobie porządnie bazar…

Umówiliśmy się z naszym sympatycznym Turkiem na dworcu, żeby się pożegnać. Przyszedł, pożegnał się, i następnie, kiedy pociąg ruszył - nieoczekiwanie wsiadł i pojechał z nami! Wsiadł tak jak stał...

Jechaliśmy kilka godzin i przez ten cały czas usiłowałam przekonać jego - i siebie - że NIE MOGĘ ZOSTAĆ W TURCJI, że to nie jest najlepszy pomysł... Na szczęście miałam jeszcze odrobinę rozsądku, ale jego oczy były takie ciemne i głębokie, że można się było utopić ...:)

Na stacji w Edirne pożegnaliśmy się już definitywnie... Tutaj pożegnaliśmy się również z resztą naszej wyprawy. Chłopcy pojechali dalej pojedynczo, my we dwie z Kali złapałyśmy tureckiego tira...