W Giarre zaczęły się schody... Na dworcu pytam, gdzie autobusy do Zafferany, taksówkarze pokazują drogę, trzeba iść w górę do Duomo, ale oni mogą zawieźć za 20 E. Podziękowałam, ruszyłam w drogę. Nie tak blisko! W końcu dolazłam, pytam o autobus - jeden mówi w lewo, drugi w prawo, a autobusu wciąż nie ma. Pytam w kioskach, bo oni powinni wiedzieć, ale nie wiedzą. W końcu jak już obeszlam niemalże Duomo dookoła, jeden kioskarz powiedział, że z Giarre do Zafferany nie dojadę, lepiej jechać do Acireale, stamtąd będzie więcej autobusów... No, skoro tak, to poczekałam chwilę w dziwnym miejscu na autobus do Acireale (jak kto myśli, że na dworcu autobusowym, to się bardzo myli, to bylo skorzyżowanie bardzo wąskiej ulicy, gdzie samochody jechały z dołu... Uprzejmy kierowca sam zszedł po moją walizkę, potem mi powiedział, że z Acireale autobus powinien być o 14. Od dwu dni jest ten problem, że właśnie skończył się tu rok szkolny, więc autobusy zmieniają trasy albo zupełnie przestają jeździć i nikt nic nie wie...

W Acireale przed Duomo kierowca mnie wysadził, wyniósł moją walizkę i pokazał mi przystanek, gdzie mam czekać. Tam poszłam, zapytałam w kiosku, powiedzieli, że autobus ma być o 13.30, ale nikt nie wie czy będzie, no bo ... skończył się rok szkolny... Potem przyjechał inny autobus tej linii, więc kioskarz się spytał kierowcy, i ten powiedział, że autobus będzie o 15... Kilka możliwości do wyboru... Nie chcąc stać w słońcu poszłam do baru na przeciwko, kupiłam sobie malutki kawałek pizzy, i potem wróciłam na mój przystanek, żeby nie przeoczyć autobusu. To miała być linia Zappala i cos tam. Przejeżdżały takie autobusy i busiki, ale wszystkie w innym kierunku. Czyli, czekałam na taki właśnie (biały, z  logo Zappala i coś tam), tylko żeby był do Zafferany. 

Już w Giarre wysłałam do Alberta sms. Z Acireale wysłałam kolejny. Za chwilę telefon zadzwonił. Okazało się, że ten numer jest pomyłką... Miły pan poinformował mnie o tym, żebym wiedziała, że moje wiadomości nie dochodzą tam gdzie powinny. No fajnie. Wymyśliłam, i poprosiłam córkę, żeby na chwilę oderwała się od pracy i sprawdziła na mojej stronie nr telefonu do Etna B&B. Dzięki temu za chwilę dostałam dwa numery. Jeden pod który wysyłałam smsy, drugi, który wydawał mi się stacjonarny. Nic nie ryzykuję, jeśli napiszę na ten numer: czy to może Alberto z Etna B&B? I za chwilę dostałam odpwiedź: Pewnie, że tak! No, to jestem uratowana!

Alberto powiedział, że zadzwoni kilka minut po 15, i w razie, gdyby nie było autobusu, przyjedzie po mnie. Bardzo chciałam nie korzystac z jego uprzejmości. Wypatrywałam mojego autobusu, im bliżej było 15 tym bardziej. Podjechał autobus, zupełnie inny niż te, o które chodziło, innego koloru i miał napisane co innego niż Zafferana. Więc (!?!?) nie podeszłam zapytać, czy czasami nie jedzie do Zafferany. Odjechał i kiedy ruszył, zobaczyłam, że jest właśnie z tej linii o którą chodzi!!! Zaczęłam machać, ale pojechał... Co prawda miał inne miasto jako cel, ale myślę, że to był ten autobus, bo innego już nie było... I co by było, gdyby Alberto nie zadzwonił, gdyby po mnie nie przyjechał, gdyby mnie nie przywiózł tutaj???

UFF! Jestem w Zafferanie, jestem uratowana! A już na miejscu okazało się, że B&B wcale się nie nazywa Etna B&B jak wynikało z naszej korespondencji, ale B&B Villa Rosa. A więc, gdybym dotarła do Zafferany nie mając kontaktu z Alberto i pytała o Etna B&B, to nikt by nie wiedział o co chodzi... Niezłe, nie?

Opublikowano: 11 czerwiec 2016
Odsłony: 248

Kiedy jechałam pociągiem dziwiłam się, że zrobiło się płasko. Etna znikła. Po prostu jest chmura i tyle. Gdzie indziej jest słońce, niebieskie niebo, a tam gdzie powinna być Etna jest chmura. Nie, to nie erupcja, ta się skończyła już jakiś czas temu. Pogoda taka jakaś. Ale siedzę na ławce na tarasie i wydaje mi się, że ławka co jakiś czas się buja...

Pochodziłam po mieścince i doznałam szoku: przed Duomo - wielkim, piekny kościołem z szerokimi pięknymi schodami na dużym placu zatrzymał się autobus i wysiadły z niego ... gołe dziewczyny. To znaczy, może nie do  końca gołe, bo w kostiumach kąpielowych (bikini) i na wysokich obcasach, jak na wyborach miss. Ustawiły się na podwyzszeniu (na przeciwko katedry!) i pozowały do zdjęć. Trwało to krotko, bo za chwilę rządkiem wróciły do autobusu. O co chodziło? Nie mam pojęcia...  

Jutro mam zamiar pojechać na wycieczkę na Etnę. Alberto mówi, że lepiej jutro niz pojutrze, bo pogoda jest jutro pewniejsza. Zastanawialiśmy się, jaki rodzaj wycieczki wybrać. Można się umówić z przewodnikami wulkanologicznymi, tymi prawdziwymi, co na Etnie pracują, oni prowadzą na zamówienie wycieczki na sam wierzchołek, najwyżej jak to tylko możliwe. Taka wycieczka podobno jest o jakieś 20 euro droższa od typowej (kolejka - jeepy - przewodnik). Ja bym sobie na taką pozwoliła, bo na czym jak na czym, ale na wycieczkach nie mam zamiaru oszczędzać (za to jeszcze do tej pory ani raz nie jadłam w żadnym lokalu...). Jednak z tego co zrozumiałam, taka wycieczka wymaga dużej sprawności fizycznej, w końcowym etapie trzeba się ostro wspinać. Stwierdziłam, że to nie na moje możliwości. Pewnie bym zacisnęła zęby i wlazła, ale jak by nie? Zamówić taką ekstra wycieczkę i potem nie dać rady? Wyprowadzić w pole fachowców? Lepiej nie, do tego nie wiadomo co mój kręgoslup by na to powiedział... Dlatego chcę po prostu typowo: wjechać kolejką, potem jeepami, a potem połazić tam, gdzie się da.

OK, ale jest problem, bo z Zafferany nie ma autobusu do kolejki... Alberto mówi, że to nie problem, że może zabiorę się z kimś z gości, a jak nie, to on mnie podrzuci... Jejku, ja wolę dawać sobie sama rady, ale skoro tak... A pytam, jak wrócę? - A, to w ogóle nie problem, wszyscy stamtąd wracają, poproszę kogoś, żeby mnie podrzucił... Hm...

Będę tu trzy noce - jutro wycieczka, pojutrze sama nie wiem, pewnie pokręcę się w okolicy, a przecież mogę po prostu nic nie robić :)

Opublikowano: 11 czerwiec 2016
Odsłony: 277

Etna nocą była cicho (w dzień też)... Spanie na wulkanie to jest to! Szkoda, że niebo jest zupełnie zachmurzone. Ciekawe, jak to będzie tam na górze. Z prognozy wynika, że koło drugiej ma być słonecznie, a jak będzie tam, gdzie kratery?

B&B Villa Rosa to zupełnie niezwykłe miejsce! Uliczka obok katedry, kamieniczki przy ulicy, brama, jak wiele innych. Wchodzisz jak do zwykłego domu - i oczy otwierasz szeroko! Ten dom jest zupełnie niesamowity! Jako że te domy zbudowane są na zboczach Etny, budowane są tarasowo. To co od ulicy jest pierwszym, drugim piętrem również opiera się na zboczu, z drugiego piętra wchodzi się kilka schodków wyżej i wychodzi... na ulicę. Wszystko to obrastają pnącza, na piętrze wyrasta drzewo, po bokach są balkony, z nich zwieszają się kwiaty... Kiedy Alberto opisywał mi to miejsce, nie bardzo umiałam zrozumieć na czym to wszystko polega. No bo to trzeba zobaczyć... Nad tarasem drugiego piętra są następne domy, które rosną wyżej... A w tle - Etna, której jednak dziś prawie nie widać. 

Siedzę sobie na moim tarasie na pierwszym piętrze, pod drzewem. Na drugim piętrze już podają śniadanie, zaraz tam pójdę. Rano przygotowałam plecak na wycieczkę, wzięłam ciepłe rzeczy, prowiant... Jestem bardzo ciekawa, czy Alberto wymyślił coś na temat jak dotrę do kolejki. A ja się też martwię, jak wrócę, on mówi, że to nie problem, że zabiorę się z kimś, ale nie wszyscy jadą przez Zafferanę, chyba większość przez Nicolosi, a ja nie lubię prosić... Wiem jednak, że wszystkie moje wątpliwości w praniu się rozwiewają i wszystko jest jak powinno być. No chyba, że jest odwrotnie ... Jak z tym wczorajszym autobusem. Teraz myślę, że byłam zbyt pewna siebie. Kiedyś - kilka miesięcy temu - sprawdzałam połączenie. To nie wystarczy! Trzeba sprawdzić bezpośrednio przed wyjazdem! Alberto i wielu tutaj mów, że tu po prostu tak jest, że to wszystko tak działa, a ja wiem, że niekoniecznie, bo przecież zawsze jeżdżę autobusami i w zasadzie to nie pamiętam takiej wpadki jak wczoraj. No i w Patti, no ale tam w ogóle nie sprawdzilłam, czy jest jakiś dojazd, liczyłam na jakoś tam będzie. Ale kiedy wszystko sprawdzam i mam rozkłady i tak dalej, to z reguły wszystko jest według rozkładu.

(chwilę później) Ojej, widzę kawałek nieba, jakby te chmurzyska się rozwiewały!!!

Opublikowano: 12 czerwiec 2016
Odsłony: 263

Pogoda zrewidowała moje plany co do wycieczki na Etnę, Alberto twierdzi, że jutro są większe szanse na lepszą pogodę (choć naprawdę dobra ma być dopiero we wtorek). Dziś pewnie zobaczę okolicę, choć dokładnie nie wiem, bo Alberto kazał mi czekać... Polazłabym gdzieś sama, ale skoro mam czekać to czekam.

Na śniadaniu prócz mnie była para z Belgii. Stuknęłam się w głowę: z Belgii, to będą wiedzieli jak wygląda sytuacja na lotnisku w Brukseli (jeśli ktoś pamięta, mam tam przesiadkę w drodze powrotnej i 6 godzin, chciałabym zwiedzić miasto, ale dotychczasowe doniesienia mówiły, że nie ma na to szans, bo kontrole po atakach terrorystycznych trwają godzinami). No więc zapytałam - wczoraj stamtąd wylecieli, mówią, że jest normalnie, żadnych problemów. Lotnisko jest duże, więc trzeba mieć troszkę czasu na przejście, a kontrola może być tam, gdzie samochody wjeżdżają na lotnisko. Ja bez samochodu i bez walizki nie mam się czego obawiać. Czyżby to oznaczało, że uda mi się w ostatnim dniu podróży spojrzeć na centrum Brukseli?...

Ale na razie jestem na Etnie i już bym gdzieś poszła...

Opublikowano: 12 czerwiec 2016
Odsłony: 243

Rano padało i zanosiło się nieciekawie, więc nie pojechałam na Etnę, ale poszłam sobie na wycieczkę. W końcowym jej etapie dotarłam do słupa z napisem Etna Benvenuto - Welcome... Czyli poszłam na Etnę? No, Etna jest wielka, ma wiele mniejszych i większych grzbietów. Ja poszłam na wycieczkę w stronę, dokąd w 1992 dotarła lawa, Piano dell'Acqua. Ludzie tam dojeżdżają samochodami, dochodzą do tego końcowego jęzora lawy, robią tam sobie zdjęcia i wracają. Zobaczyłam, że koło jęzora jest droga w górę. No, to trzeba sprawdzić, dokąd prowadzi...

Prowadzi wzdłuż wąwozu Val Calanna. Był on do lat 50 tych zamieszkały i uprawiany, podczas erupcji lawy z 1991-1993 został kompletnie zalany przez lawę. Piętrzą się tam zastygnięte czarne kształty na długości 3 km, ozdobione przez kwitnące żarnowce wielkie jak drzewa i inną bujną roślinność. A jak to wszystko niesamowicie pachnie! Doszłam drogą aż do końca, dalej była brama, zamykająca wstęp, widać, że ścieżka obchodzi ją dookoła, no to obeszłam. Ścieżka prowadziła do lasu, doszła do jakiegoś zamkniętego na cztery spusty budynku i tu się kończyła. Nigdzie indziej już ścieżki nie widziałam, więc nie szłam dalej. Kiedy była już wysoko, wyszło słońce, no a widoki... Czerń, zieleń, żółty, a do tego w oddali zatoka i morze.

W drodze powrotnej poszłam jeszcze na dwie ścieżki, jedna doprowadziła do jakiegoś dawnego ujęcia wody, ta woda w gąszczu zieleni gdzieś tam szemrze i przepływa przez ścieżkę, pozostawiając rudy osad. Po drodze widziałam też ule - tutejszy miód jest slynny, podobno doskonały... Wróciłam inną droga, oczywiście, zmęczona, ale bardzo zadowolona, że udało mi się zrobić taką ciekawą wycieczkę.

Opublikowano: 12 czerwiec 2016
Odsłony: 333

Nareszcie przyszedł ten dzień! Dziś jadę na Etnę! O 10 wyruszam, jadę z parą Belgów do kolejki, oni potem pewnie pojadą gdzie indziej, a ja kupuję bilet na jak najwyżej i frunę, a potem jadę jeepem, a potem - zobaczymy. Jest dość ładnie, podobno wyżej jest więcej słońca, choć oczywiście, ciepło to tam nie jest.

Belgowie byli wczoraj w Taorminie, mówią, że upiorne tłumy i potwornie drogo... Postaram się tam pojechać (za dwa dni) jak najwcześniej rano, żeby choć trochę ominąć te tłumy. Kiedy przejeżdżałam pociągiem przez Taorminę, widziałam, że położenie jest niesamowite. Chcę ją zobaczyc, fajnie byłoby, żeby tłumy tego dnia poszły gdzie indziej... Jutro już będę w Giardini Naxos, Tiziana napisała, że wieczorem pójdziemy na pizzę :)

Dziś jednak Etna... Byłam już na Etnie z Etna Experience (tu galeria moich zdjęć z tamtej wycieczki), widziałam cuda, ale jednego mi zabrakło: tego typu wycieczki omijają te turystyczne szlaki, takie jak wjazd kolejką z Rifugio Sapienza. A więc zabrakło mi ... prawdziwego wulkanu. Widziałam skutki jego działalności, widziałam różne rodzaje lawy, miejsca po dawnych erupcjach, byłam w grocie, itp, ale nie widziałam dymu (tylko jakąś mgiełkę podobną do chmurki nad dalekim wierzchołkiem), nie czułam gorąca ani powiewów siarki... I tego mi trzeba. Oczywiście, chciałabym zobaczyć prawdziwą erupcję w akcji, ale nie mogę tubylcom życzyć ponownej erupcji, taka zła to ja nie jestem... Rumunki, które wczoraj przyjechały mówią, że w nocy slyszały jakieś dźwięki, mogło to być pomrukiwanie Etny, ja nie słyszałam nic...

Opublikowano: 13 czerwiec 2016
Odsłony: 363

Wróciłam cała i zdrowa, choć wymordowana, wysmagana wiatrem... Nie zmarzłam, nie, udało mi się przygotować tak, że na prawie 3 tys m. było mi ciepło, lub inaczej, nie było zimno. Udało mi się też wrócić autostopem, choć nie bylo tak łatwo jak mówił Alberto...

Pojechałam do kolejki z Belgami, tam się rozstaliśmy, oni planowali krótszy pobyt na górze, chcieli pojechać jeszcze w inne miejsce, ja poszłam od razu do kasy biletowej. 63 euro i mam bilet na kolejkę, na busa i przewodnika. Kto kupuje bilet na busa, obowiązkowo musi wykupić też przewodnika za 9 euro (choć nie trzeba wcale z tym przewodnikiem chodzić...) Rifugio Sapienza, tam gdzie rusza kolejka, znajduje się na 1917 m. Niedaleko można zobaczyć kratery Silvestri, kto przyjedzie tu tylko samochodem i nie wybiera się wyżej, ma jakby namiastkę tego, co można zobaczyć na górze. Prócz tego koło kolejki jest oczywiście wiele sklepów z pamiątkami, barów, restauracji, parkingi no i tłumy ludzi. Zakup biletu i wejście do kolejki trwa krótko, do kolejnych wagoników wchodzi po 6 osób, i ruszamy. Po drodze widać ludzi, wchodzących piechotą. Ja naprawdę nie widzę w tym sensu, to taka sztuka dla sztuki, czyli wchodzenie dla samego wchodzenia. Ostro w górę pokonując różnicę ok. 600 m, przy czym tak naprawdę na tej trasie nie ma nic szczególnie ciekawego. Ciekawe zaczyna się dopiero po przybyciu kolejki na górę.

Po wyjściu z kolejki przesiadłam się do busa, to taki jakby bus-jeep, jadący ciężko, powoli, cały czas w górę po wulkanicznym pyle i kamieniach. Sam przejazd tym busem jest ciekawy, czasem naprawdę ostro jedzie w górę. Oczywiście, można też kupić tylko bilet na kolejkę i dalej pójść piechotą. Ja wybrałam rozwiązanie pośrednie: wykupiłam przejazd busem ale wróciłam na piechotę. Dzięki temu nie zamęczyłam się na śmierć, a wracając mogłam zajrzeć w ciekawe miejsca.

Ale wcześniej: busy dojeżdżają na Torre del Filosofo na wysokości 2919 m. Tam stoi niewielka budka przewodników i kilka czekających busów, to wszystko. Jedzenie, toaleta, pamiątki itp zostały niżej. Stąd już tylko 404 m do najwyższego szczytu Etny! Jednak w kierunku najwyższych szczytów (bo jest ich kilka) nie można iść. Ludzie zbierają się wokół przewodnika, robi się tłumek, do tego przewodnik mówi do grupy po francusku, więc idę w pewnej odległości. Później trochę podsłuchuję, kiedy widzę, że mowi po angielsku... Ale zasadniczo poruszam się sama. 

Na górze właściwie jest jedna trasa: są tu kratery, tzw bocconi, czyli guziki, bo ułożone w jednej linii. Obchodzimy je dookoła, ciekawie wyglądają i kratery wewnątrz, i księżycowy świat dookoła, a w oddali widać zatokę... Wieje niesamowicie. Po obejściu kraterów widzę, że za załomem skalnym (tzn z lawy) siedzi facet i pożywia się. Doskonały pomysł! Tego mi było trzeba! Zjeść, napić się, przysiąść, osłonić się od wiatru. Okazuje sie, że tutaj nie tylko wiatr zupełnie nie wieje, ale w dodatku... w pupę grzeje! Potem przechodzący przewodnik pokazuje, że jeśli rozgrzebać pył, to w głębi jest po prostu ciepło! Jest to pozostałość po erupcji sprzed kilku lat, powierzchnia wystygła, ale w środku jest wciąż ciepło...

Później schodzę, mijam busy i idę ich trasą w dół. Zejście nie jest trudne, oczywiście, wiadomo, kolana tego nie lubią. Potem widzę na horyzoncie jakąś ;górę, wygląda ciekawie, potem widzę na niej ścieżki, jakby mrówki po niej chodziły. Dochodzę tam, te ścieżki są w pyle, pewnie będę się bała schodzić, ale wchodzę na górę.  Z mapy wydaje mi się, że to Montognola. Oczywiście, po wejściu na górę widać potężny rudy krater. Obchodzę go dookoła, w ostatnim odcinku trochę strach, bo grań jest wąska, jest to pył, popiół i drobne kamienie, bardzo łatwo byłoby zjechać do krateru lub na zewnątrz... Ale jakoś żyję. Potem jest zejście, dużo łatwiejsze niż myślałam - wbijam pięty mocno w pył i ani razu się nie wywalam. No a potem już dochodzę do górnej kolejki, potem zjeżdżam w dół, potem zaglądam jeszcze do Monte Silvestri i idę na drogę. Wiele samochodów przejeżdża obojętnie... Alberto powiedział, że nie powinno być problemu, ale jeśli nic nie złapię, to mam do niego zadzwonić i przyjedzie. Ja jednak nie chcę nadużywać jego gościnności, to nie jest dwa kroki... Jak bym nic nie złapała do wieczora, no to nie będę miała wyjścia, póki co próbuję. No i w końcu zatrzymują się dwaj młodzi Niemcy. I dzięki temu zmęczona ale zadowolona znajduję się w domu.

Nie znalazłam nigdzie dymu, rozgrzanych kawałków lawy, wyziewów. Widziałam zdjęcia niektórych ludzi, którzy pokazywali takie miejsca na trasie wycieczki, ja nic takiego nie znalazłam. Księżycowy krajobraz, kratery, widoki. Na wierzchołkach Etny może coś delikatnie dymiło, ale trudno to było odróżnić od chmur. Nie, nie żałuję, absolutnie, choć wolałabym zobaczyć coś z tych rzeczy...

Opublikowano: 13 czerwiec 2016
Odsłony: 289

Jest piękny słoneczny poranek. Jestem spakowana, gotowa do wyjazdu. Alberto zawiezie mnie do Giarre na dworzec, skąd pojadę parę przystanków do Giardini Naxos, tam będzie na mnie czekać Tiziana z Naxos Casa Vacanze i zacznie się nowy, bardziej nadmorski etap mojej podróży, więcej zwiedzania...

Teraz jednak jestem jeszcze tutaj i nie mogę nie opowiedzieć, jak niezwykłe jest to miejsce. Zafferana leży między morzem a Etną, można się tu zatrzymać by odwiedzać tak pobliskie miasta, jak i planując wycieczki na Etnę. To fakt, z Zafferany nie ma autobusu na Etnę, trudno też się tutaj dostać (patrz moje poprzednie wpisy). Łatwiej, jeśli ktoś porusza się samochodem. Ale z pomocą Alberto wszystko jest możliwe...

Natomiast warto opowiedzieć o tym niezwykłym domu, jakim jest B&B Villa Rosa.


To dom rodzinny Alberto, zbudowany choć w samym centrum miasteczka, to jednocześnie na stoku Etny. Nie jest łatwo zrozumieć jak to wygląda, kiedy Alberto mi tłumaczył w mailu, nie bardzo mogłam pojąć. Otóż, wyoraźcie sobie, wchodzicie w bramę niemal na przeciwko Duomo, z głównej ulicy. Po wejściu do sieni od razu widać w głębi coś jak podwórze, mnóstwo zieleni, kwiatów. Mijacie sień i wchodzicie na jakby wewnętrzne podworko, z niego po prawej wchodzi się do mieszkania z kuchnią (do wynajęcia), przed wejściem stoi stolik i krzesła. Dalej  na wprost prowadzą schodki na jakby tarasik, jest to pierwsze piętro, tutaj jest mój pokój z łazienką. Jesteśmy na pierwszym piętrze, a z mojego tarasiku wyrasta potężne drzewo! Koło tego drzewa stoi stół, gdzie teraz piszę. Przed sobą mam zieloną ścianę bluszczu, na balustradzie kwitną pelargonie.

Ale to nie wszystko, bo z mojego tarasiku znów na wprost prowadzą schodki jeszcze wyżej, na drugie piętro. Tam znajduje się mieszkanie właścicieli, oraz kuchnia no i jakby taras, gdzie stoi wielki stół pod parasolem, tutaj jadamy śniadanie. Dalej dwa schodki i ogródek, mnóstwo roślin i kwiatów. Z ogródka wchodzi się do ... garażu (na drugim piętrze!) z którego wychodzi się na ulicę!!! Czyli, to nasze drugie piętro, licząc od głównej ulicy, to parter, patrząc od przecznicy... Wzdłuż całego mieszkania na drugim piętrze prowadzi długi balkon nad moim pierwszym i nad parterem. Pewnie nic z tego nie rozumiecie ... 

Rodzice Alberta mieszkają tutaj, prowadzą swoje rodzinne życie, a jednocześnie są chętni do pomocy, widzę, jak rozwieszają wypraną pościel z B&B. Jednocześnie nie ma się, jak to bywa w takich miejscach, wrażenie bycia intruzem w czyimś życiu prywatnym, nikt nikomu nic nie narzuca...

Śniadania są jednocześnie smaczne i sympatyczne, Alberto stara się być obecny, rozmawiamy, radzi co zobaczyć, gdzie pójść, oferuje swoją pomoc. Kiedy jechałam na wycieczkę, przygotował mi kanapkę na drogę...

Alberto wynajmuje również piękny, bardzo sycylijski dom pod miasteczkiem.

Dom jest bardzo ładnie, tradycyjnie urządzony, z ogromnym salonem, wielkim tarasem no i z basenem. A widok tak na morze jak i na Etnę poraża... Teren jest bardzo rozległy, mnóstwo drzew owocowych, różnych roślin. Można tam wynająć oddzielne pokoje lub cały dom. Oczywiście, jest to opcja dla tych, co wynajmują samochód. Zdjęcia robiłam pod wieczór, więc nie oddają uroku tego miejsca...

Gościnność, życzliwość, serdeczność, wygoda, czystość - to wszystko tutaj znajdziecie.

Nie zapomnę nigdy tych trzech dni w B&B Villa Rosa...

Opublikowano: 14 czerwiec 2016
Odsłony: 244