Turyn u Anny i Nina

Z Mediolanu pojechałam pociągiem do Turynu. Tu jechałam do zaprzyjaźnionej włoskiej rodziny. Annę i Nina oraz ich dzieci, Cristianę i Simone poznałam korespondencyjnie. Wysłali w czasach wielkiego kryzysu paczkę, która dotarła do nas, był w niej adres, odpisałam. Zaczęłyśmy korespondować, wymieniać się informacjami o naszym życiu, o rodzinie, i tak korespondowałyśmy przez te wszystkie lata. Teraz miałam ich poznać osobiście. Dojechałam do dworca głównego w Turynie, tam w rozkładzie autobusów znalazłam linię, która prowadziła do ich miejscowości podmiejskiej, pojechałam, wysiadłam, znalazłam ulicę, dom spod znanego mi adresu z listów, zadzwoniłam. - Kto tam? To ja. - Gdzie jesteś? - Pod domem. Jak to??? Nie mogli się nadziwić, że tak po prostu przyjechałam, nie dzwoniłam żeby po mnie przyjechali, dałam radę.

Z Anną i Ninem pięknie zwiedzałam Turyn. Spokojnie, bez pośpiechu, po troszeczkę. Zachwycałam się ich przepięknym domem na wzgórzu z cudną roślinnością, o którą dbał tata Anny. Pojechaliśmy na wycieczkę dookoła Turynu, na przedmieścia, pamiętam, ze wzgórz pokazywali mi szczyty górskie - to jest Monte Bianco. Acha, ale co to może być Monte Bianco, myślałam... A potem nagle olśnienie: Mont Blanc!

Trzy dni u Anny i Nina wspominam fantastycznie, przede wszystkim jako takie spokojne, bezstresowe chwile. Kiedy jechałam dalej, Anna dała mi zieloną torbę na ramię wypełnioną smakołykami i owocami, a żebym mogła obrać te owoce, dała mi nożyk. Mam do dziś tę torbę i ten nożyk i ile razy je widzę, wspominam Annę... Ale Anna i Nino to nie tylko wspomnienia (potem wróciłam do nich i o tym też opowiem, niedawno odwiedzili mnie w Warszawie a we wrześniu tego roku (2015) po wielu latach zaproszeń odwiedzę ich w Kalabrii...

on 14 sierpień 2015
Odsłony: 419

You have no rights to post comments