Dzień 10, poniedziałek, Enna

Enna to górskie miasto, najwyżej położona stolica prowincji (931 m n.p). W starożytności należała kolejno do Greków, Kartagińczyków i Rzymian. Warto zobaczyć fortyfikacje z czasów normańskich - Castllo di Lombardia w najwyższym punkcie miasta, skąd rozlega się zapierający dech w piersiach widok dużą część terenu Sycyli, skąd widać także Etnę. Z powodu wyjątkowego położenia panuje tu mikroklimat i nawet latem powietrze jest rzeźkie a widoki na wszystkie strony zapierają dech w piersiach...
 
Zwiedzanie miasta, położonego na wzgórzu, a więc z uliczkami w góre i w dół, w upalny dzień, przez kilka godzin z plecakiem, to dość duże poświecenie, w każdym razie dla mnie. Ale nie żałuję. Przede wszystkim nie żałuję widoków, jakie udało mi sie zobaczyć kiedy dotarłam do ... do końca miasta. Już wiecie, że jeśli jest jakiś koniec to ja tam muszę dojść. A to miasto, jak statek, swój dziob opiera na skale. A wiec przeszłam miasto (a wcześniej, źle pokierowana, poszłam trochę w bok), obejrzałam kamienice, stare miasto, kościoły, uliczki, i w końcu znalazłam stary zamek a obok niego znak: do skały. O, jest skala, to muszę dojść do skały! Wiedziałam, ze mam autobus za dwie i pól godziny, ale były tez następne autobusy, wiec niczym nie ryzykowałam.
 
Skała jak to skała, zawieszona była stromo nad wzgórzem. Weszłam na skałę po kamiennych schodach, najwyżej jak się dało. Stamtąd... było widać cały świat... A częścią tego świata była też Etna, ku której zmierzałam. Ponieważ na skałę wdrapała się też niemiecka rodzina, zaproponowałam układ - ja wam zrobię zdjęcie, ale wy mi też zrobicie zdjęcie! A wiec mam zdjęcie na skale a za mną w oddali ona, niebiesko-szara Etna rozpływająca sie na tle nieba... Warto było tu dojść!
 
Kiedy się jednak wejdzie na wierzchołek albo na koniec czegoś, to na tym powinien być koniec, a tu guzik, trzeba jeszcze wrócić. Tak tez było tym razem... Całe to długie miasto, które przeszłam musiałam minąć żeby się dostać na przystanek... 
 
Kiedy już zrobiłam milion kilometrów, i już wiedziałam że autobus odjechał, a ja do przystanku miałam jeszcze daleko, i perspektywę czekania na następny autobus, schodziłam ulicą w dół, zgrzana, zmęczona, powłócząc jak zwykle obolałymi nogami, z ważącym tonę chyba plecakiem (jakoś utył tego dnia...) - obok mnie zatrzymał się AUTOBUS!!! 
 
Autobus, który na tabliczce miał napisane słodkie CATANIA!!! Autobus stał, a w środku kierowca patrzył na mnie pytająco... Ja na niego tez, niedowierzająco, z niemym pytaniem - Czyżby pan jechał do Catanii, czyżby pan sie zatrzymał dla mnie, czyżby to była prawda??? - Otworzył drzwi, i surowo wymamrotał, żebym już przestała sie gapić, bo on i tak jest spóźniony! Myślałam, ze go wyściskam za te jego surowość! Tam nie było żadnego przystanku, on nie musiał wogóle pomyśleć, ze ja idę na przystanek, że chcę jechać do Catanii, że mnie bolą nogi, że jest gorąco, mógł sobie jechać spokojnie i nawet na mnie nie spojrzeć, tym bardziej, że już miał spóźnienie...
 
Proszę pana, życzę panu, żeby wszyscy pasażerowie zawsze się do pana uśmiechali i żeby autobus nigdy sie panu nie popsuł, i żeby miał pan najlepsze kursy i dostawał podwyżki i już nie wiem co jeszcze taki kierowca autobusu mógłby chcieć!
on 01 październik 2007
Odsłony: 401

You have no rights to post comments