Niedzielę spędziłam naprawdę fantastycznie, aż trudno mi to opowiedzieć... Spotkałam się z Polką, Dominiką, która na Sycylii między innymi zajmuje się organizacją warsztatów kulinarnych, razem z Moniką (Sycylijką) w jej domu pod Trapani organizuje tzw. home-restaurant Da Monica, ma mnóstwo kontaktów, pomysłów... Najpierw pojechałyśmy do Custonaci, tam spotkałyśmy się z Alberto, który jest prezydentem stowarzyszenia Custonaci e Turismo i ma mnóstwo pomysłów na popularyzowanie okolicy. Poznałam też Bartolinę, Sycylijkę, właścicielkę B&B Cofano Mare oraz domku wypoczynkowego w Cornino.

Po południu pojechałyśmy na obiad, zrobiony specjalnie dla nas u Moniki, i zjedzony w ogrodzie pod pachnącymi niesamowicie drzewami pomarańczowymi... Było smacznie, ciekawie i pachnąco... Teraz zasypiam po takim ciekawym dniu pełnym wrażeń...

Opublikowano: 12 kwiecień 2015
Odsłony: 94

Odkąd przyjechali, czas mija jakoś dużo szybciej, właśnie się zorientowałam, że nie pisałam od niedzieli... 

W poniedziałek przed południem przepakowałam wszystko i pojechałam do Marsali, gdzie czekało na nas mieszkanie Nicoli przy vicolo Salinella. Dojechałam do dworca autobusowego, a wcześniej widziałam, że autobus przejeżdżał tuż koło miejsca, które wypatrzyłam na mapie jako okolice mieszkania. Ale potem pojechał daleko i nie zaryzykowałam szukania drogi. Zadzwoniłam pod numer, który podał mi Nicola i niedługo jego mama przyjechała po mnie. Bardzo miła pani, choć od razu powiedziałam jej, że mówię po włosku, co zresztą mogła usłyszeć, cały czas mówiła do mnie niezwykle wyraźnie...

Mieszkanie jest naprawdę fajne! Ciekawe, bo choć w bloku, to wchodzi się do mieszkania, a właściwie do dużego pokoju-kuchni bezpośrednio na parterze. Trudno to wytlumaczyć - nie z klatki schodowej ani korytarza, po prostu - szklane drzwi, otwierasz i jesteś w pokoju. Ciekawe, czy jak jest gorąco, mieszkańcy wystawiają jakiś stolik na zewnątrz. Kiedy się stoi w drzwiach i patrzy przed siebie, za blokami widać kawalątek morza... Jest tu bardzo cicho, niemal zupełnie nie dochodzi ruch uliczny.

W tym wielkim pokoju jest i kuchnia (z piecykiem i kuchenką mikrofalową), i telewizor, kanapka i rozkładana wersalka, na której śpię. Prócz tego jest sypialnia z małżeńskim łóżkiem i wielką szafą, łazienka i w korytarzyku jest pralka. Jest klimazytacja z możliwością ogrzewania. Wydaje mi się, że nie brakuje tu niczego. Mieszkanie jest według mnie idealne, szczególnie dla osób, które cenią sobie spokój. Jednocześnie bardzo blisko do Starego Miasta - 10 minut piechotą!

Był problem, bo okazało się, że choć z lotniska do Marsali jest tak samo mniej więcej daleko jak do Trapani, to wieczorem nie ma żadnego autobusu z lotniska do Marsali! Zaczęłam sprawdzać ceny transferu, okazało się, że jest to koszt 35 euro, taksówka nie wiem czy nie kosztowałaby więcej. Zapytałam więc Nicolę, czy nie zechciałby przyjechać po nich za zwrot paliwa. Okazało się, że Nicola pracuje w Palermo, ale jego rodzice chętnie przyjadą. Zapłaciłam 15 euro za paliwo i tak oszczędziliśmy 20 euro.

Myślę, że jeśli macie problem z przyjazdem, zawsze warto zapytać o taką możliwość. Rodzice Nicoli nie tylko przywieźli Jagnę z Maćkiem z lotniska, ale też dali nam butelkę wina na powitanie, oraz oferowali wszelką możliwą pomoc w razie potrzeby...

Opublikowano: 15 kwiecień 2015
Odsłony: 103

Wczoraj odnalazłam piwnice Florio, które zwiedza się z przewodnikiem i gdzie jest także degustacja, zarezerwowałam dla nas wizytę na dziś na 15.30. Angelo radził mi jakieś inne piwnice, gdzie podobno atmosfera jest bardziej domowa i więcej można się dowiedzieć, ale nie znalazłam tamtych piwnic, myślę, że i tak było ciekawie.

Około południa poszliśmy na Stare Miasto, pokręciliśmy się po uliczkach z wyślizganymi trotuarami. Przed katedrą chłopcy, pewnie uczniowie pobliskiej szkoły, grali w piłkę. Jest słonecznie, w cieniu chłodno a w słońcu, jeśli nie wieje, robi się bardzo ciepło. Potem poszliśmy wybrzeżem aż do piwnic Florio, to niezły kawałek drogi, z naszego domu ok.40 minut piechotą, ale szło się sympatycznie. Można nie idąc wybrzeżem (to jest droga dookoła) pójść uliczkami Starego Miasta, byłoby o wiele bliżej.

W piwnicach podzielono nas na grupę z przewodnikiem angielskim i włoskim. Ja bym chętnie dołączyła do włoskiej grupy, ale nie chciałam rozłączać się z dziećmi, więc trudno, byłam w grupie angielskojęzycznej. Pani opowiadała o historii piwnic i rodziny Florio i o metodach produkcji wina Marsala. Ogromne beczki robiły wielkie wrażenie. Na koniec degustacja - długi stół, przed każdym gościem trzy kieliszki z odrobiną wina i trzy spodeczki z przegryzką do wina: kawałeczek parmezanu, krakers z gorgonzolą, migdałowe ciastko. Degustacji towarzyszy film, na którym pani w poetycki sposób prowadzi nas przez degustację mówiąc, od czego zacząć, co z czym próbować, co po czym... Po degustacji oczywiście idziemy do saloniku, gdzie można kupić wina od ok. 4 euro do 42 euro (ale jest też zestaw trzech roczników za chyba 245 euro), są tam też różne pamiątki, ceramika i książki. Wyszliśmy z winem grillo... Z przyjemnością zauważyłam wśród polecanej literatury książę Paolo Salerno (ze szkoły gotowania Nuoro) Cucina siciliana (sycylijska kuchnia).

Wieczorem wyszliśmy jeszcze na spacer na Stare Miasto, chcieliśmy zobaczyć passeggiatę, ale o dziwo, miasto było prawie puste! Ani ludzi na ulicach, ani właściwie jakichś dźwięków dochodzących z domów, nawet grających telewizorów... Dziwne! Trapani o tej porze żyje pełnią wieczornego życia a tu taka cisza... Wypiliśmy wino w małej restauracji urządzonej bardzo ładnie, w niebieskich, morskich kolorach.

Opublikowano: 15 kwiecień 2015
Odsłony: 95

Wczoraj miałam niezłą łamigłówkę jak rozplanować te dwa dni: wycieczkę do Mazary del Vallo i na wyspę Mozię, oraz jutrzejszy powrót do Trapani. Kiedy brałam pod uwagę rozkład autobusów, to się po prostu nie dawało... Pojechać gdzieś można rano, ale wrócić najpóźniej koło 14, później już nie ma autobusów... Na Mozię autobusy są rano (zbyt wcześnie jak na nasze wymagania, lub w południe lub wieczorem (to dobre w upały, ale nie teraz). Czyli w południe, ale jak to połączyć z innymi planami? Jutro chcemy po południu wrócić do Trapani...

A więc plan jest taki, że dziś pojedziemy pociągiem do Mazary, tak koło południa, i wrócimy sobie pociągiem kiedy będziemy chcieli, bo pociągi są co ok. godzinę aż do wieczora. Jutro znów koło południa pojedziemy na Mozię (tzn jedzie się autobusem na przystań i stamtąd łodzią), wrócimy, zjemy obiad i potem pociągiem pojedziemy do Trapani. Okazało się, że pociągów jest sporo, więc po prostu pojedziemy takim, który nam będzie odpowiadał. Fakt, że dworzec kolejowy jest dużo dalej niż autobusowy, ale nie będziemy się tym przejmować... Zobaczymy, może umawiając się na oddanie kluczy spotkamy się z propozycją podrzucenia na dworzec?...
Teraz jest rano, ja oczywiście obudziłam się jak zwykle koło 7, wypiłam kawę i nadrabiam pisanie. Oni śpią jeszcze, ale nie musimy się spieszyć, mamy czas...

Opublikowano: 15 kwiecień 2015
Odsłony: 99

Do Mazary pojechaliśmy pociągiem, jedzie się ok 15 minut i pociągów jest o wiele więcej niż autobusów, a przede wszystkim również pociągi są do samego wieczora podczas gdy ostatni aubotus jest ok 14.

To mój drugi raz w Mazara, i znów jestem zachwycona, a może nawet dziś bardziej niż 8 lat temu. Piazza della Repubblica może odrobinę stracił na atrakcyjności, bo jedna strona jest remontowana, ale za to uliczki Kasbah są odnowione i pięknie ozdobione kafelkami. Chodziliśmy tymi uliczkami tam i z powrotem, chyba obeszliśmy je wszystkie, i wciąż było nam mało.

Znaleźliśmy informację turystyczną i sklepik z kafelkami i innymi wyrobami sycylijskimi, prowadzoną przez bardzo miłego pana, który powiedział nam, że te kafelki na starym mieście to pomysł burmistrza Mazary, który ma pracownię kafelków, i podarował je miastu, i który robi wszystko, żeby podnieść wartość tego miasta dla turystów. W tym sklepiku wyroby sprzedawane były bardzo ładne bo też były to nie typowe pamiątki, ale wyroby artystyczne. Pan, kiedy zobaczył moją koszulkę Jedziemy na Sycylię bardzo się zainteresował i powiedział, że jeśli przyjadą turyści, zainteresowani zwiedzaniem Mazary i zgłoszą się do niego, on chętnie załatwi im przewodnika, da mapy i pomoże poznać miasto za darmo. Pan ten poradził nam zajrzenie do Teatru Garibaldi, który znajdował się tuż obok - przepiękny, malutki teatr, niedawno odremontowany, gdzie wszystkie drewniane elementy pochodzą z drewna ze starych łodzi. Nie zauważylibyśmy tego teatru gdyby nie on!

W ogóle zauważylismy, że ludzie tutaj są bardzo chętni do pomocy turystom, jakoś tak interesują się skąd jesteśmy, z reguły od razu pytają, pozdrawiają, uśmiechają się, i to nie zdarzyło się raz, ale wiele razy dzisiaj. W Marsali czy Trapani nie zauważyłam tego, w Mazarze po prostu co chwilę.

Nasza wycieczka do Mazary była naprawdę bardzo, bardzo udana, sympatyczna i godna polecenia!

Opublikowano: 15 kwiecień 2015
Odsłony: 101

Ostatni dzień w Marsali, czwartek. Sprzątamy mieszkanie, pakujemy się. o 12.45 mamy autobus do Mozii. Wolelibyśmy troszkę wcześniej, ale niestety, poza sezonem można tam pojechać albo raniutko, albo właśnie w środku dnia, a powrót też jest dość wcześnie, tym bardziej, że o 18 mamy pociąg do Trapani, a do pociągu spory kawałek.
Gospodarz domu, Nicola, radzi żeby zostawić klucz po prostu na stole, i bardzo to jest wygodne, niekrępujące, ale to po powrocie z Mozii. Kupujemy bilety w barze, proszę kierowcę, żeby nam pokazał kiedy wysiąść. Autobus jedzie przez Możię do Birgi i kierowca radzi, żeby nie wysiadać w okolicy Mozii, bo jadąc tam mamy bardzo daleko do przystani, więc jedziemy aż do Birgi i stamtąd nad morzem wracamy w kierunku Marsali. Robi się z tego niezłe kółko i nie jesteśmy pewni, czy gdybyśmy wysiedli wcześniej, nie bylibyśmy szybciej na wyspie, ale co robić. Wysiadamy na przystani, kierowca sprawdza, czy wiemy kiedy jest autobus powrotny, radzi być 10 minut później ;)

Kupujemy bilety na łódź w kierunku wyspy i zaraz odpływamy. Nie bardzo umiałam sobie wyobrazić tę wyspę i ten rejs łódką. Bardzo to sympatyczne, krótko płyniemy, wyspa jest zielona, pachnąca i ukwiecona. Uwaga uwaga, prócz biletów za łódź trzeba jeszcze zapłacić bodajże 9 euro za osobę za wstęp na wyspę!

Nie jesteśmy pasjonatami wykopalisk, ale robi na nas ogromne wrażenie ta malutka, zielona, pełna kwiatów wyspa. Udało nam się ją obejść dookoła, choć nieco z duszą na ramieniu, bo przyszliśmy na przystań niemal w ostatniej chwili a jak byśmy nie zdążyli na nasz autobus, to następny był dopiero 2 godziny później! Maciek mocno się denerwował, czy uda się zdążyć do pizzerii Calvino, gdzie mieliśmy zarezerwowany stolik na 20...

Ale zdążyliśmy na łódź, zdążyliśmy na autobus. Zamiast jechać do dworca autobusowego użyłam dzwonka sygnalizującego chęć wyjścia na przystanku na żądanie, nie wiedziałam gdzie taki jest, ale byliśmy blisko naszego domu. Pan zatrzymał się natychmiast, zapytał czy tutaj, i potem jeszcze pomachał nam na pożegnanie. Wysiedliśmy tuż przy naszej uliczce!

Godzinka na odpoczynek, ostatnie pakowanie i wychodzimy na pociąg. Niestety, do stacji z naszego domu jest bardzo daleko, ok 45 minut piechotą, ale wyszliśmy z zapasem, szliśmy sobie spokojnie. Pociąg w dodatku miał troszkę spóźnienia, więc Maciek znów denerwował się, co będzie z pizzą, na którą czekał od paru miesięcy...

Opublikowano: 17 kwiecień 2015
Odsłony: 97

Pod Palazzo Mokarta poczekaliśmy ze 20 minut na przybycie Gianniego i Lilian, którzy piechotką, powolutku, z maleńką Vittorią w nosidełku przyszli dać nam klucze. Nerwy Maćka niemal puszczały, ale udało się wejść do domu, pozachwycać (Jaga była w amoku jak zobaczyła, gdzie będzie spać!), i wyjść do pizzerii.

Panowie w pizzerii zaraz znaleźli naszą rezerwację (hasło Polonia), zaprowadzili do malutkiej salki, gdzie przy długim stole siedziała jakaś sycylijska grupa, a my dostaliśmy stolik trzyosobowy. Pizzeria ta działa nieprzerwanie od 1946 roku i nie narzeka na brak gości, bez rezerwacji trudno się tu dostać, można ewentualnie kupić pizzę na wynos. Ciekawostka, te maleńkie salki, wąziutki labiryntowy korytarz to kiedyś był ... dom schadzek...

Obsługiwał nas Salvatore, ten sam kelner co 5 lat temu! Z długiego menu wybraliśmy pizzę potrójną (tripla) - Maciek veneziana, Jagusia serową a ja rianata - ta moja to najsłynniejsza tutaj pizza o silnym smaku anchois. Tu nie podają lokalnego wina na karafki, trzeba wziąć butelkę, z przyjemnością zobaczyliśmy, że pijemy wino d.o.c., czyli wino uznanej jakości. Pizzę podają pokrojoną na małe kawałeczki. Maciek pamiętał poprzednie swoje doświadczenie z tą pizzerią więc obawiałyśmy się, że wspomnienie mogło urosnąć tak, że teraz mógł być zawiedziony, ale nie, na jego twarzy malowało się szczęście...

Na koniec chciałam zrobić zdjęcie panom, którzy przygotowywali pizzę, a oni zaprosili nas do środka i pozowali do zdjęć razem z nami. Ucieszyli się, kiedy im powiedziałam, że na mojej stronie w Polsce ich pizzeria jest reklamowana jako najlepsza w Trapani.

Opublikowano: 17 kwiecień 2015
Odsłony: 103

Od rana najpierw zwiedzaliśmy nasze mieszkanie, później poszliśmy obejrzeć obrazy Lilian, którymi zachwycamy się od dawna, potem jeszcze zakupy, głównie kafelkowe no i bardzo smaczny obiad w trattorii Da Salvatore. Potem pakowanie no i autobus na dworzec. Jagna i Maciek pojechali autobusem o 15.30 i polecieli do domu... Znów zostałam sama...

Popołudnie u Gianniego i Lilian, a wieczorem jeszcze byłam zaproszona na kolejny minikurs kulinarny w szkole Nuara. Tym razem był to wykład na temat ... chleba. Trochę za trudny dla mnie, sporo technicznych wiadomości, których nie zrozumiałam ani też nie miałabym okazji wykorzystać, było tam sporo tutejszych sprzedawców chleba, piekarzy. Ale było to i tak ciekawe, na koniec degustacja...

Opublikowano: 18 kwiecień 2015
Odsłony: 95