Lot na Pantellerię trwa ok. 40 minut, dłużej się startuje i ląduje niż leci. Jednak stewardessy w tym czasie zdążą rozdać coś do picia i jakieś ciasteczka... A ja jak zwykle, z głową w oknie (choć należało mi sie miejsce nie przy oknie, ale na szczęście pani która usiadła koło mnie nic nie powiedziała...)

Opublikowano: 01 październik 2018
Odsłony: 7

Pantelleria to wyspa dość szalona, i taki był dzisiejszy dzień... Giuliana przywitała mnie na lotnisku i zaraz zapytała, czy miałabym ochotę dziś wziąć udział w wycieczce dookoła wyspy, bo podobno w następne dni warunki będą dużo gorsze i może to być już niemożliwe. Powiedziałam, że oczywiście, a więc przyjechałyśmy do mojego domku na chwilę, w 10 minut przebrałam się w kostium, wpakowałam do plecaka to co potrzebne na łódkę i w drogę. W barze kupiłyśmy kanapki i wodę i do portu.

Dwie wycieczki dookoła wyspy w dwa kolejne dni, to lekkie szaleństwo! Woda była ciepła, kąpałam się trzy razy, pływałam, zaglądałam w głębiny, próbowałam robić zdjęcia pod wodą, co z nich wyjdzie, nie mam pojęcia. Wyspa szczególnie od strony południowej jest niesamowicie ciekawa, bardzo wysoka, tworzy czasem zupełnie niezwykłe formy i kolory. Atmosfera na łódce była bardzo miła, a Toni tryskał humorem. Resztę pokażą zdjęcia, ale kiedy mi się je uda dodać tego nie wiem, bo internet tutaj działa strasznie marnie. No, ale najwyżej przygotuję zdjęcia tutaj, a wstawię je już po powrocie...

Jeśli chodzi o zdjęcia, to przez ten pośpiech okazało się, że nie wzięłam drugiej baterii do aparatu, i przez moment byłam w szoku, potem jednak przypomniałam sobie, że istnieje coś takiego jak telefon w komórce, no więc, choć to już nie to, ale zdjęcia z dalszej części rejsu powinny być. Potem słońce świeciło tak, że niestety, wschodnia część wyspy była bardzo trudna do sfotografowania (pod słońce).

Opublikowano: 01 październik 2018
Odsłony: 6

Po zakończeniu rejsu Toni wziął mnie do sklepu na zakupy a potem pojechaliśmy po mój pojazd - rower elektryczny! Strasznie się bałam jak sobie poradzę, tym bardziej jak się okazało, że muszę na nim dojechać z miasteczka do domu! Myślalam, że rower będzie na mnie czekał przy domu i będę mogła spokojnie go wypróbować, a tymczasem czekała mnie jazda przez miasteczko, a potem szosą, i to po ciemku! Toni mnie eskortował, i jakoś dojechałam, ale najpierw bałam się tutejszego ruchu, a potem było pod górę i rower wymagał przestawienia na większe wspomaganie, ale nie pamiętałam tłumaczenia jak to się robi. Więc pedałowałam z dużym wysiłkiem, prawie jak na normalnym rowerze, dopiero w domu Toni zadzwonił do wypożyczalni i dowiedzieliśmy się, jak to się robi. W domu sama podłączyłam rower do ładowarki, no a jutro będę już na spokojnie go testować.

Dopiero po powrocie do domu wzięłam się za rozpakowywanie, układanie rzeczy, no i teraz za pisanie. Zaraz idę spać...

Opublikowano: 02 październik 2018
Odsłony: 6

Wczoraj rozmawialiśmy na temat prognozy pogody, oni mówili, że dziś ma być jeszcze ładnie, wg prognozy w moim telefonie w nocy miały być burze a w dzień deszcz. No i prawie zupełnie miała rację moja  prognoza - co prawda nie słyszałam grzmotów, ale od pierwszej w nocy padało, a nad ranem wiał bardzo silny wiatr. Rano padało, wszystko na tarasie jest mokre, również ładowarka od mojego roweru. 

Jeśli przypadkiem ktoś pamięta mój poprzedni raz na Pantellerii, to może pamięta też jak to było z moim domkiem u Giuliany i Toniego: miałam spać w najmniejszym, Ulisse, tymczasem dali mi większy domek, Calypso. Ulisse jest częścią głównego budynku, w którym wówczas mieszkali Giuliana i Toni, sypialnia jest niewielka, z małżeńskim łóżkiem, jest drugie pomieszczenie z lodówką i szafką kuchenną, jest też oczywiście łazienka z prysznicem, ale kuchenka jest na tarasie, jak również stół z krzesłami. Dlatego, kiedy Calypso jest wolne, właściele wolą dać gościowi większe nieco i wygodniejsze Calypso, gdzie nieco łatwiej jest się zorganizować. Dlatego wtedy spałam w Calypso, gdzie prócz łóżka małżeńskiego z widokiem na morze (!!!) jest też łóżko piętrowe, a kuchnia jest w środku, można też jeść przy stoliku wewnątrz, choć oczywiście, przyjemniej jeść na tarasie patrząc na morze.

A więc, tym razem znów zarezerwowałam Ulisse i tym razem jestem właśnie w tym mniejszym mieszkanku. Jeśli czegoś mi tu brak, to tego widoku z łóżka na morze, no ale już to przeżyłam, więc ok. Trochę mi brakuje jakiegoś krzesła w środku, jest tu mały stolik a raczej półka, blat, można byłoby przy nim czy to zjeść czy popisać. Spróbuję postawić krzesło z tarasu, ale jest duże i zastawi kompletnie przejście. Taborecik byłby ok. Ale tak naprawdę to nie problem!
 
Gdyby długo padało, oczywiście, problematyczne byłoby to, że musiałabym cały czas spędzać wewnątrz, ale miejmy nadzieję, że pogoda się poprawi, i nie tylko będę mogła wsiąść na mój pojazd i nauczyć się korzystać w pełni z jego możliwości (próbując ustawień, przerzutek itp), ale też będę mogła usiąść na tarasie i napawać się widokami.
 
Bałam się, że mając sasiadów z obu stron, będę miała problem z hałasem w nocy, ale byli cicho, nie było słychać telewizora, owszem, wieczorem dość głośno było słychać zmywanie po kolacji, ale ja wtedy jeszcze nie szłam spać więc nie był to problem. No, problemem dla mnie było, że, jak oczywiście wiem, tu się śpi pod prześcieradłem, na którym jest kapa, czasem ta kapa jest dość gruba i może służyć jak kołdra, kiedy jest upał samo prześcieradło wystarczy, ale przy normalnej temperaturze typu ok 20 stopni pod prześcieradłem i cieniutką kapą było mi po prostu chłodno. Może przyczyną był fakt, że tyle czasu byłam na słońcu, choć się nie spaliłam, ale jednak rozgrzałam. Niestety, żadnego koca, nic ciepłego tutaj nie znalazłam, będę musiała poprosić. Poratował mnie duży kąpielowy ręcznik, którym się owinęłam pod prześcieradłem...
 
Toni i Giuliana dzisiaj zapraszają na grilla, w porze obiadu a nie wieczorem. Obśmiałam się, jak usłyszałam, że zapraszają mnie na pieczenie kiełbasy - Pantelleria i grill z kiełbachą, jak u nas! Mam nadzieję, że nie było im przykro, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać...
 
Dziś wifi działa dobrze, więc miejmy nadzieję, że tak już zostanie :)

 

Opublikowano: 02 październik 2018
Odsłony: 6

Koło 11-tej pokazało się słonko, a więc przyszedł czas na pierwszy, już nie taki rozpaczliwy spacer na moim super rowerze. Plan jest taki, żeby pojechać trochę w górę i trochę w dół, głównie po to, żeby nauczyć się nim sterować. Rower ma przerzutki, ale inne niż w moim rowerze, i na początek nie bardzo wiem, jak sobie z nimi radzić, a pan w wypożyczalni powiedział, że właściwe ustawienie to równie ważna sprawa jak ustawienie wspomagania. A więc robię różne próby, do tego ustawiam najwyższy stopień wspomagania i jest rzeczywiście fajnie. Prócz tego, żeby dobrze go ustawić jadąc do góry (tu jeszcze nie wychodzi mi takie ustawienie przy którym faktycznie przy dużym wzniesieniu można się nie zmęczyć) muszę dobrze opanować również właściwe ustawienie przy zjeżdżaniu z góry, żeby nie nabierać za dużej prędkości. Wtedy nie pedałuję, i jadę na hamulcu, ale chciałabym, żeby mi rower nie przyspieszał za bardzo, bo tego się boję. Tu na poboczu bardzo często jest żwir (jeśli to można nazwać poboczem, bo w zasadzie jest to wąska droga, ile razy jedzie jakiś samochód, tyle razy się boję czy się zmieścimy), i na żwirze boję się trochę hamowania.

Bardzo bym chciała wybrać się na dalszą wycieczkę, ale na razie przez ten deszcz mam niewiele czasu, bo o 12.30 przyjedzie Toni i jedziemy na tego grilla. Robi się taka grupka ich gości - dwie pary, które mieszkają obok mnie i jeszcze trzech panów, którzy mieszkają gdzie indziej i przemierzają Pantellerię na rowerach górskich. Byliśmy razem na łodzi wczoraj, a dziś idziemy razem na obiad. Może po tym obiedzie, jeśli nie będzie padało, wybiorę się na wycieczkę...

Okazało się, że jednak jest tu ciepła kołdra, wcześniej jej nie zauważyłam, bo była schowana na takiej szafie, która wydawało mi się zawierała rzeczy właścicieli. Ale super, w nocy będę miała ciepłą kołdrę!!!

Opublikowano: 02 październik 2018
Odsłony: 6

Giuliana i Toni mieszkają w prawdziwym, zabytkowym dammuso, które odnowili, zachowując jego oryginalny charakter. Mogliśmy zobaczyć jak ogromnie grube są ściany w takim domu, niektóre pomieszczenia są wykute w skale, która znajduje się za domem - cała łazienka na przykład została wykuta w skale! W ścianach wykuto też takie nisze, nazywają się nicchia, jakby półki, ale wykute w ścianie. To charakterystyczna cecha dammuso. Pozwolili mi zrobić zdjęcia (starałam się robić je tak, żeby pokazać konstrukcję, nie naruszając ich prywatności, bo to przecież ich dom.

Jedliśmy nie tylko smażone kiełbasy (tzn ja kiełbasy nie jadłam...), ale też grillowane mięso, drób i warzywa - paprykę, cukinię, bakłażana. Rozmawialiśmy, poznając się wzajemnie - są między nami Wenecjanie! Toni pochodzi z Wenecji i pływał nawet jako gondolier kiedyś tam, w młodości! Po obiedzie gadaliśmy długo, potem wybrałam się ścieżką powyżej dammuso, ale dość szybko wróciłam, bo myślałam, że będziemy się zbierać. Tymczasem...

Opublikowano: 02 październik 2018
Odsłony: 6

Tymczasem Giuliana zaproponowała spacer, który przerodził się w wycieczkę. Szkoda, że nie wzieliśmy wody, no i nie wiedziałam, że są takie plany i nie wzięłam odpowiednich butów. Ale wycieczka była przesympatyczna, brakowało tylko (choć nie cały czas) słońca. Cuddia to krater wygasłego wulkanu, a okazało się, że najciekawszy był nie krater, ale fumarole (tu nazywają je favare) w jego okolicy. W wielu miejscach unosiła się w powietrzu para, jakby dym, wydobywający się między skałami. Giuliana pokazała nam taką, od niedawna istniejącą, dziurę w ziemi, z której po prostu po środku ścieżki wydobywała się gorąca para, a w pobliżu można było zobaczyć coś jakby rysunek na ścieżce, namalowany przez te wyziewy. Nie miały one żadnego zapachu, ale były gorące i mokre.

Szliśmy przez las, ścieżkami w górę i w dół, z góry było widać duży kawałek wyspy, a w nim Lago di Venere. Po drodze widzieliśmy przeróżne rośliny, rosnące bujnie, niektore z owocami - dużo było takich o malutkich czerwonych owocach, ogromne krzaki dzikiego rozmarynu, kopru, a ile przeróżnych zapachów! Nie bylo tak kolorowo jak wtedy, kiedy bałam tu w maju, ale przede wszystkim bardzo zielono.

Nie był to mały spacerek, wróciliśmy koło 18.30, potem moi sąsiedzi zaoferowali się, żeby mnie odwieźć do domu, po drodze chcieli wstąpić do sklepu na zakupy, to wstąpienie śmiesznie wyszło, bo zrobili niezły kawałek drogi. Miałam nadzieję nie wydawać już pieniędzy, bo właściwie, prócz chleba nic nie potrzebuję, ale chleba nie było, za to było wino, kapary i orzeszki piniowe...

Na kolację zrobiłam sobie tortellini z ricottą i szpinakiem polane oliwą i posypane pecorino i do tego wino. 

Cieszę się bardzo, bo spędziłam bardzo ciekawy dzień, do tego miałam okazję pogadać z ludźmi no i zajrzeć do prawdziwego dammuso... Jutro mam nadzieję pojechać na prawdziwą wycieczkę gdzieś dalej...

Opublikowano: 02 październik 2018
Odsłony: 5

Według prognozy dzisiaj miało być ładnie, ale w nocy zaczęło padać no i tak leje do teraz i nie widać, żeby zamierzało przestać. Prognozy na dziś mówia, że może przestanie po południu, ale zobaczymy. Postanowiłam się tym nie przejmować, trochę odpoczynku mi się przyda, choć szkoda, że rower stoi bezczynnie. Udało mi się wstawić krzesło do pokoju, więc mam coś w rodzaju stołu - blatu. A więc, po porannym leniuchowaniu z książką teraz wzięłam się za zdjęcia...

Opublikowano: 03 październik 2018
Odsłony: 4

)Lało gdzieś do trzeciej, potem powoli zaczęło się uspokajać, choć niebo wyglądało podejrzanie. Cały dzień pracowałam nad zdjęciami, a więc zdjęcia z Trapani są już na stronie, teraz mam do obrobienia zdjęcia z poniedziałku i z wczoraj.

Na obiad zrobiłam sobie makaron z tuńczykiem i sosem rybnym, no i przyszedł czas na rower. Ponieważ pogoda taka niezbyt bezpieczna i czasu nie tak dużo, postanowiłąm zrobić wycieczkę po prostu do miasteczka Pantelleria, pokręcić się tam, może jakieś zakupy. Była to też taka próba, czy dam radę dojechać, ile baterii zużyje rower i tak dalej. Akurat to miasteczko nie jest specjalnie ciekawe czy urocze, mnie się podoba, że nie ma tu problemu z zakupami jak w sycylijskich (i nie tylko, bo też włoskich) miastach, gdzie jak w Sciacca, można chodzić godzinami i nie spotkać sklepu spożywczego. Tutaj jest wiele sklepów, są też warzywniaki, są banki, bankomaty, można płacić kartą i tak dalej.

Ponieważ jazda po miasteczku mnie nie pociąga, dojechałam do portu i zostawiłam mój pojazd po prostu na parkingu, dalej poszłam piechotą. Coś tam kupiłam, gdzieś tam zajrzałam, pokręciłam się, a potem ruszyłam z powrotem. To nie jest tak, że rower sam jedzie, trzeba pedałować, a jadąc pod górę trzeba trochę wysiłku, ale tylko trochę.

Jutro koniecznie musi być ładnie bo chcę wybrać się na drugą stronę wyspy. Na dzisiejszą wycieczkę zużyłam 20 procent baterii. To niewiele. Tam gdzie chcę pojechać jest dużo dalej, ale trudno mi powiedzieć ile. Ogółem dookoła wyspy jest 51 km, a podobno rower jest w stanie przejechać na baterii koło 80 (pan powiedział, żeby liczyć 60. No ale nie mam zamiaru przejechać całej wyspy dookoła, więc może się uda. Poza tym jak jadę w dół, nie pedałuję, więc może wtedy baterii nie zużywam. Poradził mi, żeby wziąć ze sobą ładowarkę na wszelki wypadek,no ale nie wiem, szukać gdzie by ew. go podładować? Ważne, że to nie tak jak samochód - w razie czego można pedałować bez wspomagania. A pod górę pchać ;)

Opublikowano: 03 październik 2018
Odsłony: 8

Leje. Leżę pod kołdrą, prawie pierzyną i nie mam siły ruszyć nawet  palcem. Ale piszę, piszę bo po prostu muszę opowiedzieć ten dzień. Dzień szalony, bardzo mało rozsądny i bardzo, ale to bardzo męczący - i ciekawy. Jak kiedyś odpocznę, to będę się cieszyć, że to zrobiłam.

Pisałam wczoraj, że dziś koniecznie chciałam pojechać na porządną wycieczkę. Najbardziej mnie pociągała ta południowa, tajemnicza, mało dostępna część wyspy. 3 lata temu dotarłam do Scauri piechotą, potem do Rekkale autobusem i stamtąd poszłam szukać fumaroli (favare). Więcej w mojej podróży z 2015 roku. Patrzyłam wtedy z Rekkale w dół i strasznie mnie tam ciągnęło. A najbardziej, żeby dojechać aż do Khamma i stamtąd wrócić tutaj inną drogą. Ale prognozy na dziś nie były ciekawe. Co prawda rano było słonko, ale zapowiadano burze, deszcz. Może się mylą?... Do tego te burze, ten deszcz miały być gdzieś od 15, więc postanowiłam wyruszyć jak najszybciej. No, nie było to skoro świt, ale o 9.45 wsiadłam na rower, zapakowałam kurtkę przeciwdeszczową, jedzenie, picie no i dwie reklamówki na rzeczy na wszelki wypadek. I w drogę!

Do Scauri dojechałam w pół godziny, może krócej. Jaka to frajda jechać na tym rowerze! To nie jest tak,, że nie trzeba się wysilać, szczególnie, jadąc pod górę. A z kolei w dół trzeba uważać, żeby przełączyć wspomaganie, bo inaczej naciśnięcie pedałów powoduje, że lecimy jak strzała. A znów jak się musimy zatrzymać jadąc w górę to śmiesznie się potem rusza - trzeba wsiadając mocno nacisnąć na pedał przy najwyższym wspomaganiu i rower leci do przodu, tylko trzeba od razu zacząć dalej pedałować, bo jak nie, to się zatrzyma.

W Scauri pokręciłam się, kupiłam sobie pizzę a taglio na drogę i pojechałam dalej. Wybrałam drogę prowadzącą w dół, wzdłuż wybrzeża. Było pięknie, tylko niebo zaczęło się robić coraz bardziej przerażające, i do tego co jakiś czas błyskały błyskawice. Rozsądek próbował sugerować wycofanie się, ale to nie ze mną takie pomysły. Jadę wprost w tę czarną chmurę i takie białe coś, jak mgła. Za chwilę to coś przyniosło deszcz. Zatrzymałam się przytulając do skały, deszcz nie był bardzo intensywny, wykorzystałam ten postój na zjedzenie pizzy i odpoczynek. Potem odrobinę się poprawiło, przestało padać, więc w drogę, wszystkie rzeczy owinęłam dokładnie reklamówkami.

Gdyby nie ta pogoda przed którą chciałoby się gdzieś uciec, mogłabym w różnych ciekawych miejscach zatrzymać się, zejść w dół, może nawet gdzieś się wykąpać, a tak jechałam do przodu, co pewien czas tylko zatrzymując się na zdjęcie, które nie pokaże nigdy jak tam pięknie, no bo przy tej pogodzie...

W końcu dojechałam na wschodnią część wyspy, jadąc miejscami po wodzie, która spływała ze zboczy - tu widać padało bardziej. Dojechałam do miejscowości Kania, gdzieś tu powinna być droga, prowadząca przez środkową część wyspy do Scauri. Zatrzymałam się  przy pięknej kapliczce, zrobiłam zdjęcia, napiłam się wody, a z sąsiedniego domu wyszedł mężczyzna i zapytał, czy nie potrzebuję pomocy. Podziękowałam i ruszyłam dalej. Za chwilę zobaczyłam coś w rodzaju tablicy informacyjnej, gdzie jak jechać, tylko widać komuś się nie podobała i była tak pomazana, że trudno było ją odczytać. Zapytałam jakiejś pani, i pokazała mi drogę - w górę do placu i tam w lewo.

Na placu przeszłam się dookoła, pstryknęłam parę zdjęć. Kiedy ruszałam, zaczęło kropić. Za chwilę jak już byłam poza zabudowaniami, zaczęło lać intensywnie. Zatrzymałam się i ukryłam pod jakimiś krzakami. Przed sobą miałam w oddali Montagna Grande za mgłą, w pewnej chwili zupełnie znikła, potem znów się pokazała. Przestało padać, więc ruszyłam znowu, droga najpierw prowadziła w dół, potem zaczęła sempertynami iść w górę, była wąska i cała zalana wodą, która spływała ze zbocza. Jazda była coraz bardziej męcząca, kiedy mijały mnie samochody na tej drodze, zatrzymywałam się, a potem nie było łatwo ruszyć.

Nagle zaczęło wiać coraz mocniej, a potem tak mocno, że bałam się, że mnie zwieje razem z tym ciężkim rowerem. No i za moment zaczęło lać jak z cebra. Na szczęście za moment zauważyłam przy drodze małe dammuso, wyraźnie opuszczone. Oby tylko było otwarte! I na szczęście było, co prawda wewnątrz było mnóstwo różnych śmieci, ale co tam, ważne, że nie lało się na głowę. Tam doczekałam, aż przestało padać, zjadłam kolejne zapasy i ruszyłam dalej. Droga szła cały czas serpentynami w górę i najgorsze te strumienie wody, które, kiedy przejeżdżałam po nich lały mi się dokładnie do butów. Ten odcinek drogi wymęczył mnie najbardziej, poza tym patrzyłam zaniepokojona na wskazania poziomu naładowania baterii - było już tylko 37 procent, czy wystarczy, żeby dojechać do domu?

W końcu wreszcie droga przestała prowadzić w górę, zrobiła się szersza, prowadziła najpierw równo, potem coraz bardziej w dół, i zaczęłam rozpoznawać okolicę. Potem zobaczyłam - hura - moją stronę wyspy w oddali! Znaczy, że przejechałam przez środek wyspy i jestem już po mojej stronie! Potem zobaczyłam miejsce, gdzie 3 lata temu zeszłam z tej drogi w poszukiwaniu fumaroli (Favara grande). Czyli, ja tu już byłam! Do tego wyszło słońce, więc radość kompletna!

Trochę zdjęć i jadę dalej, w dół i w dół. Tylko woda w butach mi chlupocze i to nie jest fajne, do tego jak ja je wysuszę? Co zrobię bez butów trekkingowych przez następne dni?... No, ale potem będę się martwić.

DSC08584Dojeżdżam do Scauri. Chciałabym wrócić do domu inną drogą. Zastanawiam się, czy nie ryzykuję, czy dam radę, czy wystarczy baterii. Ale bardzo bym chciała, tym bardziej, że to jest droga panoramiczna - ponad tą, którą tu przyjechałam z domu - którą w 2007 roku, kiedy tu byłam jeden jedyny dzień, przeszłam z Lago di Venere do Scauri. A więc jadę. Droga prowadzi trochę w górę, ale nie tak bardzo jak tamta z Kania. Znów zaczyna padać, chowam się z rowerem pod pięknym, gęstym drzewem, przed pięknym dammuso, pamiętam ten dom z tamtej wycieczki. Pod drzewem prawie nie kapało, zjadłam resztę zapasów, odsapnęłam i znów w drogę. I już niedługo znalazłam się nad moim domem. Teraz jeszcze trzeba było stromą drogą zjechać w dół, bałam się, czy dam radę, trochę prowadziłam rower, ale to było chyba jeszcze trudniejsze...

I wreszcie w domu... Jest 15. Prawdę powiedziawszy, jestem nieżywa ze zmęczenia, przemoczona mimo kurtki, najgorsze te buty... Szybko wyciągam wszystko co mogło przemoknąć mimo zabezpieczenia, potem robię sobie jeść i włażę pod kołdrę. Przez godzinę nie mam siły nic robić, nawet pisać, no więc czytam książkę, potem przeglądam przewodnik. Znów leje, tym razem nieprzerwanie przez ponad dwie godziny. Jakie szczęście, że wróciłam zanim zaczęło tak lać!

Niektórzy mówią, że na Pantellerii nie ma co robić. Tymczasem ja mam świadomość, że mogłabym tu spędzić jeszcze parę miesięcy i nie dałabym rady zobaczyć tego wszystkiego, bo bym chciała. Taka wycieczka jest ciekawa, gdyby pogoda była ładna, z pewnością zobaczyłabym dużo dużo więcej, ale żeby dotrzeć w miejsca warte zajrzenia, trzeba naprawdę dużo czasu. (powyżej mapka mojej dzisiejszej wycieczki (zaznaczona granatową kreską, start z domu, tam gdzie narysowany domek -zachodnie wybrzeże)

Opublikowano: 04 październik 2018
Odsłony: 6

Dziś przed południem odpoczywam, jeśli to tak można nazwać - efektem są zdjęcia na stronie ;) Co prawda nie bawiłam się jeszcze w podpisywanie, więc kto lubi czytać co jest na zdjęciu, lepiej poczekać. W nocy lało trochę, mimo prognozy, która zapowiadała poprawę pogody i bez deszczu. Rano było trochę zachmurzone ale z tendencją do rozpogodzeń. Buty mokre tak, że można z nich wylewać wodę. Stoją na słońcu i mówią mi, że ograniczając bagaż nie wolno nie wziąć drugiej pary butów na skały. Mam trekkingowe sandały, ale to nie to, do tego jest jeszcze trochę chłodno, a sandały, wiadomo, są dziurawe :)

Koło południa jest coraz ładniej, choć cały czas niezbyt gorąco, pewnie na słońcu jest upał. Postanowiłam dziś wybrać się na wycieczkę po wczesnym obiedzie. Najlepiej byłoby taką wycieczkę zrobić jutro, ale kto wie co jutro będzie, a nuż mi przepadnie? Dlatego pojadę dzisiaj. Chcę dojechać z mojej zachodniej strony na wschodnią, w okolice Lago di Venere, rzucić na nie okiem i potem pojechać w kierunku miejsca, do którego najdalej dotarłam wczoraj. Chciałabym spokojnie zatrzymywać się i podziwiać widoki a nie tak jak wczoraj, kiedy padało, wiało i chłodziło mnie do kości, pedałować patrząc w dół na drogę... Jak stamtąd wrócę, zobaczymy, mogłabym tą samą drogą co wróciłam wczoraj, z tym, że to by było znów spory kawałej sempertynami do góry. Albo przez miasteczko Pantelleria. Albo wplaw, przez wyspę :) Zobaczę....

Jestem tu po raz trzeci (jeśli liczyć ten pierwszy jednodniowy wypad, z którego wszyscy się śmieją), i już mi szkoda, że pojutrze wyjeżdżam. Mogłabym tu spędzić jeszcze dwa tygodnie, żeby na spokojnie zajrzeć we wszystkie? prawie wszystkie? ciekawe miejsca...

(później) No tak, pomysł, żeby wyruszyć po obiedzie nie był taki najlepszy, no bo najpierw przygotowałam taki obiad, który starczyłby dla całej mojej rodziny (casarecce z baklażanem, sosem rybnym i ricottą, do tego białe wino), wyszła góra tego, więc był pomysł, żeby zostawić połowę na potem czy na jutro, ale nie udało się go zrealizować... Wszystko zostało wyżarte a talerz wyczyszczony  po tutejszemu chlebem... No dobra,  po takim obiedzie trzeba odpocząć... No i na taką wycieczkę, jaką sobie zaplanowałam jest trochę za późno. Mogę bez problemu dziś pojechać na mniej wyczerpującą wycieczkę gdzieś tu niedaleko, tylko boję się, że jutro na przykład wyjdzie propozycja jakiegoś spaceru z Giulianą czy coś, i będę musiała z czegoś zrezygnować. Jutro wieczorem oddaję rower, a więc muszę na wycieczkę wyjechać rano. Chciałam nic nie musieć, ale do tego potrzebne więcej czasu. A  ja się zastanawiałam, co ja tu będę robić przez 6 dni... Znów liznęłam jedynie kawałek wyspy...

Opublikowano: 05 październik 2018
Odsłony: 6

Wyruszyłam o 15. Postanowiłam większą trasę zostawić na jutro, ale dziś zrobiłam naprawdę ciekawą trasę: pojechałam na wschodnią stronę wyspy, tym razem okrążając ją po stronie północnej, przejeżdżając przez miasteczko Pantelleria. Wolałabym górą, tak jak trzy lata temu szłam do Lago di Venere, ale tam jest taka bardzo stroma droga w górę, nie wjechałabym na nią, a zjeżdżać nią też się boję (przez pewien odcinek prowadzą w dół rower, starając się, żeby mi nie uciekł).

Jadąc w stronę miasteczka zatrzymałam się w kilku miejscach, między innymi tam, gdzie mieszkają potwory z lawy. Całe wybrzeże jest upstrzone takimi czarnymi stworami, można się w nich doszukiwać różnych postaci. Nieprawdopodobne, że stoją tu tak od powstania wyspy! Potem była czerwona góra.

Przez miasteczko przejechałam bez zatrzymania i wjechałam na trasę rowerową (ale i samochodową), prowadzącą z północy po stronie wschodniej  na południe. Trasa prowadzi cały czas wybrzeżem. Niedługo pokazał się mój ulubiony kościółek San Vincenzo i droga prowadząca do Lago di Venere - nie mogłam tam zajrzeć choćby na chwilę. Jezioro, kiedy je zobaczyłam po raz pierwszy, zrobiło na mnie największe wrażenie, chyba dlatego, że było kompletnie nieruchome, jak prawdziwe lustro. Dziś powierzchnia wody była lekko pomarszczona i przez to odrobinkę straciło, ale i tak jest piękne :) 

Moje wędrówki tutaj - 11 i 3 lata temu prowadziły dalej w górę, ponad jezioro i w kierunku zachodniej części wyspy, tym razem jadę dalej. Miałam zamiar dzisiaj dojechać tak daleko, żeby zdążyć wrócić przed zmierzchem, na spokojnie. Droga prowadzi w górę i pojawia się w dole zatoka Cala Cinque Denti, czyli zatoka pięciu palców - ja tu nigdy tych pięciu palców nie umiem wypatrzyć, no ale pewnie źle patrzę :) Byłam tu 3 lata temu z Pappe, samochodem.

Jadę dalej no i widzę drogę prowadzącą w stronę wybrzeża i napis: Punta Spadillo i Laghetto delle Ondine. Punta Spadillo to cypel, na którym stoi latarnia morska (zawsze chciałam się tam dostać), ale Laghetto delle Ondine ogromnie mnie kusi - wiem, że jest to jeziorko ponad poziomem morza, gdzie woda wpływa przy większej fali. Można tam się kąpać, ale to nie dziś, bo choć słonko ładnie świeci, to zbyt ciepło nie jest. Zjeżdżam żwirową drogą w dół, za jakiś czas widzę parking i tabliczki wskazujące: w prawo do Latarni Punta Spadillo, w lewo do jeziorka. Absolutnie wybieram jeziorko. Zostawiam mój pojazd na parkingu (niech wie), biorę plecak i idę. Widać, że to jeziorko musi być tam w dole, bo jakby ta woda się do niego dostała, a jesteśmy wysoko. Więc trzeba zejść, no a potem trzeba będzie wejść na górę. Co robić...

Po drodze jest mnóstwo potworów z lawy, jakieś stare budowle, potem już same czarne głazy. Jest ścieżka, ale niedaleko jeziorka przechodzi w wielkie kamienie, po których trzeba się jakoś dostać w dół. Oj, brak mi butów, które się suszą po wczorajszym... Jeziorko jest piękne, odbijają się w nim skały. Oj, fajnie by było tu popływać. Jest o wiele większe od tego oczka wodnego, w którym pływałam na Linozie. 

Trzeba wracać, i już wiem że dziś dalej nie pojadę. Licząc czas wychodzi mi, że wrócę do domu koło 19, czyli o zachodzie słońca. Więc wspinam się na górę, potem jadę po tej żwirowej drodze pod górę i najlepsze, że słońce tak mi świeci w oczy, że po prostu jadę po omacku. Szczęście, że nic z przeciwka nie jedzie, ale podłoże jest bardzo nierówne, a ja po prostu nie widzę nic! W końcu wyjeżdżam na drogę i jadę z powrotem. Mam do wyboru albo wrócić tą samą drogą, czyli przez miasteczko, albo górą, koło lotniska i potem tą stromą drogą w Grazia, którą boję się zjeżdżać, ale wjechać na nią za nic bym nie dała rady. Wybieram to drugie. Zachód słońca spotyka mnie jeszcze na górze, zjeżdżam najpierw taką stromą drogą, gdzie leży żwir i hamując, żeby mi się pojazd nie rozpędził, parę razy wpadam w poślizg. On jest bardzo ciężki, dlatego jak coś takiego kombinuje, to trudno mi go opanować. No ale jakoś w końcu dojeżdżam do domu i jeszcze przed domem próbuję zrobić parę zdjęć nieba po zachodzie słońca.

Dzisiejszy dzień uważam za bardzo udany, do tego nie tak awanturniczy jak wczorajszy :)

Opublikowano: 05 październik 2018
Odsłony: 4

Dziś jest ładny dzień, chyba też cieplej niż wczoraj. Chciałam wyjechać jak najwcześniej, oczywiscie, nie skoro świt. Nagle rano sobie przypomniałąm, że wczoraj po powrocie z wycieczki... zapomniałam podłączyć rower do ładowarki! Szczęście, że przypomniałam sobie o tym koło 8 rano a nie tuż przed wyjściem! Jest teraz 10 a ja mam 95%, jakoś dziś ładuje się powolutku, muszę mieć sto procent żeby nie ryzykować problemów.

Prawdę powiedziawszy, czuję się zmęczona, dziś też jakoś nie mogłam spać w nocy, nie wiem czemu - odkąd tu przyjechałam, spałam doskonale. No ale to mój ostatni rowerowy dzień, wieczorem jadę do miasteczka oddać rower, zrobić zakupy na jutro, bo czeka mnie pół dnia podróży do domu - ok wpół do drugiej mam samolot do Katanii, tam 6 godzin i lot do Warszawy wieczorem. Juz przestałam kombinować, jak tu wyskoczyć do centrum Katanii, bo jazda do miasta z walizką, szukanie przechowalni i tak dalej, żeby tam spędzić półtorej godziny  i wracać, jednak to chyba ponad moje siły. Dlatego nastawiam się na odpoczynek na lotnisku, może ostatnie zdjęcia, poczytam książkę, jakoś minie. Ale to jutro.

Myślałam, jak wrócić z miasteczka po oddaniu roweru - jest autobus, mogłabym wrócić autobusem, ale Giuliana obiecała przyjechać po mnie, więc nie muszę myśleć o tym, żeby zdążyć.

Za chwilę ruszam - chcę dokończyć wczorajszą trasę, ale pojadę nie na północ do miasteczka, ale przez Scauri. Tylko nie tą drogą co za pierwszym razem, ale w górę, do Rekkale i potem przez Kanię do Khamma, żeby dotrzeć do Arco dell'Elefante i tamtych okolic no i nie wyczerpać baterii do końca. Jak wrócę - jeszcze nie wiem, górą albo przez miasteczko - w tym ostatnim przypadku jakby się bateria kończyła mogę od razu zostawić tam rower. Jest 98 %, więc za chwilę będzie można ruszać, mam nadzieję, że nie zrobi się za gorąco...

Opublikowano: 06 październik 2018
Odsłony: 4

Moje rowerowe wyczyny uznaję za super pozytywne, co prawda, jestem prawie nieżywa, ale to już tak ze mną jest. Jeszcze tylko za jakieś dwie godziny wsiadę po raz ostatni na mojego rumaka i pojadę na nim do miasteczka, zeby go zostawić w stajni...

Co się udało: w sumie okrążyłam wyspę, i to na różne sposoby, etapami, nie wszystko naraz. Dzisiaj pojechałam do Scauri i Rekkale, po czym drogą przez góry do Tracino, Khamma i w kierunku słynnych zatok, a głównie Arco dell'Elefante. Czyli dzisiaj wybrałam odwrotną trasę niż wtedy, kiedy jechałam w deszczu, nie całą bo po przecięciu wyspy i dojechaniu do Kania nie skręciłam na południe, tylko na północ. Spróbuję to potem narysować na mapie. Chętnie bym wróciła okrążając znów południowy cypel ale trochę się tego bałam, nie chciałam ryzykować przeforsowania (w dzisiejszym słońcu) i rozładowania baterii, tym bardziej, że zapomniałam wziąć ładowarki.

Marzyłam o dotarciu do miasteczek na wschodnim wybrzeżu i dotarłam. Kupiłam foccaccię i ciacha dla dzieci w piekarni w Khamma, gdzie 3 lata temu byłam z Peppe. Dotarłam do Arca dell'Elefante - bojąc się za dużego zużycia baterii zostawiłam rower na górze i chciałam zejść w dół pieszo, marząc, by z powrotem złapać okazję. Tymczasem jak tylko ruszyłam w dół, zatrzymał się samochód i sympatyczny pan zaproponował podwózkę, natomiast w górę niestety, nic z tego. Wcześniej usiadłam na przeciwko kamiennego słonia w cieniu i zipałam, pijąc wodę i zjadając zapasy. Wróciłam przez miasteczko Pantelleria, czyli mocno dookoła, ale łatwiejszą trasą.

Na minus - niestety, zgubiłam gdzieś po drodze moją ulubioną zieloną bluzę w pasy :( Musiała wyfrunąć z koszyka rowerowego, pewnie tam gdzieś leży i czeka na mnie, no i się nie doczeka... Buuuu! Parę siniaków na nogach, tyłe, k bolący od siodełka, zmordowane kolana, ślady po jakichś strasznych insektach, które mnie próbowały pożreć, zmęczenie takie po prostu jak bateria wyładowana prawie do zera - to wszystko nic, ale tej bluzy mi naprawdę szkoda. Mówi się trudno. Jestem nastawiona pozytywnie więc nie będę się martwić (no, może trochę).  

Nie pomyślałam rano, że będzie tak ciepło, że mogłabym popływać, nie wzięłam kostiumu i tak dalej. Koło Słonia ludzie się opalali, a jacyś pływali, no i szczerze im zazdrościłam. Teraz, kiedy już dotarłam w te najważniejsze miejsca (a przynajmniej w część z nich) jak bym tu została jeszcze z tydzień mogłabym sobie zaplanować na przykład jakąś kąpiel, a może saunę (w grocie). Ale trzeba wracać... Ze wszystkich wysp na których byłam (nie licząc oczywiście Sycylii jako wyspy, bo to dla mnie absolutnie nie jest wyspa) Pantelleria jest największa i najwięcej ma chyba do zaoferowania - to znaczy, choć nie ma tu plaż, zabytków (a to nie prawda, bo są zabytki...) to jeśli ktoś jak ja pasjonuje się wspaniałymi widokami i innymi okolicznościami przyrody, to żeby ze wszystkiego skorzystać trzeba tu naprawdę spędzić sporo czasu. Po takiej wycieczce jak dzisiaj powinien być jeden dzień odpoczynku i tak na zmianę...

Opublikowano: 06 październik 2018
Odsłony: 3

Jestem spakowana, wszystko gotowe do wyjazdu, za około godzinę wyruszamy na lotnisko. Wczoraj trochę narozrabiałam, choć to nie była tak naprawdę moja wina... Wiedziałam, że mam oddać rower wieczorem, Giuliana mi napisała, zebym podała godzinę, więc podałam, koło 19, i wyruszyłam. Po drodze zatrzymałam się żeby zrobić zdjęcia zachodu słońca - był piękny, taki czysty, bez odrobiny chmur na niebie, wielka czerwona kula po prostu schowała się w morzu ... Potem balam się trochę, czy znajdę tę wypożyczalnię, ale na szczęście skręciłam w uliczkę i była. Przed wypożyczalnią stali Toni i właściciel, dojeżdżając zrobiłam znak zwycięstwa - udało się! Nie rozwaliłam roweru, nie spadłam w przepaść, nie zgubiłam się na wyspie, dałam radę!!!

Ale Toni miał minę wcale nie zadowoloną, powiedział, że czeka na mnie od piętniaście po szóstej... Myślałam, że żartuje, no bo niby dlaczego. Właściciel wypożyczalni też powiedział, że czekał tylko na mnie żeby zamknąć. Zrobiło się nie fajnie. Zapytał, na którą umówiłam się na oddanie roweru - jestem pewna, że nie było mowy o godzinie, że powiedziano mi jedynie, że wieczorem, a oni tu żyją wieczorami, więc byłam pewna, że to nie problem, raczej myślałam, że to ja będę czekać... Toni był po prostu wściekły, jechał jak szalony, usprawiedliwiając się że ... po ciemku nie widzi dobrze. Myślałam, że za chwilę się rozbijemy... Miał jakichś ludzi odebrać z lotniska i nie znosi się spóźniać, ale dlaczego w takim razie nie powiedzieli mi, na którą mam być?

Nie lubię takich sytuacji. Czułam się winna, ale z drugiej strony, mówiłam sobie, że nie zawiniłam, po prostu nie powiedzieli mi ani w wypożyczalni, do której pracują, ani też Toni i Giuliana nie powiedzieli, o której mam tam być. Moje szczęście, że w Khamma kupiłam bułki i jakąś foccaccię, moje szczęście, że nie wydałam wszystkich pieniędzy i starczyło mi na zapłacenie za pokój, gdyby nie, to co bym zrobiła? No cóż, dziś trzeba byłoby jechać na lotnisko przez miasteczko... Całą siłą woli przekonywałam się, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, bo to bez sensu, nie moja wina i już!

Wieczór skończył się jednak bardzo sympatycznie - moi sąsiedzi, Wenecjanie, zaprosili mnie na passito i siedzieliśmy gadając ze dwie godziny. Bardzo sympatyczna para, on kompozytor, muzyk, szkoda, że nie słyszałam jak gra...

Opublikowano: 07 październik 2018
Odsłony: 5

Mój pobyt tutaj za to skończył się niezwykle sympatycznie - wcześniej umawiałam się z Peppem na spotkanie (tym, co trzy lata temu pokazał mi wyspę, ktory napisał wspaniałą książkę o wyspie), miałam nadzieję wziąć udział w jakiejś wycieczce, prowadzonej przez niego. Tymczasem raz, usłyszałam od Giuliany że Peppe jest strasznie zapracowany, prowadzi wielkie, kilkudziesięcioosobowe grupy... Pomyślałam, że nie chcę mu zawracać głowy, to raz, a dwa, taka grupa to nie dla mnie... No a po trzecie, jakoś tak... brak mi było czasu...

Więc wczoraj wieczorem napisałam do Peppe, że jestem, że wyjeżdżam, i że chciałam mu przesłać pozdrowienia, a zobaczymy się może kiedyś, następnym razem. A ten, że jak to, a gdzie ja jestem - no i rano, na godzinę przed umówioną porą, kiedy miałam wyruszać z domu pojawił się! Giuliana była w szoku, mówi, jak go złapałam, przecież oni na wyspie go nigdy nie widują, taki jest zapracowany! Peppe najpierw wpisał mi dedykację na swojej książce, którą specjalnie w tym celu tu przytachałam, potem podarował mi nową książkę i zadedykował, a potem zapytał, czy chciałabym, żeby mnie zawiózł na lotnisko! Oczywiście, powiedziałam że tak, więc na szybko dokończyłam pakowanie (mam nadzieję, że prócz mojej biednej bluzy nic innego tu nie zostało), pożegnałam się z Giulianą i Tonim (który już się nie wściekał) i wyruszyliśmy.

Peppe po drodze na lotnisko zawiózł mnie na takie wzgórze, z którego był przepiękny widok na Lago di Venere, z innej strony niż się je widzi czy ze ścieżki, czy z Cuddia Mida. Droga na to wzgórze była taka, że nie było pewne, czy nam się uda, ale jakoś się udało. Więc na pożegnanie mam Lago di Venere z innej strony, a Peppe powiedział, że następnym razem (?!?!?) pokaże mi Lago z jeszcze innej perspektywy, z dammuso di Scimmia. Hmm, chciałabym żeby był jakiś jeszcze jeden raz, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne... Kiedy zajechaliśmy na lotnisko, Peppe wziął moją walizkę i zaniósł ją aż na taśmę przy check-in, tak że nawet nie zdążyłam przygotować dokumentów. Ale dziewczyna w check-in się uśmiechnęła tylko, powiedziała, że mam się nie spieszyć i zapytała, czy chciałabym miejsce przy oknie... No ba, pewnie że tak! Mam nadzieję, że mam miejsce z tej strony, z której widać wyspę po starcie...

No i w ten sposób moja trzecia podróż na Pantellerię się zakończyła, i znów wyjeżdżam stąd z poczuciem, że widziałam tylko troszkę (choć bardzo dużo!)...

Opublikowano: 07 październik 2018
Odsłony: 5

Z okien samolotu Pantelleria jest przepiękna! Co prawda większość zdjęć niestety się nie udała bo okno w samolocie nie było specjalnie czyste, ale coś tam wyszło ;)

Tym razem w Katanii jedyne co przeżyję, to lotniskowy ruch. Niestety, po wszystkich przemyśleniach postanowiłam dać sobie spokój z wyprawą z walizką do miasta. Jest po drugiej, o 17.30 zacznie się odprawa na samolot do Warszawy, mam przed sobą trzy i pół godziny siedzenia z walizką, a potem ze dwie już tylko z bagażem podręcznym. Szkoda, że ktoś nie pomyślał, że na lotnisku mogłaby się przydać przechowalnia bagażu... Na szczęście udało mi się w walizce przewieźć wodę i soczki, mam kanapki i foccaccię oraz owoce, mam zdjęcia do obrobienia, a także te co są już na stronie do podpisania, mam książki do czytania, więc dam radę. Co prawda na poziomie przed check-in znalazłam bardzo mało przytulne miejsce, ale co tam. Potem, zanim oddam walizkę przebiorę się w cieplejsze ciuchy i będę gotowa  na warszawską temperaturę :)

Opublikowano: 07 październik 2018
Odsłony: 5