DSC02887( W samolocie pisane) Dziś wstałam o nieprawdopodobnej godzinie, bo o 4.05! Na szczęście obudzil mnie budzik a nie jak zwykle mój lęk, że zaśpię, przez co budzę się co chwilę. Ale łatwo nie było… Drogę na dworzec mam opracowaną (mam nawet ściągę: wyjść z domu w prawo, na końcu ulicy skręcić w lewo i iść prosto. Potrzebowałam ponad tygodnia, żeby się tego nauczyć… Ja tu wciąż błądziłam, nawet wczoraj po powrocie z Bari, poszłam na ostatnie zakupy i tak się zgubiłam, że w końcu, po zrobieniu iluś kółek musiałam użyć Google… Wszystko przez to, że uliczki są wąskie i kręte, a stare miasto ma kształt niemal koła. Wystarczy jeden niewłaściwy krok i już jesteśmy w labiryncie. No więc tak mnie stresowała myśl, co będzie jak wpadnę w labirynt idąc na dworzec, że wykułam tę trasę jak tabliczkę mnożenia. Muszę przyznać, że oni tu dbają o to, żeby ci co używają kółek (inwalidzi ale też turyści z walizkami) łatwiej pokonywali krawężniki. Wszędzie, no może prawie wszędzie są dobrze oznaczone zjazdy.

Na dworcu trochę się wystraszyłam, bo na tablicy przed moim pociągiem był wcześniejszy do Bari, który miał odjazd o 4.40, ale był spóźniony o 50 minut! Co prawda mój nie miał adnotacji o spóźnieniu, ale to nie wróżyło najlepiej. Nie wiedziałam, czy wsiąść do tego „wcześniejszego”, czy lepiej poczekać na mój, no i dlaczego takie opóźnienie? Popatrzyłam co ludzie robią, kiedy nadjechał ten opóźniony pociąg, wszyscy pasażerowie wsiedli, no to ja też. I potem już było ok. Wczoraj kupiłam sobie bilet na dziś, połączenie Monopoli Bari i potem Bari Aeroporto. Czyli tym razem wypróbowałam dojazd na lotnisko pociągiem linii Nord Barese. Co prawda to najdroższa opcja, ale chyba najpewniejsza.

No i już - cappuccino na lotnisku z resztą moich amaretti, bezproblemowa kontrola (check In i Green pass), start o czasie i teraz lecę nad Europą. Moja podróż dobiega końca, traktuję ją jak ostatnią taką moją dużą podróż, a co będzie dalej, zobaczymy… 

Opublikowano: 14 październik 2021
Odsłony: 2

Po powrocie z Bari wyszłam jeszcze na ostatnie zakupy, zdążyłam się dokładnie zgubić, mam nadzieję że po raz ostatni, a po 19 poszłam na zasłużoną pożegnalną kolację do wybranego wcześniej Czarnego Koguta (Gallo Nero). Miałam zamiar wziąć fritto misto, czyli różne smażone ryby, ale zobaczyłam w menu spigola, to bardzo dobra ryba, którą poznałam na Sycylii, więc nagla zmiana decyzji  Do tego grillowane warzywa (cukinia i baklażan), kieliszek doskonałego białego wina. Na stoliku specjalnie dla mnie stała miseczka z oliwkami, butelka oliwy no i do ryby przyniesiono mi gorący chleb, takie małe kąski, wyglądało, jakby świeżo upieczone. O tej porze jeszcze mało gości, ale zależało mi na tym, żeby zjeść jak najwcześniej, no bo przecież pakowanie… To było bardzo miłe zakończenie pobytu tutaj…

No i pakowanie: ze względu na minimalny bagaż podręczny to nie jest takie proste. Przed przylotem tutaj walczyłam ostro z walizką. Chyba przesadziłam z ciuchami, nie wiem. Teraz zastosowałam sposób pakowania, jaki podpatrzyłam na jakiejś stronie: zamiast wkładać poszczególne rzeczy do toreb i tak je wkładać do walizki, ty razem zaczęłam od zrolowania pojedynczo wszystkich ciuchów tak, ze idealnie wpasowały się w rowki na dnie walizki. Kiedy rzeczy są w torbach, te rowki są puste i w ten sposób w walizce jest niewykorzystane miejsce. Również różne drobne rzeczy, ładowarki, drobiazgi itp. Poupychałam oddzielnie, żeby wykorzystać całe wolne miejsce. To działa! Pozostało jeszcze ustawić budziki i szybko spać :)

Opublikowano: 14 październik 2021
Odsłony: 2

Moje wrażenie z Bari jest trochę może zaskakujące: w porównaniu do innych miast, które tu odwiedziłam Bari wydaje mi się najbardziej … południowe. A przecież jest najbardziej na północ ze wszystkich, w których byłam. Panuje tutaj – na starym mieście – atmosfera, jaką znam z Neapolu, z Sycylii, podczas gdy inne miasta wydają mi jakby bardziej „europejskie”… Uliczki starego miasta w Bari przypominają mi trochę uliczki w Neapolu czy w Palermo. To pranie, te kapliczki ten taki swojski nieład...

Niby te same elementy są i w Monopoli, ale jakoś tak … bardziej stonowane, uporządkowane.. Ogólnie Apulia wydaje mi się odrobinę bardziej europejska, zagospodarowana, współczesna. Jest tu czysto, kierowcy zatrzymują się przed przejściem dla pieszych, oprócz braku kas biletowych na dworcach wszystko inne jest po prostu takie jak znamy. Właściwie to jedyna sytuacja, w której poczułam się jak na dalekim południu to był ten nieszczęsny przejazd autobusem miejskim z lotniska na dworzec po przylocie do Bari. Potem już wszystko było takie jak trzeba :) Ale nie to, żeby nie czuć było tu ducha południa, co to to nie.

Opublikowano: 14 październik 2021
Odsłony: 2

Dziś mój ostatni dzień w Apulii.Jutro przed świtem wyruszam z Monopoli na lotnisko w Bari no i stamtąt do Modlina i do domu...

Dziś nie pada, jest słonecznie choć zimno, rano koło 10 stopni. Spróbuję się wybrać do Bari choć nie wiem czy to się uda: jest strajk generalny, gwarantowane połączenia z Bari są do 9 rano i od 17.30 wieczorem, to dla mnie o wiele za długo... Myślę, że spróbuję koło południa, jeśli będzie jakiś pociąg to nim pojadę, jak nie, to siła wyższa... Poza tym ostatnie zakupy, pakowanie, sprzątanie, żeby zostawić po sobie dobre wrażenie.

DSC02729Wczoraj wieczorem odwiedziła mnie mama Luzii, Carmela, przyniosła mi w prezencie zrobione przez siebie limoncello i pogadałyśmy troszkę. Myślę, że nazwa mojego mieszkania pochodzi od imion mamy Carmeli i córki Luzii: MeLu'... Było mi tu naprawdę dobrze.

(pod wieczór) Niepotrzebnie się bałam. Pociągi normalnie jeżdżą, nie widziałam żadnego odwołanego, a jedynie małe spóźnienie w pojedynczych przypadkach, tak do 15 minut Pociąg tam miał spóźnienie 8 minut, a z powrotem był na czas. Cieszę się, że udało mi się skasować  mało przyjemne wrażenie z Bari, które dotąd kojarzyło mi się jedynie z dworcem kolejowym, lotniskiem i przepełnionym autobusem, z którego nie widziałam nic, prócz umęczonych pasażerów. Dziś połaziłam po starym mieście tam i z pwrotem, zajrzałam do paru kościołów, w tym do Świętego Mikołaja z Bari (niestety, ta się skupiłam na św Mikołaju, że zapomniałam, że w tym kościele jest nagrobek Królowej Bony... No trudno, nic nie poradzę.

Początkowo było raczej pochmurno, a potem zrobiło się słonecznie, choć wciąż zimno. Zdjęcia dodam już z domu. Teraz mam jeszcze w planie kolację w Czarnym Kogucie no i pakowanie i szybkie spanie, bo wstać muszę, brrr, o 4 rano... Wolę o tym nie myśleć...

Opublikowano: 11 październik 2021
Odsłony: 3

Czasami bywa tak, że nawet w podróży dopadają nas takie życiowe problemy, że chciałoby się już wracać do domu. Taki dzień jest dzisiaj, do tego pada, jest zimno i do niczego. No to dzisiaj będzie dzień milczenia, a jutro ... zobaczymy.

Opublikowano: 10 październik 2021
Odsłony: 3

Oni mają trochę racji  jak mówią, żeby nie wierzyć prognozom...  Jeszcze rano wszystkie prognozy zapowiadały na dziś przelotne deszcze. Tymczasem na zdjęciach możecie zobaczyć, jaka jest pogoda. Kiedy zorientowałam się tak koło 11-tej że nie pada i świeci słonko, ubrałam się ciepło (bo ponoć 17 stopni), kurtka przeciwdeszczowa na wszelki wypadek i poszłam się pokręcić. Chciałam popatrzeć na plaże po drugiej stronie od portu, czyli na północ, ale jednak tam nie doszłam, bo za portem ciągną się zabudowania portowe, transportowe i różne takie nieciekawe.

Dziś na obiad zjadłam puchar kalmarów, ale mam upatrzoną osterię Gallo Nero, na przeciwko mojej plaży, chciałabym tam pójść na pożegnalne jedzonko jutro albo pojutrze.

Jutro już chyba naprawdę będzie lać a na poniedziałek wszystkie prognozy zapowiadają słonko. Oczywiście, znów nic nie wiadomo, ale czegoś trzeba się trzymać planując ostatnie dni tutaj. Na Lecce i Brindisi nie ma co liczyć ale Bari może się jeszcze uda zobaczyć, i najrozsądniej będzie spróbować w poniedziałek właśnie. No a we wtorek... już przeżywam: będzie trzeba wstać o czwartej rano żeby dojechać na czas do Bari na lotnisko. I to będzie koniec podróży, którą traktuję tak, jak by miała być ostatnią moją taką dużą podróżą... Co będzie, los pokaże, jak się okaże, że się pomyliłam, to będę miała niespodziankę :)

PS Od 15-tej faktycznie pada...

Opublikowano: 09 październik 2021
Odsłony: 3

Po dwóch dniach chodzenia po Materze należał mi się odpoczynek, tym bardziej, że pada, jest zimno, i tak chyba już będzie. Miałam zamiar choć na chwilę wyjść z domu, spojrzeć jak wygląda Monopoli w takich okolicznościach przyrody, ale wzięłam się za opisywanie Matery i Sassi i przede wszystkim na przekopywanie się przez wielką ilość zdjęć... I tak mi zeszło do wieczora...

DSC02728Na mojej uliczce dzisiaj było strasznie głośno. Nie dość, że mam takiego sąsiada, starszego pana, który pasjami puszcza na cały regulator różne belcanto, i stoi na balkonie dumny, że robi coś dla ogółu (a ja bym miała ochotę poprosić go, żeby choć trochę ściszył...), to jeszcze dzisiaj przyjechała tu, nie wiem, jakaś wycieczka, czy rodzina, ale bardzo duża, z dużą ilością dzieciaków. Przyjechali gdzieś z północy Włoch ale robią tyle hałasu jakby przyjechali z Neapolu. Dzieciaki szaleją, dorośli gadają głośno między sobą albo przez telefon, godzinami... A pan sąsiad, kiedy oni tu tak szaleli, próbował sam śpiewać trzęsącym się głosem... Mam nadzieję, że nie będą świętować wieczorem do późnej nocy... 

Prognozy nieubłaganie mówią, że będzie przez trzy dni lać i w dodatku z dnia na dzień ma być coraz zimniej. Miałam w planie Bari, Lecce i Brindisi, ale nie na siłę. Jeśli ma lać i być ponuro, to nie ma sensu... Najbardziej chciałabym zobaczyć choć trochę Bari, no bo to głupio tak, być obok, a nie zajrzeć. Ale zobaczę, może coś się zmieni...

Opublikowano: 08 październik 2021
Odsłony: 3

Teraz opowiem trochę dokładniej jak tu jechałam... Z Monopoli do Matery droga wydaje się skomplikowana, jechać bez nocowania nie miałoby sensu: jedzie się około 3,5 godziny w jedną stronę. Dlatego zarezerwowałam sobie na airbnb pokój bardzo blisko Sasso Caveoso, to był naprawdę dobry wybór. O moim pokoju opowiedziałam wcześniej, teraz droga, bo jeśli ktoś chciałby pojechać tak jak ja, to warto wiedzieć. Aby z Monopoli dojechać do Matery, trzeba pojechać pociągiem do Bari. W Apulii działają cztery linie kolejowe (!!!), każda z nich ma oddzielny dworzec (!!!). Wydawało mi się to bardzo skomplikowane, miałam nadzieję, że dam radę. I oczywiście, dałam, bez problemu :)

Po pierwsze, mimo że do Bari jedzie się pociągiem FS, czyli głównym włoskim przewoźnikiem kolejowym, a do Matery (sąsiednia Bazylikata) dociera linia FAL (Ferrovie Appulo Lucane), to bilet czy to online, czy w automacie na dworcu można kupić na cały przejazd. Na przesiadkę w Bari jest ponad pół godziny a dworzec FAL znajduje się przy placu przed dworcem, po lewej stronie, tuż obok kolejnego dworca Ferrovie Nord Barese (które prowadzą m.in. linię kolejową do lotniska w Bari). Dworzec FAL jest bardzo nowoczesny, na peron wchodzi się po zeskanowaniu biletu i w pociagu nikt już biletu nie sprawdza. Uwaga, wracając wsiadamy w taki sam sposób, ale nie ma tam kasowników, więc w Bari warto skasować bilet, żeby nie mieć problemów w pociągu FS...

Z Bari do Matery jedzie się z przesiadką w Altamura, warto wiedzieć, że pociągi zatrzymują się na tym samym peronie, po przeciwległych stronach, więc przesiadka jest bardzo łatwa. Wracając dowiedziałam się od konduktora, że wyjątkowo ten pociąg jechał bezpośrednio do Bari...

Opublikowano: 08 październik 2021
Odsłony: 3

Mimo bardzo niepokojących prognoz mój drugi dzień w Materze też był słoneczny. Ponieważ musiałam zwolnić pokój o 10.30, a pociąg powrotny wybrałam o 15.30, miałam przed sobą pięć godzin na nogach z plecakiem, w którym nosiłam między innymi kurtkę przeciwdeszczową - zupełnie się nie przydała. Oni tu mówią, że na prognozy nie trzeba zwracać uwagi...

Praktycznie cały ten czas spędziłam w Sassi, głównie w Sasso Caveoso, które mnie najbardziej interesowało. Okazało się, że wystarczyło z mojej ulicy skręcić w prawo i już byłam w Sasso Caveoso, tam gdzie zabudowania w tufie się zaczynają, z widokiem na wąwoz w dole i duże groty po drugiej stronie wąwozu. Już na początku drogi zauważyłam drzwi w skale a za nimi jakichś ludzi, okazało się, że znajduje się tam dawny klasztor Benedyktynów, w którym starszy pan oprowadzał chętnych po wydrążonych w skale pomieszczeniach, które zakonnicy oddali dla celów muzealnych. Pan Francesco Festa pokazał nam zbiory jego rodziny. Przyznam się bez bicia, że zrobiłam tam parę zdjęć, kiedy pan nie widział, a bardzo srogo zabraniał... Chciałam Wam jednak pokazać to co widziałam... Monastero Casalnuovo to nie było jeszcze to, czego najbardziej szukałam, bo nie bylo to miejsce, gdzie mieszkali ludzie. Tu odprawiano nabożeństwa, tu mieszkali zakonnicy. Zgromadzone przedmioty rodziny Festa zostały tu wyeksponowane, pochodzą jednak z wyższej części miasta.

Niedługo znalazłam to, czego szukałam - Casa Grotta del Casalnuovo... Tu można wyobrazić sobie, jak wyglądało życie ludzi, mieszkających w tych jaskiniach...

Niedługo po odwiedzeniu Casa Grotta del Casalnuovo trafiłam na drugą - Casa Grotta di Vico Solitario. Dziewczyna obsługująca zwiedzających zapytała mnie skąd jestem, i jak się zorientowałam, mimo, że rozmawiałam z nią po włosku, chciała dla mnie zamówić nagrany przewodnik po polsku. Poprosiłam jednak, żeby puściła nagranie po włosku, tym bardziej, że były ze mną inne osoby, mówiące w tym języku. Tu - podobnie jak w Monastero - trzeba było pokazać green pass. Anthony mówił mi, że praktycznie wszystkie te mini muzea są podobne do siebie, ale będąc w dwóch takich miejscach dużo lepiej zrozumiałam warunki życia, tradycje...

Dalsza część mojej wędrówki po Sassi, to błądzenie po wąskich uliczkach po dachach domów, położonych poniżej, zaglądanie do wąwozu, gdzie wiele osób schodziło do kładki, by następnie ścieżką dojść pod szczyt i zajrzeć do tam znajdujących się grot. Anthony namawiał mnie do zwiedzenia różnych kościołów i innych ciekawych miejsc, ale nie miałam już na to ani siły, ani czasu. Żałuję, że nie zdążyłam zwiedzić  podobno bardzo ciekawego ujęcia wody, jednak kiedy wreszcie wydostałam się z Sassi, była już pora obiadowa i wszystko było zamknięte.

Przed zakończeniem spaceru udało mi się znaleźć mały prosty lokalik nazwany Tipicamente, gdzie serwowano super proste jedzenie, taka cibo di strada, czyli street food. Zjadłam boską kanapkę z chrupiącego tutejszego chleba... Tego mi było trzeba! Teraz już mogłam pójść w kierunku dworca...

Opublikowano: 07 październik 2021
Odsłony: 3

Rzadko zwiedzam z przewodnikiem, ale Matera wymaga poprowadzenia za rękę... Chciałam się zapisać na wycieczkę z przewodnikiem a tak wyszło, że miałam przewodnika dla siebie. Anthony to bardzo sympatyczny chłopak, jego pasją jest historia, musiałam go trochę przystopowywać, kiedy próbował mi zbyt precyzyjnie opowiadać ze szczegółami historię każdego miejsca. Jednak spacer z nim - 2,5 godziny w labiryncie Sassi pomógł mi zorientować się w tym, co chciałabym potem sama zobaczyć...

Po zakończeniu naszej wspólnej przechadzki pokręcilam się jeszcze uliczkami, schodkami w górę i w dół, i zaczęło się ściemniać... Matera wieczorem jest jeszcze bardziej magiczna... Znalazłam się w pewnym momencie w wąskiej uliczce, przy której stały drewniane stoły i postanowiłam tutaj się zatrzymać na kolację, tym bardziej, że zgodnie z menu, oferowano tu regionalną niewyszukaną kuchnię. Tego właśnie potrzebowałam!  Zapytałam kelnera, czy już można dostać coś do jedzenia (było chyba jakoś wpół do ósmej), a on mi odpowiedzał: oczywiście, im wcześniej goście zjedzą, tym szybciej pójdę do domu, do żony i dzieci ..."

Bardzo nie chciało mi się wstawać od stołu, no ale trzeba było w końcu wracać do mojego pokoju w grocie... Oczywiście, malutkie B&B w którym się zatrzymałam nie mieści się, jak wiele tutejszych hoteli, w dawnym domu - grocie, gdzie ludzie koczowali w nieludzkich warunkach. Mieszkam na ulicy Casalnuovo, która przylega do Sasso Caveoso, ale znajdujące się tu domy po prostu dostosowały się do niżej położonych autentycznych grot. A więc teraz Wam pokażę mój pokój, i przede wszystkim, moją łazienkę...

Opublikowano: 07 październik 2021
Odsłony: 2

Dziś jadę do Matery, mam nadzieję że pogoda się zlituje. Po południu mam zwiedzanie Sassi z własnym przewodnikiem, śpię w bardzo ciekawym miejscu i jutro mam nadzieję na duuuży spacer...

(pisane wieczorem) DSC02637Pogoda się zlitowała, przewodnik, Anthony (choć rodowity Włoch z okolic Matery) pokazał mi najciekawsze miejsca Sassi podczas 2,5 godzinnego spaceru a mój pokój jest naprawdę niezwykły, co pokażę na zdjęciach już po powrocie do Monopoli. Na koniec znalazłam przytulną osterię w wąskiej uliczce, gdzie było mi tak dobrze, że nie zadowoliłam się  prostym daniem, którego nazwy nie zapamiętałam, ale pozwoliłam sobie na doskonałe ciacho na deser... Oczywiście, padam na nos, więc jutro dopiszę tu więcej....

Matera jest absolutnie niezwykła. Samo miasto tętni życiem, szczególnie wieczorem, ale to, po co tu przyjechałam (a Matera nie leży w regionie Apulia tylko w sąsiedniej Bazylikacie, podróż z Monopoli z dwiema przesiadkami trwa 3,5 godziny) to tak zwane Sassi (kamienie), czyli wykute w skałach miasto. To co widać to jakby dom nad domem, dom pod domem, uliczka na dachu poniższego domu... Jednak to co najważniejsze. mieści się głębiej - fronty domów, kościołów są zaledwie początkiem... Po wejściu znajdujemy się w wykutej w skale grocie, która najczęściej łączy się z kolejną, coraz głębiej, a powyżej, jakby na dachu jest kolejny dom, i kolejna grota i tak dalej... Żeby to zrozumieć, tu zamieszczam model jednego z domów-grot, jaki odwiedziłam. Po lewej stronie, tam gdzie schody, jest wejście do domu, inne pomieszczenia są wykute w skale po bokach i dalej wgłąb. A na zewnątrz widać tylko sam front domu, jak na zdjęciu obok.

DSC02591

 Matera jest jednym z najstarszych miast na świecie, już w paleolicie ludzie zamieszkiwali groty i wykuwali w miękkim tufie pomieszczenia. Do XVII wieku mieszkańcy Matery żyli tu w zgodzie z naturą, wykuwali w tufie nie tylko pomieszczenia do życia, ale też kościoły, piękne fronty kamienic. Później, kiedy Matera stała się stolicą Bazylikaty miasto zaczęło się przeludniać. Problem dotknął szczególnie najbiedniejszą ludność - podczas gdy bogatsze Sasso Barisano bogaciło się, tworząc nowe świątynie i wygodne pomieszczenia mieszkalne, w biedniejszym Sasso Caveoso warunki do życia stawały się coraz trudniejsze. I Sassi były zamieszkane w urągających warunkach do 1952 roku, brak w nich było elektryczności i wody, w izbach - grotach mieszkały wielodzietne rodziny razem ze zwierzętami gospodarskimi, panowała ogromna śmiertelność, szczególnie wśród dzieci.

W 1952 roku rząd włoski zdecydował o przeniesieniu wszystkich 18 tysięcy mieszkańców do specjalnie dla nich wybudowanych dzielnic mieszkalnych a dzielnica Sassi została opuszczona i niszczała, dopiero w latach 80-tych XX wieku zaczął się proces rekonstrukcji opuszczonych grot aby udostępnić je do zwiedzania.

DSC02451

Opublikowano: 06 październik 2021
Odsłony: 3

Dziś wszystko się udało: pogoda nie była taka zła, choć pod koniec wiał zimny wiatr, ale cały czas było trochę słonka. Dziwny autobus linii kolei (?!?) południowo-wschodnich przyjechał na dziwny przystanek, który zupełnie nie wyglądał jak przystanek i zmieścił się w kwadransie akademickim ;) Czyli, da się dojechać bezpośrednio z Monopoli do Cisternino!

No a miasteczko jest po prostu piękne, eleganckie, zadbane, nie zagracone marketingiem jak Ostuni. Jest tu wiele restauracji w małych uliczkach, ale te dodają jeszcze więcej uroku miasteczku. Oby udało się zachować ten niemarketingowy charakter i nie zamienić starego miasta w bazar...

Opublikowano: 05 październik 2021
Odsłony: 3

Dziś wybieram się do Polignano a Mare. Jest nadzieja na ładną pogodę, zobaczymy, może uda się popłynąć łodzią... Natomiast co do pogody na następny tydzień, nie jest dobrze: wszystkie prognozy się zmówiły przeciwko mnie i już od środy ma padać, temperatura ma się obniżyć. I co ja będę robić, jak będzie brzydko? Wszystko robi się mniej piękne... Najgorsze, że w środę jadę na dwa dni do Matery, tam też ma być pochmurno i ma padać. A tak mi zależało na zobaczeniu Matery i w słońcu, i wieczorem... Potem chciałam jeszcze odwiedzić Lecce, Brindisi i Bari, ale jeśli będzie lało, to nie będzie to miało sensu...

No dobra, ale to dopiero za kilka dni. Dziś jest pięknie, ma być ciepło, więc trzeba się zbierać :) Mam nadzieję, ze spuchnięty palec nie przeszkodzi mi w podziwianiu Polignano. Z Monopoli to tylko 5 minut pociągiem!

(po powrocie). Trochę jestem zmęczona, ale palec nie sprawił mi problemu. Idąc z dworca w stronę centrum zobaczyłam agencję turystyczną oferującą wycieczki łodzią. Okazało się, że jest wycieczka za godzinę, z tym, że rusza z San Vito, miejscowości jakieś 3 km od Polignano. Zaoferowno mi transfer za 5 euro, plus wycieczka 30... Gdybym zarezerwowała przez airbnb, zapłaciłabym mniej, no ale nie zarezerwowałam... Postanowiłam pojechać tam za te 5 euro, ale wrócić piechotą. Uprzedzono mnie, że jest dość silna fala... Miałam nadzieję na pływanie w zatoczkach...

San Vito jest urocze, stoi tam nad zatoką ciekawy budynek opactwa Benedyktynów. Wycieczkę oceniłabym na jakieś 3+, z różnych powodów, niekoniecznie zależnych od organizatorów: silna fala by mi nie przeszkadzala gdyby nie to, że za chwilę byłam całkiem mokra. Miałam na sobie kostium, ale bryzgi morskie przemoczyły mnie zanim zdjęłam z siebie ubranie a koszulkę mogłam wyżymać. Nie było gdzie schować rzeczy, bałam się o aparat, koszulkę usiłowałam suszyć na wietrze, co było dość syzyfową pracą, jako że co chwilę dostawałam morską falą w twarz i wszystko co miałam w ręce... Nie miałam pojęcia jak potem wrócę...

Po drugie, jak się okazuje, płynąc wzdłuż wybrzeża trzeba skonfrontować skąd świeci słońce - niestety, świeciło od lądu, a więc wszystko co było ciekawe mieliśmy pod słońce. No i jeśli chodzi o zatoczki: groty były faktycznie ciekawe, wpływaliśmy do nich łodzią. Jednak tam gdzie zaproponowano nam kąpiel było to trochę bez sensu. Znam wycieczki łodzią z pływaniem w zatoczkach, tam można było faktycznie pływać, snorkować, oglądać podwodne cuda. Tutaj było tak płytko, że byłoby to raczej taplanie się w wodzie. Kilka dziewczyn weszło na chwilę do wody i zaraz wróciły. W tej zatoczce prócz nas była jeszcze jedna łódź a kto był w wodzie, niemal obijał się o łódkę... Do tego byłam już przemoczona, owinięta ręcznikiem, trochę zmarznięta. No i jeszcze, pewnie ze względu na warunki, wycieczka trwała ok półtorej godziny, zamiast dwóch - dwóch i pół... Czyli, mogłoby być duzo lepiej...

Potem poszłam piechotą te 3 km do Polignano, nie było mi źle, rozgrzałam się na słońcu i szybko wyschłam :) Szlam wzdłuż wybrzeża,  podziwiając roślinność nadmorskich posiadłości. Prawie całą drogę szłam ścieżką rowerową (przeznaczoną również dla pieszych).

W Polignano zrobiło się oczywiście bardzo tłumnie. Najpierw ten słynny most z widokiem na tę słynną plażę między dwiema wysokimi skałami. Szkoda tylko, że przed mostem postawiono namioty restauracji, psujące bardzo skutecznie widok... Przeszłam się uliczkami malutkiego starego miasta, dotarłam do kilku miejsc widokowych, potem wróciłam przez most żeby znaleźć pomnik Domenico Modugno, który z Polignano pochodził, a następnie zeszłam jeszcze pod most i doszłam do plaży. No i to by było na tyle... Ładnie, ale czy zachwycająco?... Chyba coś ze mną nie tak...

Opublikowano: 04 październik 2021
Odsłony: 3

Taka sobie spokojna niedziela - rano pochodziłam trochę po starym mieście, po lungomare (bulwarze) obwerwowałam takie niedzielne tłumki...:

Potem, jak zamierzałam, wybrałam się do wybranej zatoczki, Cala di Porto Verde. Fale nie były takie silne jak przedwczoraj, ale morze spokojne nie było, więc pływać było trochę trudniej niż zwykle, szczególnie na plecach, bo nie wiedziałam, czy nie wyląduję na skałach wąskiej zatoczki. Udało mi się podejrzeć trochę małych rybek, no a potem miałam kolizję - wpadłam stopą na podwodną skałę i wybiłam sobie palec od nogi...

Zlamany chyba nie jest, choć wiem, że nawet jakby był, to się z tym nic nie robi. Zrobił się fioletowy a mnie zmroziło na myśl, co będzie dalej. Jutro chciałabym pojechać do Polignano a Mare i trochę liczę na wycieczkę łodzią, tu palec nie stanowi problemu, no ale choć miasteczko jest nieduże to chciałabym trochę pochodzić i  pooglądać, no i do dworca dojść i wrócić. No, ale do wieczora nic strasznego się nie dzieje, bardziej chyba już nie spuchnie, więc  mam nadzieję, że da się chodzić.

Opublikowano: 03 październik 2021
Odsłony: 2

Pierwsze spojrzenie na trulli:

Wiedziałam, że będą tłumy, pamiątki, ciuchy i takie tam, więc nastawiłam się na taką sytuację świadoma, że obok tego głównego Rione Monti jest druga dzielnica - Rione Aia Piccola, gdzie większość tego tłumu nie dociera. A więc przeszłam w miarę szybko przez Rione Monti, żeby ogarnąć całość, doszłam do kościoła, a potem zeszłam i dotarłam do spokojnego Rione Aia Piccola bez tego całego turystycznego koszmaru. Tu dało się pooddychać atmosferą trulli...

Muszę szczerze powiedzieć: nie rozumiem, jak można pozwolić na wykorzystanie autentycznych trulli (dziedzictwo Unesco) jako sklepów z pamiątkami, ciuchami i tym podobnymi przyciągaczami turystów. Gdyby wewnątrz trullo przeznaczono kąt na tutejsze specjały a reszta pozostałaby nietknięta - zrozumiałabym. Ale przy wejściu do tych trulli (Rione Monti) napisane jest, że wejście gratis, można zwiedzać, wchodzimy więc do środka a tu nie widać nic oprócz półek z pamiątkami i różnymi duperelami pod turystów. Ktoś powinien się za to wziąć. To przeszkadzało mi o wiele bardziej niż tłumek turystów...

Na szczęście w Rione Aia Piccola po wejściu do trullo (byłam w dwóch) jesteśmy witani przez gospodarza, widzimy autentyczne sprzęty, dowiadujemy się, jak tu wyglądało życie rodziny i nawet jesteśmy częstowani naparstkiem wina. Z  przyjemnością wrzuciłam pieniążek do miseczki jako podziękowanie za takie przyjęcie...

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia z Alberobello, prawdę powiedziawszy nie wiedziałam co myśleć. Jakieś takie mi się to wydawało... no nie wiem, naciągane?... No bo dlaczego, domki jak dla krasnoludków, jak z bajki, kto to wymyślił... Teraz już wiem, że nikt trulli nie wymyślił na potrzeby turystów, historia ich powstania jest ciekawa, no a dziś miałam możliwość zajrzeć do takiego prawdziwego domu i porozmawiać z panią, która do końca lat 80-tych zeszłego stulecia mieszkała w tym domu z rodziną. Wnętrze trullo, sprzęty, przedmioty, które w nim się znajdują przypomniały mi odwiedzone domy w okolicy Agrigento, dom w skale w Scicli, a sama konstrukcja trochę ma coś wspólnego z dammusi...

Na koniec przeszłam się po miasteczku i dotarłam do katedry i tzw Trullo Sovrano, wybudowanego w pierwszej połowie XVIII wieku. To wyjątkowe trullo - łączy w sumie 12 pomniejszych i co jest zupełnym wyjątkiem - posiada też pierwsze piętro, na ktore wchodzi się po schodkach. Wszystko to zbudowano zgodnie z wymogami trullo - bez odrobiny zaprawy!

Opublikowano: 02 październik 2021
Odsłony: 2

Zostawiłam problemy w domu i wyszłam na spacer. Dziś, po nocnej burzy jest chłodniej trochę i choć nie czuje się wiatru, morze się burzy. Na mojej plaży cały piasek jest zalany wodą a nieliczne osoby w morzu raczej skaczą przez fale niż pływają. Idę dalej, żeby poznać dalsze plaże po wschodniej stronie miasta. Co tam będę gadać, zobaczcie zdjęcia...

Opublikowano: 01 październik 2021
Odsłony: 2

Od wczoraj zastanawiałam się nad dzisiejszym dniem, sprawdzałam prognozy, kominowałam - jechać do Alberobello czy lepiej jutro, no bo jak już tam będę, to ważne, żeby było ładne słonko, a nie to co w Ostuni. A jak nie tam, to może spacer wzdłuż wybrzeża, żeby spenetrować plaże? A może Cisternino?...

Pogoda ładna, ale chciałam najpierw opłacić wycieczkę przez airbnb na przyszły tydzień, no i zaczęły się schody: płatność nie przechodzi, karta się blokuje, telefony do banku, czekanie, odblokowują, znów to samo i w kółko. Rozmowy z bankiem początkowo przerywały się, dopiero potem zorientowałam się, że w mieszkaniu może być słabszy zasięg, więc przeniosłam się na balkon. W banku mi wytłumaczyli, że problem jest po stronie airbnb, bo kiedy klikam zapłać, pojawia się kółko, kręci się w  nieskończoność i powinnam zobaczyć okienko weryfikacyjne z banku, a tymczasem do banku nic nie dociera, więc system visa blokuje kartę. No i teraz mam czekać na to, co bank a również airbnb wymyślą... 

I zamiast pojechać do Alberobello albo choć pójść na spacer siedzę w domu i czekam na jakieś wiadomości... Niby mogłabym wyjść, niby chodzi o wycieczkę 7 października (zwiedzanie z przewodnikiem), ale wczoraj umówiłam się z nim, że dziś sprawę załatwię, a do tego nie wyobrażam sobie, że oni zadzwonią, z banku czy z airbnb  kiedy ja będę gdzieś na spacerze. Oczywiście, jestem wkurzona, bo najpierw się zdenerwowałam, co zrobię bez karty, potem, bo nie mogłam się dodzwonić, potem, bo musiałam sto razy tłumaczyć o co chodzi... A do tego jeszcze, zadzwoniłam do airbnb na polski numer, a odpowiedzieli mi po angielsku. Niby trochę znam, dogadam się, ale wyjaśnianie tych spraw po angielsku przez telefon przerasta moje nerwy... Poprosiłam o rozmowę po polsku albo włosku, a to się okazał poważny problem. Jak to, w Polsce, numer w Warszawie i po polsku nie można pogadać?

Na szczęście (?!?) się chmurzy, więc może dobrze że nie pojechałam do Alberobello...

To tak, jak na razie wiem, że bank ustalił, że wina jest po stronie airbnb i skończyliśmy rozmowę. W airbnb mają się ze mną skontaktować. Czekam, ale chyba jednak wyjdę z domu, bo ... w mieszkaniu któregoś z sąsiadów od godziny muzyka gra tak głośno, jakby była jakaś potańcówka czy coś, i trudno to wytrzymać... Już wolałam, jak sąsiedzi się kłócili i rzucali ciężkimi przedmiotami... Jest pochmurno, więc o zdjęciach nie ma mowy, ale pójdę spenetrować te plaże chyba... Mamma mia, wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie...

Opublikowano: 01 październik 2021
Odsłony: 2

Dzisiaj po wczorajszej wycieczce spokojny dzień. Przed południem pochodziłam trochę po moim starym mieście, wciąż usiłuję się tu jakoś zorientować w kierunkach i wciąż docieram nie tam, gdzie bym chciała. Idę w prawo, a docieram w lewo i tak dalej... Dziś ładne słoneczko, więc troszkę popstrykałam. Ładne to moje Monopoli!

Na koniec spaceru poszłam zobaczyć jaka sytuacja na mojej plaży, dużo ludzi, ale nie to, żeby tłumy, a do tego w ich porze obiadowej Włosi idą jeść. A więc wracam do domu przebrać się w kostium, a wcześniej jeszcze idę kawałek dalej, zobaczyć jak daleko są następne plaże. Daleko nie idę, tylko kawałeczek, jak będzie ciepło i będzie czas, spróbuję się tam dalej wybrać, ale dzisiaj zostanę na mojej plaży tuż koło domu. (po pływaniu wracam do domu na bosaka...)

Wieczorem poszłam znów na krótki spacer po okolicach, znów oczywiście poszłam w przeciwną stronę niż chciałam... Wieczorem jest tu bardzo bardzo ładnie zobaczcie tylko...

Opublikowano: 30 wrzesień 2021
Odsłony: 3

Dziś rano wybrałam się na dworzec, przede wszystkim żeby mieć orientację w stronach świata, no i z dworca będę nieraz wybierać się na wycieczki a na koniec przed świtem będę tam musiała przyciągnąć walizkę... Dotarłam, faktycznie, jest to jakiś kwadrans. Przed dworcem w informacji turystycznej dostałam rozkład jazdy autobusów do Alberobello (w internecie kompletnie nic nie dało się znaleźć, a nawet na stronie przewoźnika Lentini Alberobello nie istnieje. To będzie za parę dni, a dziś... skoro już tu jestem to pomyślałam, a co tam, mogę skoczyć do Ostuni. To blisko, miasteczko malutkie, pojadę, obejrzę i wrócę... Zrobiło się może nie dokładnie tak po prostu, z różnych powodów, wróciłam nieźle zmęczona pod wieczór, ale zadowolona bo wracając z dworca całkiem przypadkiem trafiłam na Despar, tutejszy supermarket i wreszcie mam oliwę :)

OstuniNo dobra, a teraz Ostuni, najpierw jak tam jechałam: kupiłam bilety w automacie (5,20 w obie strony) i pracownika dworca zapytałam, jaki to kierunek, dokąd jedzie pociąg. Powiedział, że Fasano, pociąg za 35 minut, no to sobie trochę połaziłam dookoła dworca i w końcu ruszyłam. Nie wiedziałam ile to będzie przystanków, no ale jak zobaczyłam, że pociąg zatrzymuje się na pierwszej stacji i jest to ... Fasano, to zgłupiałam. Wszyscy wyszli, no to i ja. Okazało się, że pociąg do Fasano jedzie tylko do Fasano, proste, no nie? Ale ja nie wiedziałam co jest pierwsze, Fasano czy Ostuni, jednak pan na dworcu powinien to wiedzieć... Okazało się że muszę się przesiąść w inny pociąg, który jedzie do Lecce, tylko że ... za godzinę... Próbowałam się przespacerować, ale w okolicy dworca było bardzo nieciekawie więc spędziłam godzinę na ławce... (to już półtorej, z oczekiwaniem na dworcu w Monopoli). Gdybym wiedziała, że pociąg jest za półtorej godziny to bym raczej dziś się nie decydowała, albo bym jakoś ten czas sensowniej spożytkowała... (zdjęcie powyżej nie jest moje, źródło)

Kiedy przyjechałam do Ostuni, trzeba było dostać się do miasta, bo dworzec jest jakieś 4 km od centrum. Z rozkładu niewiele można było się zorientować, za to co chwilę na przystanek przyjeżdżali taksówkarze i namawiali na kurs za 5 euro... Ktoś tam się skusił, ale większość nas nie. No więc tak minęło chyba jakieś 45 minut... W końcu przyjechał autobus, wspiął się na wzgórze, gdzie znajduje się miasto i wysadził nas przed jakimś placem, w miejscu, które bardzo trudno było zapamiętać, żeby tam się dostać jadąc spowrotem...

Nie miałam planu, poszłam oczywiście na oko i wlazłam chyba najwyżej jak się dało, żeby się zorientować, że to raczej nie o to chodzi, miasto było współczesne i niezbyt ciekawe. W końcu zdecydowałam się zasięgnąć języka i zeszłam w dół gdzie ... no cóż, zaczęło się to czego bardzo nie lubię. Pamiątki, sklepy z ciuchami, butami, turyści, przewodnicy, zamieszanie... Jakoś tak wyobraziłam sobie, że Ostuni to małe, ciche miasteczko i będę kręcić się po białych uliczkach. Tymczasem było tak jak na Sycylii w sierpniu... Wiadomo, że to wpłynęło na moje postrzeganie tego miejsca, a szkoda...

Bardzo poprawiło mi nastrój, kiedy - głodna jak wilk - zamówiłam sobie tutejszy smakołyk: bułkę z ośmiornicą :) Szykowałam się na ten specjał od przyjazdu. Było dobre i miasteczko zrobiło się dużo ładniejsze :)

Trochę udało mi się zboczyć z głównych tras i zgubić tabuny turystów, szkoda że słonko się trochę zamgliło i znów jakość zdjęć spadła... Olśniewających widoków, opisywanych w przewodniku nie znalazłam, po prostu widok na dolinę a w oddali owszem, jest morze. Wybredna się stałam, czy jak?...

Opublikowano: 29 wrzesień 2021
Odsłony: 3

Po południu wyszłam z myślą, żeby trochę zorientować się w plątaninie uliczek, a także chciałam znaleźć jakiś inny większy sklep, żeby dokupić to, czego mi brak. Co z tego wynikło? Może zacznę od końca: chodziłam tak jakieś trzy, cztery godziny i nie znalazłam po prostu żadnego, ale to żadnego sklepu! Owszem, bywają nieczęsto małe sklepiki (mówię o spożywczych), takie jak sklep z serami czy z wędlinami i mięsem, a także takie z tutejszymi specjałami. Ale ja potrzebowałam jakiegoś zwykłego supermarketu, gdzie mogłabym kupić na przyklad małą butelkę oliwy, długopis, coś na śniadanie... Po raz kolejny się dziwię, jak oni to zorganizowali... U nas takie sklepy są dosłownie co dwa kroki. Wiem, tutaj to nie u nas, zwyczaje są różne, ale ten akurat jest bardzo, bardzo niewygodny.

planDruga sprawa, że usiłując połapać się w kierunkach w okolicy domu najpierw - kiedy postanowiłam pójść trochę dalej, wciąż niechcący wchodziłam na moją ulicę, nawet, jak mi się wydawało, że jestem już w całkiem innej części miasta. Potem, kiedy chciałam już wrócić, wciąż dochodziłam gdzieś dalej, ale nie tam, gdzie mi się wydawało. Jakby to stare miasto co chwilę zmieniało kształt... Może to dlatego, że jeśli popatrzeć na plan, to stare miasto ma kształt odrobinę podobny do koła, więc idąc niby prosto wciąż kręcę się w kółko...

I jeszcze to słońce: wstrzymywałam się wcześniej ze zdjęciami, bo czekałam, aż sfotografuję te miejsca w ładnym oświetleniu, ale choć słonko już całkiem energicznie świeci, to oświetla szczyty domów i najczęściej nie dociera w uliczki... No to wzięłam się za pstrykanie, co robić...

Dotarłam do tego słynnego miejsca z łodziami - Porto Vecchio, którego zdjęcie kiedyś tak mnie zachwyciło, że postanowiłam tu przyjechać. Zaintrygowała mnie katedra, wciśnięta między uliczki, z ostrą bramą, którą trudno zobaczyć w całości, a już objąć w kadrze, prawie się nie da. Tuż pod jej szczytem, prawie w niebie, umieszczony jest obraz Matki Boskiej.

Po powrocie do domu sprawdziłam prognozy i z radością odkryłam, że zlitowały się i odsunęły gdzieś tam na dużo później zapowiadane wcześniej deszcze. Zastanawiam się, czy nie warto byłoby pomyśleć o jakiejś krótkiej wycieczce, może Ostuni? Chciałabym jutro wypróbować trasę od domu do dworca, no i koniecznie informacja turystyczna, gdzie muszę się dowiedzieć, jak to jest z tym dojazdem do Alberobello... 

Opublikowano: 29 wrzesień 2021
Odsłony: 3

Rano wybrałam się na większe zakupy, wczoraj próbowałam to zrobić, ale znalezienie jakiegoś większego sklepu w pobliżu naprawdę nie jest łatwe. Wczoraj udało mi się jedynie kupić kawę i mleko no i amaretti do kawy :). Dziś idąc i rozglądając się zauważyłam jakąś panią z zakupami w reklamówkach z Carefura. Nie to, żebym marzyła o tym właśnie sklepie, ale lepszy taki niż nic. Więc poprosiłam o wskazówki, jak go znaleźć, było skręcić w lewo, potem w prawo potem i  potem i potem, jak zwykle za chwilę przestałam łapać o co chodzi, ale podziękowałam i poszłam w tym pierwszym kierunku...

Najpierw doszłam do plaży, tej najbliżej, przy Porta Vecchia. Nie wyglądało to zachęcająco, jakoś tak  ponuro, ktoś tam się kąpał, ale czy ja się zdecyduję? Potem kluczyłam, zobaczyłam reklamę jakiegoś innego supermarketu, ale wcale go nie znalazłam, postanowiłam wrócić bliżej domu i niemal na jakimś podwórku znalazłam Carefour... Dzięki temu mam co jeść na najbliższe dni, jeszcze tylko owoce no i jakaś oliwa w małej butelce by się przydała...

W południe zrobiło się troche ładniej, pokazało się słonko, więc postanowiłam wypróbować tę plażę... I było super, bo choć woda idealnie ciepła nie jest, to da się pływać, na plaży tłumów nie ma, a potem słonko zrobiło się bardziej energiczne :) Popływałam z godzinkę, poleżałam z kwadrans i postanowiłam wrócić do domu i coś zjeść, aż tu nagle zwróciłam uwagę na bar przy Porta Vecchia - różnych barów jest tu pełno, ale ten oferuje moje ulubione tak zwane puchary z owocami morza! No więc natychmiastowa decyzja i dzisiejszy obiad to smażone kalmary... I z pewnością wrócę tam nieraz!

Opublikowano: 28 wrzesień 2021
Odsłony: 3